czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 30

,, I am a fucker ''

WTOREK:

***Ross***

 ,, I pomyśleć, że jedno małe zauroczenie, przeistoczyło się w prawdziwą miłość ''

***Dylan***

,, Zraniłem, chociaż kochałem, Pozwoliłem Ci odejść, nie walcząc o Ciebie. Teraz poznaje smak najgorszego uczucia jakie istnieje - nienawiść do samego siebie ''

ŚRODA:

***Ross***

,, Nie mamy wpływu na to, kto pojawi się w naszym życiu, ale mamy wpływ na to, kto w nim zostanie do końca ''

***Dylan***

,,To sprawia, że płaczę. Lub może płaczę z innego powodu? Trudno powiedzieć, kiedy setki emocji zlały się w jedno. ''

CZWARTEK:

***Ross***

,, Niczego sobie nie wyobrażaj bo kurwa zawsze się rozczarujesz. Zawsze! ''

***Dylan***

,, Pozostanę nawet, gdy już nie będę Twój i będziesz moja, choć nie będę Cię miał ''

PIĄTEK:

***Ross***

,, A może nie ma czegoś takiego jak miłość? Może to zauroczenie, które potem zamienia się w przyzwyczajenie ? ''

***Dylan***

,, Nigdy nie mów żegnaj, bo to odbiera nadzieje na ponowne spotkanie, a kto wie - może się jeszcze spotkamy ... ''

SOBOTA:

***Ross***

,, I nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że to już koniec i nic nie dzieje się dwa razy. Już nigdy nie poczujesz się tak samo ... ''

***Dylan***

,, Widzisz jak ktoś coraz bardziej się oddala. To nic. Jesteśmy dla siebie stworzeni. W końcu się spotkamy  ... ''

-------------------------------------------------------------

***ROSS***

Minął tydzień od kiedy nie mam żadnego kontaktu z Dylanem. Ostatni raz rozmawialiśmy w szkole a rozmowa ta do najlepszych nie należała. Zresztą dobrze o tym wiecie.
Do końca roku szkolnego pozostał miesiąc, tyle, że ja nie zamierzam się dalej uczyć. Jako osoba chora, dowiedziałam się, że mam prawo zrezygnować z edukacji, gdyż i tak w przyszłości nic z tego mieć nie będę. Został mi rok życia i zamierzam wykorzystać go najlepiej jak się da. Prawdopodobnie rok. Tak przypuszczają lekarze. Nic do końca nie wiadomo.
Prawda jest taka, że nie chce już więcej wpaść na Dylana a skoro on zaczął chodzić na lekcje, ja nie zamierzam. Pilny uczeń się znalazł. Bez powodu do szkoły nie przylazł. Coś musi chcieć ode mnie, lub od kogoś będącego uczniem tej placówki. Boje się go. Jest niebezpieczny a pod wpływem narkotyków, staje się agresywny. Wtedy jest innym człowiekiem. A może on zawsze taki był? Może przede mną tylko udawał?
- Dokąd się wybierasz skarbie? - Spytała mama, kiedy tylko weszłam do kuchni. Ubrałam dziś na siebie czarne spodenki jeansowe, białą koszulkę i trampki. Włosy pozostawiłam rozpuszczone.
Lepiej znosi fakt o mojej chorobie, ale od kiedy jej wszystko powiedziałam, stała się strasznie opiekuńcza. Najmniejszy siniak na moim ciele a ta już chce wzywać pogotowie. Ojciec nie jest lepszy. Wypytuje o wszystko i wszystkich. Zapomniałam Wam wspomnieć, że od wczoraj mieszkam w nowym domu. Tata mówił prawdę, że przejął majątek swojego szefa. Wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tych wszystkich ekskluzywnych rzeczy. Mój pokój to cudowny pałac. Fortepian przy oknie, dwa fotele tuż przy szklanym stoliku, duże królewskie łoże i wiele, wiele innych rzeczy. W łazience mam kabinę prysznicową z sauną, dużej wielkości wannę i jacuzzi. Jacuzzi, rozumiecie?! Dziś rano brałam w niej kąpiel. Mówię wam, jest zajebista! Teraz rozumiem bogatych ludzi.
- Umówiłam się z Filipem - Mruknęłam. Próbowałam pokazać wszystkim, że jestem silną osobą, że to jak mnie potraktował Cooper, nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Świetnie dam sobie radę sama. Przynajmniej tak sobie wmawiam na każdym kroku. Podeszłam do stolika z owocami i capnęłam jedną nektarynkę. Smakowała wyśmienicie.
- Obiad za niedługo panienko - Wtrąciła nasza nowa gosposia. Z tego co pamiętam to nazywa się Emily. Jest miłą kobietą i bardzo pracowitą. Wszystko stara się wykonać jak najlepiej co akurat dla nas jest zaletą. Zdążyłam ją polubić, chociaż znam ją zaledwie jeden dzień.
- Zdążę wrócić. Najwyżej odgrzeję - Wzruszyłam obojętnie ramionami na co ta przewróciła markotnie oczyma.
- Zawieźć panienkę? - Przerwał mi mężczyzna z mojej nowej,, służby ''. Stanął naprzeciwko mnie w czarnym garniturze a w dłoni trzymał klucze do naszego nowego samochodu. Wyszczerzyłam oczy w zdumieniu, jednak szybko doszłam do siebie. Dlaczego każdy w tym domu zwraca się do mnie ,, Panienko? ''. To dziwne. Przecież mam tylko szesnaście lat. No dobra. Za niedługo siedemnaście.
- Nie trzeba. Dam sobie radę sama - Facet starszy ode mnie o dobre dwadzieścia lat, posłał mi ciepły uśmiech i zniknął gdzieś za rogiem. No tak, mam ludzi do swoich zachcianek. Kolejny przywilej bogaczy.
- Spotykasz się z tym lekarzem? - Spojrzałam na zakłopotaną mamę. Kiwnęłam potwierdzająco głową nie rozumiejąc o co jej chodzi - Trochę to dziwne, że jesteście po imieniu....
- Mamo - Wtrąciłam - To mój przyjaciel a nie jakiś pedofil. Spokojnie - Posłałam jej uśmiech i nie czekając na nic więcej, opuściłam nasze nowe mieszkanie. Każdy ze znajomych już wiedział gdzie mieszkam, więc nie było problemu z odnalezieniem mnie. No prawie każdy. Założę się, że Dylan nie ma o niczym pojęcia. Zresztą on mnie nie obchodzi. Wybrał tą czarną szmatę. Szkoda tylko, że ma taki sam kolor włosów co ja. Ehh, coraz częściej zastanawiam się nad zmianą fryzury. Byleby tylko wyglądać inaczej. Nie jak ona.
Filip stał po drugiej stronie ulicy. Jak zawsze miał na sobie białą koszulę, czarny krawat, czarne, eleganckie spodnie i buty z prawdziwej skóry. Był naprawdę przystojnym facetem. Czasem miałam wrażenie jakby był moim starszym bratem, czy nawet wujkiem. Kiedy mnie zobaczył, zaczął się głupio uśmiechać.
- Cześć - Przywitał się i mocno mnie do siebie przytulił. Zaciągnęłam się zapachem jego perfum. Lubiłam to robić. Tak bardzo przypominały te Dylana - Jak się czujesz? - Spytał. Zawsze zadawał to samo pytania, ale z jego ust brzmiało ono mniej denerwująco niż jakby powiedział to ktoś inny.
- Dobrze - Mruknęłam - Co jest takiego ważnego, że musiałam olać swoją najlepszą przyjaciółkę? - Zakpiłam. Z początku umówiłam się z Paulą do kina, jednak kiedy zadzwonił do mnie Filip i poprosił o spotkanie z powodu ważnej sprawy, to musiałam jakoś wywinąć się ze spotkania z Pauliną. Niestety jemu już nie było do śmiechu. Otworzył mi drzwi od swojego samochodu i zaprosił do środka. Spojrzałam na niego spode łba, ale kiedy nic sobie z tego nie zrobił, wgramoliłam się na siedzenie pasażera, po czym zapięłam pasy bezpieczeństwa. Filip zajął miejsce tuż obok mnie - Dokąd jedziemy?
- Do szpitala. Tam porozmawiamy na spokojnie. Zabrałbym Cię do siebie, ale dzieci pewnie nie śpią...
- Rozumiem - Uśmiechnęłam się lekko - Ale po co do szpitala? Co jest grane? - Po jego minie, zorientowałam się, że nie ma żartów. Chodzi o coś bardzo ważnego - Filip, zaczynam się bać...
- Spokojnie. Wszystkiego dowiesz się na miejscu - Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, odpalił silnik a po chwili puścił muzykę na pełen ful. Specjalnie chciał mnie zagłuszyć, bym nie zadawała ciekawskich pytań. Przeklęłam w myślach i wyzwałam go na milion różnych sposobów i muszę przyznać, że mi ulżyło. Całą drogę milczeliśmy. Co rusz posyłał mi tylko dziwne spojrzenie, ale postanowiłam to ignorować i tak właśnie minęła nam cała podróż. Nim się obejrzeliśmy, byliśmy na miejscu.
- Powiesz teraz o co chodzi? - Uniosłam brew do góry i czekałam na jego reakcję. Zaskoczył mnie. Westchnął zdenerwowany, aby następnie podrapać się po swoim małym zaroście. Otworzył buzię i już miał mówić, kiedy w ostatniej chwili zamilkł. Miałam ochotę mu porządnie przyłożyć. Po jego minie wyczytałam, że ma to coś wspólnego z Cooperem. Modliłam się w duchu, aby to nie była prawda, niestety jak zawsze się pomyliłam. Wiedział, że między mną a nim jest już koniec i sam mi pogratulował, że podjęłam dobrą decyzję o zerwaniu z szatynem kontaktu, ale skoro sam zaczął o nim temat, to musiało coś się stać - O co chodzi? - Powtórzyłam zdenerwowana. Mój dobry humor zniknął a zamiast niego, pojawiło się zdziwienie - To ma związek z Dylanem, prawda?
- Ross...
- Jeżeli rzeczywiście chodzi o niego to daruj sobie. Mam go w dupie i nie chce nic wiedzieć.. - Chwyciłam za klamkę, aby otworzyć drzwi i wysiąść, jednak w ostatniej chwili udało mu się mnie zatrzymać. Położył dłoń na moim ramieniu i chrząknął znacząco.
- Chodźmy do środka. Tam Ci wszystko powiem, dobrze? - Zerknęłam na niego i przełknęłam głośno ślinę. Ostatecznie się zgodziłam. Opuściliśmy ten wygodny samochód i udaliśmy się do środka budynku. Po pięciu minutach, znaleźliśmy się w gabinecie Filipa. Mężczyzna zaparzył nam kawę a ja sobie wygodnie usiadłam w jednym z trzech foteli w tym pomieszczeniu.
- Więc? - Nalegałam biorąc łyk tej energicznej substancji. Dobra. Nie za słodka, nie za gorzka. W dodatku z mlekiem. Moja ulubiona.
- Jego matka żyje. Nigdy go nie porzuciła.. - Syknął na jednym wydechu. Zakrztusiłam się własnym powietrzem. Co on powiedział? Chyba sobie ze mnie jaja robi.
- Co takiego? Co powiedziałeś?
- Jego matka żyje i zawsze kochała swojego syna..
- Skąd o tym wiesz? - Podniosłam nieco ton swojego głosu - Przecież widziałam papiery, że został adoptowany z powodu braku jakiejkolwiek rodziny. Sam Dylan mi mówił co się stało.
- Wczoraj operowałem Alana... - Zamilkł na chwilę po czym podrapał się po brodzie - Był postrzelony w udo. Kiedy skończyłem, odwiedził go Rick. Usłyszałem o czym rozmawiają. Kłócili się. Alan był zdenerwowany i kazał mu powiedzieć prawdę na temat rodziców Dylana.
- Jaką prawdę? - Ciągnęłam zaciekawiona.
- Jego rodzice go nie porzucili. Ojciec nie żyje, ale matka jest zameldowana w Anglii w małym miasteczku. Zbadałem tą sprawę i wiem gdzie można ją znaleźć.. Mam wystarczające dane.
- Dylan wie?
- Zwariowałaś? Przecież mówię, że się kłócili. Gdyby wiedział to z pewnością inaczej by pokierował swoje życie, nie sądzisz?
- Więc czemu mu tego nie powiesz? To będzie najprostsze rozwiązanie...
- Nie mogę. Jeżeli ktokolwiek by się dowiedział, byłoby po mnie. Nie mam prawa się wychylać. Jestem tylko lekarzem i tym muszę się zajmować. Zresztą nie wiadomo czy Dylan by uwierzył w to wszystko. Wolę nie ryzykować. 
- Nie rozumiem tylko dlaczego mi o tym mówisz. Co to ma ze mną wspólnego? - I właśnie wtedy zrozumiałam. Uderzyło to we mnie jak grom z jasnego nieba. Przeklęłam w duchu, że kiedykolwiek zgodziłam się na przyjaźń z tym lekarzyną - O nie. Zapomnij.
- Musisz to zrobić. Nawet nie wiesz jak ten chłopak potrzebuje matki. To jego jedyny ratunek..
- Ale dlaczego ja mam mu pomóc?! Dobrze wiesz jak mnie potraktował! Nie chce mieć z nim nic wspólnego. Sam mówiłeś, abym trzymała się z dala od jego osoby!
- Ross! Do cholery! - Wrzasnął na co aż podskoczyłam. Pierwszy raz podniósł na mnie swój głos - Nie widziałaś go i nie wiesz jak się zmienił! To wrak człowieka...
- Nie obchodzi mnie to! Mam zapomnieć o wszystkim co mi zrobił?!
- Zrób tą ostatnią rzecz dla niego.. Uratuj go. Tylko Ty możesz tego dokonać..
- Dlaczego ja? - Zdziwiłam się.
- Nikt Ciebie podejrzewać nie będzie. Nie wiedzą, że ja coś wiem i to jest dla nas wielki plus. Tym bardziej, że ja muszę zostać w klinice w razie jakby coś się stało. Musimy to wykorzystać.
- Niby jak? Jak Ty to sobie w ogóle wyobrażasz? Że co ja mam zrobić?
- Zarezerwuje Ci pokój w jednym z hoteli. Codziennie będziesz wyruszać w miasto i poszukiwać kobiety imieniem Anastazja Grean. Niestety wiem tylko w jakim mieście mieszka i gdzie pracuje, ale nie mam dokładnego adresu zamieszkania. Kiedy ją znajdziesz, powiesz jej o synu i postarasz się ją tu ściągnąć. Za wszystko zapłacę sam. Nie musisz się o nic bać.
- Co Ci tak na tym zależy? Myślałam, że go nie lubisz.. - Uważnie mu się przyjrzałam jakbym szukała czegoś, co pomoże mi rozgryźć tą zagadkę i chwilę później, wiedziałam na czym stoję - Chyba, że chodzi o coś innego..
- Ross... - Szepnął.
- Ty nie chcesz pomóc jemu, tylko sobie..
- To nie tak..
- Wtedy byś spłacił swój dług, prawda? Myślisz, że jak sprowadzisz tu jego matkę to on pozwoli Ci odejść. Chcesz mnie wykorzystać..
- Daj sobie to wytłumaczyć..
- Zwariowałeś. Naprawdę zwariowałeś... Nie zrobię tego..
- Zrobisz - Usłyszeliśmy męski głos dochodzący zza ściany. Obróciłam się jak oparzona i spojrzałam na pokoik obok. Drzwi były uchylone a zza rogu ściany wyłonił się Alan. Miał markotny wyraz twarzy i nie tryskał radością. Jak to możliwe, że stoi tu obok mnie, skoro wczoraj był operowany? Zbliżył się wolnym krokiem do mojej osoby i wycelował pistoletem w sam środek mojej głowy. Poczułam jak serce podchodzi mi do gardła a pot spływa z mojego czoła - I ja tego dopilnuję - Dodał.
- Alan.. - Wtrącił dwudziestopięciolatek - Co Ty tu robisz? Przecież...
- Milcz - Warknął. Ten gówniarz nie miał za grosz szacunku do starszych. Uważał się za pana całego świata - Pominę fakt, że spiskujesz za plecami Ricka. Nie chciałbyś, aby się dowiedział, prawda?
- Jesteś dupkiem! - Wrzasnęłam wymierzając w niego nienawistnym spojrzeniem - Nie pomogę Wam a zwłaszcza Tobie. Możesz we mnie strzelić. Proszę bardzo. Nie robi mi to dużej różnicy. I tak umrę! - Spojrzał na mnie zdziwiony moimi słowami, ale zignorował to. Zamiast cokolwiek powiedzieć, chwycił moje oba ramiona i ścisnął je z całej siły.
- Słuchaj szmato. Nie obchodzi mnie to, dlaczego nie rozmawiasz już z Cooperem. To mój najlepszy przyjaciel i czy tego chcesz czy nie, zrobisz co Ci każe. Inaczej chętnie porozmawiam sobie z Twoją kochaną rodzinką. Mam zacząć od matki czy może od tatulka? - Wyrwałam się z jego uścisku i odskoczyłam w bok. Nie mogłam unormować oddechu.
- Nienawidzę Cię! - Syknęłam.
- Ustaw się w kolejce bo nie jesteś pierwsza - Posłał mi szatańskie spojrzenie i lekko się uśmiechnął. Dupek! Dlaczego akurat tak się tym przejął? Co się stało, że teraz, po takim czasie chce, aby Dylan poznał swoją matkę? Byłam ciekawa, ale z pewnością od Alana się tego nie dowiem - Na kiedy możesz wszystko załatwić? Kiedy możemy jechać? - Zwrócił się do Filipa. Chwila, chwila. Jakie możemy?!
- Możemy? - Zdziwiłam się.
- Chyba nie sądzisz, że samą Cię puszcze, co? Wybacz, ale nie ufam Ci i wolę wiedzieć jak przebiega sytuacja.
- Nie pojadę z Tobą. Zapomnij - Warknęłam.
- Gówno mnie obchodzi czy się zgadzasz. Akurat nie masz wyjścia - Spojrzałam błagalnie na Filipa, ale ten tylko wzruszył ramionami. To się do cholery nazywa przyjaciel? To są żarty. Ten człowiek nie wie co oznacza słowo ,, przyjaźń ''.  Pozwala na to, abym wyjechała w podróż z psychopatą i mordercą.
- Przykro mi Ross... - Szepnął na co tylko wykrzywiłam usta w grymas niezadowolenia. Super. Ostatnie dni życia muszę spędzić w towarzystwie tego kretyna.
- Wiesz co? - Zbliżyłam się do lekarza i stanęłam z nim twarzą w twarz - Nie jesteś moim przyjacielem. Przyjaciele tak nie postępują..
- O matko. Jakie to słodkie. Zaraz się wzruszę.. - Drażnił mnie Frycz. Nie zwracałam na niego uwagi. Nie chciałam, aby miał satysfakcję, że wyprowadził mnie z równowagi.
- Ross, wiesz, że nie mam wyjścia. Musisz to zrobić.
- Chociaż raz dobrze gadasz doktorku - Parsknął brunet. Miałam dość. Ostatni raz spojrzałam to na Filipa, to na Alana i nie czekając dłużej, wyszłam na zewnątrz. Idąc korytarzem, usłyszałam głos nastolatka, który krzyczał, że przyjedzie po mnie jutro wieczorem. Czym prędzej wybiegłam na zewnątrz budynku i dopiero tam odetchnęłam z ulgą. Tego było już za dużo. Czy ja nigdy nie uwolnię się od tego koszmaru? Ponadto rodzice w życiu mnie nie puszczą. Nie teraz.
- Przepraszam.. - Usłyszałam za plecami. Nie obróciłam się bo wiedziałam kto szedł za mną. Już na korytarzu zdążyłam zobaczyć jego ciemną grzywę.
- Odwieź mnie do domu.
- Zrozum, że...
- Nie! Nie zrozumiem! - Obróciłam się do niego przodem i popchnęłam go do tyłu - Zawiodłam się na Tobie.. - Głos mi drżał oraz było słychać ogromną nutę pogardy - Alan jest niebezpieczny a Ty pchasz mnie wprost w jego ręce!
- On Ci nic nie zrobi..
- Tak? A skąd wiesz? Ufasz mu? - Spojrzałam na niego, aby potwierdził, że mu ufa, jednak on milczał. Spuścił wzrok na ziemię i chrząknął znacząco - Odwieź mnie do domu. Nie mamy już o czym gadać.. - Machnęłam ręką i odeszłam do samochodu Filipa. Mężczyzna wyłączył alarm a kiedy chciał mi otworzyć drzwi, wyprzedziłam go. Świetnie dam sobie radę sama.
- Ross, nie gniewaj się na mnie.. - Ignorowałam każde słowo jakie do mnie wypowiedział podczas jazdy. W dodatku puściłam muzykę na ful i skupiłam się na mijających nas za oknem drzewach. Gdy dojechaliśmy na miejsce, bez żadnego pożegnania wyszłam na zewnątrz trzaskając drzwiami. Niech spada.
- Burak jeden - Mruknęłam sama do siebie. Idąc wzdłuż ścieżki, dostrzegłam w ogrodzie męską postać w kapturze. Stanęłam jak wryta. Facet stał kilka metrów ode mnie z rękoma w kieszeni. Miał tak naciągniętą na głowę swoją czarną bluzę, że nie miałam najmniejszych szans, aby spojrzeć mu w oczy - Dylan... - Szybko zamrugałam powiekami jakby nie dowierzając w to co widzę a kiedy spojrzałam tam ponownie, nikogo już nie było. Co do licha? Zwariowałam? Uważnie rozejrzałam się dookoła, ale to było na nic. Ten ktoś zniknął. Wystraszona, wbiegłam do domu i od razu udałam się do swojej sypialni nie chcąc z nikim rozmawiać. Rzuciłam się na łózko i zamknęłam oczy. Nie byłam w stu procentach pewna, czy był to Cooper, ale dam sobie rękę uciąć, że to on! W sumie teraz to w ogóle się zastanawiam czy naprawdę tam kogoś widziałam, czy może to moja wyobraźnia płata mi figle. Nie wiem. Nie mam pojęcia. Ten dzień jest jakiś popieprzony.
Nagle usłyszałam dźwięk swojego telefonu. Nie chciało mi się wstawać, ale ostatecznie zmusiłam swoje ciało, aby wstało do pozycji siedzącej i chwilę później sięgnęłam dłonią po telefon, który akurat leżał na małym stoliku. Numer był prywatny. Dziwne.
- Tak? - Odebrałam z nadzieją, że ktoś się przedstawi i spyta o byle gówno, ale ku mojemu zdziwieniu, po drugiej stronie słuchawki była kompletna cisza - Halo.. - Powtórzyłam zirytowana. Kiedy w dalszym ciągu nikt się nie odzywał, nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Telefon zaczął dzwonić ponownie - To nie jest śmieszne! - Wrzasnęłam. Cisza - Nudzi Ci się? - Zmieniłam taktykę. Postanowiłam być wredna i groźna. Wtedy coś mnie olśniło. Mężczyzna w ogrodzie. Może to on dzwoni? Poczułam jak moje ciało oblewa zimny pot a serce zaczyna bić w przyśpieszonym tempie. Mocno zaciągnęłam się powietrzem a na koniec wolniutko wypuściłam powietrze z płuc. Przez kilka minut oboje milczeliśmy a czas leciał. Ten ktoś musi być bogaty skoro dzwoni do mnie tylko po to, aby siedzieć jak zabity - Dylan? - Szepnęłam. Głos mi drżał gdy wypowiadałam jego imię a ręka trzymająca telefon, trzęsła się jak mała galareta. W dalszym ciągu cisza - Dylan - Powtórzyłam już znacznie pewniejsza siebie - Wiem, że to Ty.... - Usłyszałam jak coś po jego stronie spada na ziemie. Zapewne jakiś kubek bądź inna porcelanowa rzecz. Zaniepokoiłam się lekko - Proszę, odezwij się... - Usłyszałam jak coś mruczy pod nosem, ale nie zdążył nic więcej powiedzieć, ponieważ linia została przerwana. Rozłączył się. Chciałam zadzwonić do niego ponownie, lecz problem był taki, że nie znałam numeru. Dzwonił z prywatnego i to był największy ból. Chociaż przez cały czas milczał, ja wiedziałam, że to był on. I wtedy również jego widziałam. Nie pomyliłam się. Na pewno nie. Tylko czego mógł ode mnie chcieć, skoro to on kazał mi spadać? Co ważniejsze, dlaczego tak bardzo się tym przejęłam? Eh, zmieszana swoimi uczuciami położyłam się wygodnie na swojej poduszce i zasnęłam, chcąc o tym wszystkim zapomnieć.
Obudziłam się jakoś przed dwudziestą pierwszą. Na dworze już się ściemniało i pierwsze lampy dawały o sobie we znaki. Lekko zaspana, podeszłam do szafy z której wyciągnęłam szary dres i białą bluzę. Może powinnam się przejść? Tak, to świetny pomysł. Na długich spacerach zawsze lepiej myślę.
Spojrzałam za okno, aby dokładniej przyjrzeć się pięknemu krajobrazowi i wtedy z rąk wypadły mi wszystkie ubrania. Co do licha? Mogłabym przysiąc, że dostrzegłam w cieniu męską postać w kapturze. Wystraszona, zgasiłam wszystkie światła i ponownie spojrzałam w tamtą stronę. Pusto. Potrząsnęłam głową bo chyba naprawdę wariuje. Czyżby to przez tą chorobę mam jakieś zwidy, omamy? To możliwe? Nie wiem. Chwyciłam za spodnie i bluzę a następnie udałam się do łazienki wciąć ciepły prysznic i przebrać się w czyste ubrania. Kiedy byłam gotowa, zeszłam do kuchni. Ku mojemu zdziwieniu, usłyszałam znajomy mi głos, dochodzący z salonu. Nie, to niemożliwe! Czym prędzej tam pobiegłam i wpadłam do pomieszczenia jak strzała. Nie myliłam się a intuicja mnie nie zawiodła. Na wielkiej, białej kanapie siedziała mama, obok niej tata a przy dużym kominku stał Filip z Alanem. Wpadłam w panikę, widząc jak Frycz przenosi swój wzrok na mnie i kpiąco się uśmiecha.
- Kochanie, wreszcie wstałaś - Powiedziała moja rodzicielka - Dlaczego nie mówiłaś, że będziemy mieć gości? Przygotowałabym jakąś kolację - Uśmiechnęła się ciepło. Nie powiedziałam, bo może najwidoczniej sama nie wiedziałam?
- Co Wy tu robicie?! - Warknęłam zaciskając pięść - Kto Was wpuścił?!
- Właśnie tłumaczę Twojej mamie, że najlepszym sposobem na tą całą sytuację, będzie wyjazd za granicę na kilka dodatkowych badań.
- Co? - Zamrugałam zdziwiona. Co on pieprzy za głupoty?
- Rozmawialiśmy o tym, nie pamiętasz? - Ciągnął - Wyjedziesz z Alanem jutro rano...
- Jak to rano? - Wtrąciłam. Przecież mówił, że wieczorem.
- Samolot jest na ósmą. Twoi rodzice zgodzili się po długiej rozmowie. Zbadają Cię inni lekarze, po czym wyślą mi Twoje wyniki. Może nie wszystko stracone - Uśmiechnął się sztucznie. Co za skurwiel. Jak on śmie wmawiać moim kochanym rodzicom, że ten wyjazd to dla mojego dobra?! Jak on śmie kłamać, że może jest szansa na uratowane mnie? Do oczu naleciały mi łzy smutku. Nigdy bym nie sądziła, że Filip może okazać się takim samym dupkiem co Dylan i Alan.
- Ross, kochanie, wszystko w porządku? - Spytała mama. Wyglądała teraz na zdenerwowaną moim zachowaniem.
- Powiedziałeś mu? - Zmieniłam temat - On wie?! - Wskazałam placem na Alana. Miałam na myśli moją chorobę. Jeszcze tego by brakowało, aby ten kretyn wiedział.
- Nie. Nic mu nie mówiłem. Wie tylko to co powinien wiedzieć...
- Czyli to, że rano wyjeżdżamy - Wtrącił zadowolony - Lepiej się nie spóźnij. Nie lubię czekać i wiesz o tym dobrze.
- Nigdzie z Tobą nie jadę. Już Ci to mówiłam!
- Ross, musisz to zrobić. To jedyne wyjście - Przerwała moja matka. Spojrzałam na nią jak na idiotkę, bo śmieszyło mnie to, że dała się tak łatwo nabrać. Moja choroba jest nieuleczalna, zapomniałaś?!
- Myślałam, że jesteś inny.. - Zwróciłam się do Filipa - Myślałam, że się przyjaźnimy! - Wykrzyczałam po czym ruszyłam do drzwi i wybiegłam na dwór. Nie wiedziałam dokąd iść, więc po prostu szłam przed siebie wzdłuż chodnika. Szłam i zastanawiam się nad tym, odkąd tak właściwie moje życie uległo zmianie. Wszystko się zaczęło od tego, kiedy Paula miała urodziny a Dylan i Alan ją zaczepili na parkingu. Od tamtej pory nie jest tak jak być powinno. Gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym to bez wahania. Zerknęłam do tyłu i wtedy dostrzegłam, że ktoś za mną podąża. Ktoś duży. Było ciemno, więc nic dziwnego, że nie mogłam rozpoznać kim był. Przyśpieszyłam a on zrobił to samo. Szedł ze mną krok w krok. Czasem nawet szybciej. Wpadłam w panikę. Co jak on jest jakimś psychopatą? Nie czekając długo, ruszyłam do biegu i skręciłam w mały zaułek, aby go zgubić. Schowałam się za zielonym kontenerem na śmieci. Zapach był okropny, ale miałam to gdzieś. Liczyło się to, by zgubić tego dziwaka i kiedy myślałam, że faktycznie go zgubiłam, wyszłam z powrotem na ulicę.
- Aaaa! - Krzyknęłam, gdy poczułam jak ktoś ściska moje ramiona - Puszczaj! - Chwycił mnie mocniej i pchnął moim ciałem na jedną ze ścian starej kamienicy - Ratunku! - Nie dawałam za wygraną. Jeżeli chce mnie zgwałcić, to musi się bardzo postarać. Zamachnęłam się ręką do tyłu, po czym wymierzyłam porządny strzał w jego głowę, powodując tym, że spadł mu kaptur. Miałam okazję przyjrzeć się mojemu napastnikowi - Dy.. Dylan.. - Szepnęłam krztusząc się własnym powietrzem. Chłopak spojrzał na mnie i dopiero chwilę później mnie puścił.
- Ross... - Szepnął. Przyjrzawszy mu się uważniej, dostrzegłam jak strasznie wygląda. Nieogolona twarz, podkrążone oczy, siniaki na buzi i te podarte ubrania.
- Co się z Tobą stało...? - Spytałam drżącym tonem głosu. Zaczął się trząść. Był w koszmarnym stanie. Nagle coś sobie przypomniałam - To Ty? To Ty do mnie dzwoniłeś i byłeś pod moim oknem?! - Ale on milczał. Wpatrywał się tylko we mnie jak opętany i milczał - Ty?! - Wrzasnęłam pchając go do tyłu. To był błąd. Z całej siły chwycił moją dłoń i wykręcił ją do tyłu. Zawyłam z bólu - To boli! Dylan! To boli..
- Dalej spotykasz się z tym kretynem? - Warknął. Chodzi mu o Michała? Serio? Scena zazdrości?
- Sam jesteś kretynem! - Pchnął mną o ścianę i potrząsnął - Puść mnie! - Zaczęłam płakać. Bałam się go. Znów był pod wpływem tego gówna?
- Należysz do mnie, rozumiesz? Do mnie! - Wtedy ni stąd, ni zowąd pojawił się Alan. Spojrzał to na mnie, to na Coopera i kiedy zrozumiał, że grozi mi niebezpieczeństwo, oddzielił swojego przyjaciela ode mnie - Odbiło Ci?!
- Zostaw ją - Syknął.
- Kim Ty kurwa jesteś żeby mówić mi co mam robić? - Parsknął śmiechem.
- Twoim przyjacielem idioto! A ta dziewczyna - Wskazał na mnie palcem - Się Ciebie boi! - Myślałam, że się przesłyszałam. Alan jest dla mnie miły? Martwi się o mnie? To coś nowego.
- Zjeżdżaj stąd. Jestem zajęty - Chciał do mnie podejść, jednak Frycz mu na to nie pozwolił. Zablokował jego każdy ruch ciała - Puść..
- Idź do domu lepiej. Zaraz znów wpakujesz się w jakieś kłopoty.
- No proszę - Zaśmiał się - Wy razem? Tego bym się nigdy nie spodziewał.
- Nie pierdol, tylko zabieraj stąd swoją dupe! - Cooper przez chwilę się zamyślił, jednak ostatecznie machnął ręką i odszedł. Ja natomiast stałam sparaliżowana - Co się tak gapisz? - Syknął w moją stronę. Podziękować mu? No chyba powinnam bo przecież uratował mi życie, prawda?
- Dlaczego mi pomogłeś? - Szepnęłam.
- Nie wyobrażaj sobie bóg wie czego. Zrobiłem to bo bez Ciebie nasz plan chuj strzeli. Do póki nie załatwimy tego gówna to jesteś pod moją ochroną. A teraz wyświadcz mi przysługę i trzymaj się od niego jak na razie z dala - Spojrzał na mnie i ruszył do przodu.
- Alan? - Na dźwięk swojego imienia stanął, jednak się nie obrócił -  Co .. Co się z nim stało?
- To właśnie jest nowa wersja Twojego chłoptasia. Super, co? - Parsknął - Teraz rozumiesz, dlaczego tak bardzo zależy mi na sprowadzeniu tej starej baby?  Miejmy nadzieję, że ona mu pomożesz bo na wszystko inne już za późno.
- Kto mu to zrobił? - Wychrypiałam. Dopiero teraz zechciał na mnie spojrzeć - To ona, prawda? To Roksana?..
- Zemściła się na nim, że wybrał Ciebie.
- Ale jak on sobie na to pozwolił? - Zdziwiłam się - Przecież nigdy...
- Słuchaj - Wtrącił - Możesz myśleć co chcesz, ale on Cię kochał, jasne? Kiedy odeszłaś, zmienił się.
- Czyli to moja wina?
- Nie wiem czyja. Chcę tylko odzyskać przyjaciela.. - Nie mówiąc więcej nic, odszedł. Ja natomiast chwilę jeszcze posiedziałam na świeżym powietrzu, aby trochę pomyśleć. Cooper mnie kochał? Tak postępuje zakochany człowiek? Skoro naprawdę mnie kochał, to dlaczego tak mnie potraktował? Nie wiem. Miałam to już gdzieś. Skoro jestem jedyną osobą do ściągnięcia tu jego matki, to zrobię to. Zrobię ostatnią rzecz dla Dylana. Chociaż tyle jestem wstanie zrobić przed swoją śmiercią.
Wzięłam sobie słowa Alana do serca. Dylan ciągle jest pod wpływem tego świństwa a ja mogę mu pomóc w jeden sposób. Wróciłam do domu, gdzie czekał na mnie Filip z moimi rodzicami i zawołałam wszystkich do salonu.
- Ja.. - Zaczęłam niepewnie - Zgadzam się. Wyjadę z Alanem...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz