czwartek, 9 czerwca 2016

Rozdział 15

,, I am not a fucker ''


,, Tamten nie może jej kochać tak jak on, nie może jej wielbić w taki sposób, nie jest w stanie dostrzec jej wdzięcznych ruchów ani tych szczególnych znaczków na jej twarzy. Jakby to tylko jemu było dane widzieć prawdziwy kolor jej oczu i poznawać smak jej pocałunków '' .

*** DYLAN ***

Nic się nie zmieniło, poza tym, że zrozumiałem jak bardzo kocham Ross. Stan dziewczyny nie ulegał żadnej zmianie. Od ponad trzech tygodni leży w szpitalnym łóżku nie dając nam żadnych szans na poprawę.
- Wciąż śpi - Szepnąłem zrozpaczony. Widok tak bezbronnej dziewczyny wzbudzał we mnie najgorsze uczucia. Wciąż myślałem o swojej głupocie przez którą pozwoliłem jej myśleć, że jest dla mnie nic nie warta. Może gdyby nie to, to wcale by jej tu teraz nie było? Gdyby czuła moje wsparcie, byłaby silniejsza? Odporna na chorobę?
- Obudzi się - Próbował mnie uspokoić. Każdego dnia ta sama rozmowa. Każdego dnia te same zdania i fałszywe uśmieszki. Ale ja wiedziałem swoje. Po prostu czułem. Czułem, że ją tracę. Znowu.
- Od ponad trzech  tygodni stan Ross nie uległ żadnej zmianie! - Wrzasnąłem nie mogąc już dłużej wytrzymać - Dlaczego Wy nic nie robicie?! - Obrzuciłem go groźnym spojrzeniem. W jego oczach dostrzegłem żal i współczucie. Dobrze wiedziałem co Filip miał na myśli. Aby nie popełnić żadnej głupoty, wstałem i wyszedłem na zewnątrz. Musiałem zapalić papierosa. Po prostu musiałem. Nie wiedziałem już jak powinienem się zachowywać, aby nikomu nie zrobić krzywdy. Nie panowałem nad ruchami własnych dłoni, gniew oblegał mój umysł a ja dusiłem się własnym powietrzem.
Usiadłem na jednej z ławek znajdujących się w ogrodzie szpitalnym. Najdalej jak to tylko możliwe od budynku i ludzi otaczających mnie z każdej strony. W głowie pojawiały się co rusz gorsze myśli. Powiem szczerze, że nawet chciałem się zabić. Po co? Po to, aby już nie myśleć o tym całym gównie w którym się znajduje. A siedziałem w nim po uszy. Właściwie to kiedy się to wszystko zaczęło?
Nie mogąc już dłużej tego wszystkiego znieść, łza po łzie zaczęły spływać po obu moich policzkach. Wcale nie byłem tak twardy jak przypuszczałem.
- Kurwa! - Krzyknąłem tracąc grunt pod stopami - Dlaczego Ross? Dlaczego nie ja?! - Nienawidziłem siebie za to, że ten koszmar spotkał ją a nie mnie. To naprawdę świetna dziewczyna. O wiele lepsza ode mnie a kto bardziej cierpi? Ona - Ten świat jest pojebany...
- Zgadzam się - Usłyszałem czyjś głos tuż obok mojego gównianego ciała. Nie miałem sił ani ochoty zorientować się z kim mam do czynienia. Z zamglonymi oczyma, odpaliłem kolejną fajkę. Wszystko mi jedno komu poświęcę pięć minut - Mogę się dosiąść? - Dopiero chwilę później spojrzałem na osobnika tej samej płci, który mimo, że nie dostał odpowiedzi, przysiadł się tuż obok mnie.
- Czego chcesz? - Spytałem nie mając ochoty na rozmowę z moim, jak to wszyscy mówili, bratem.
- Porozmawiać - Odparł spokojnie. Rzeczywiście był cholernie podobny do mnie. Kurwa. On wyglądał identycznie jak ja! Nigdy przedtem nie przyglądałem mu się tak uważnie jak w tej chwili.
- Daruj sobie. Nie mamy o czym - Z chwilą kiedy chciałem wstać, chwycił kurczowo za mój prawy nadgarstek, powodując, że moje ruchy stały się dosyć ograniczone.
- Nie boje się Ciebie - Wtrącił, nim zdążyłem cokolwiek dodać - Siadaj. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy - Niechętnie, ale wykonałem polecenie. Naprawdę musiałem być w złej formie, skoro czyjeś groźby na mnie zadziałały. Przestraszyłem się? Nie. W żadnych wypadku. Chodzi o to, że byłem zmęczony, aby w jakikolwiek sposób protestować. Gdyby doszło do bójki, przegrałbym już na samym początku. Przesiadywanie każdego dnia przy łóżku Ross, odbierało mi siły. Nie jadłem, nie piłem. Czuwałem przy niej dzień i noc w razie gdyby mnie potrzebowała. Przysiągłem sobie już nigdy jej nie zawieść - Jestem Sebastian.
- Wiem kim jesteś - Burknąłem - Ale mnie to nie obchodzi. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
- Słuchaj. Mi też nie podoba się ta sytuacja i to, że jesteśmy rodziną, ale chcę to wyjaśnić! Myślisz, że jestem szczęśliwy? Nie. Jednak poznanie się nie zaszkodzi. Uważam, że to będzie najlepsza decyzja jaką możemy oboje podjąć - Wziąwszy głęboki oddech, wolniutko wypuścił powietrze z płuc. Przetarłem kciukiem zmrużone powieki, które właśnie dawały znać o mojej bezsenności, a następnie posłałem mu groźne spojrzenie.
- A Ty myślisz, że mnie obchodzi Twoje zdanie? Posłuchaj mnie uważnie bo wyrażę się tylko jeden, jedyny raz! Mam w dupie Ciebie i kobietę, która rzekomo jest moją matką. Może i to prawda, że jesteśmy spokrewnieni, ale dla mnie jest to gówno ważne. Przez tyle lat wychowywałem się sam, moją jedyną rodziną był mój przyjaciel i ludzie, którzy przygarnęli mnie po narodzinach. Gdzie wtedy byliście? Gdzie wtedy do chuja była moja matka?! Szukała mnie?! Czy kiedykolwiek martwiła się o to gdzie jestem? Co robię? Jak się czuje?! Czy kiedykolwiek dała mi miłość której potrzebowałem?! Nie.... Nigdy nic takiego od niej nie dostałem. Wiesz w jaki sposób musiałem zarabiać na jedzenie? ... - Wydyszałem. Po raz kolejny w oczach miałem łzy. Czułem się cholernie źle. Od kilku dni nie przyjmowałem żadnych narkotyków, nie spożywałem alkoholu. Traciłem siły. Nie pamiętam kiedy ostatni raz zjadłem coś zdrowego Mój wybuch emocji miał wiele wspólnego z tym co dzieje się teraz z Ross.
- Chcę to wszystko naprawić... - Usłyszałem za plecami. Wstałem na równe nogi, aby zobaczyć kto dołączył się do rozmowy. Dwa kroki dalej stała osoba o której własnie rozmawialiśmy. Jakby nigdy nic, podeszła do mnie z zamiarem wtulenia się w moje ramiona. Odskoczyłem momentalnie powstrzymując się od uderzenia płci przeciwnej.
- Dajcie mi kurwa wszyscy święty spokój! - Warknąłem wkurwiony - Nie zbliżajcie się do mnie. Ross leży w szpitalu a Wy przychodzicie tu i zajmujecie się tylko swoimi sprawami? Ostatni raz powtarzam, dajcie mi kurwa spokój - Nie czekając na nic więcej, powróciłem do szpitala, aby być jak najbliżej miłości swojego życia. Dni oczywiście mijały bez zmian. Wszystko wydawało być się już wciąż takie same. Mało spałem, mało rozmawiałem z kimkolwiek i praktycznie nie opuszczałem pokoju Ross. Po co? Skoro i tak ma za niedługo umrzeć to chcę być przy niej jak najdłużej.

Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela. Wrzesień, październik, listopad. Zatrzymaliśmy się na listopadzie. Kolejne trzy miesiące w życiu Ross. W dalszym ciągu się nie obudziła. Wyglądała coraz gorzej. Jakby postarzała się o kilka lat. Naprawdę. Wyglądała okropnie. Straciła połowę włosów, schudła kolejnych pare kilogramów a na jej twarzy, same zaczęły pojawiać się ogromne siniaki. To już ten czas. Koniec życia Ross, zbliżał się niewyobrażalnie szybko.
W ostatni piątkowy wieczór, Filip zrobił spotkanie. Byli na nim wszyscy. Od rodziny Ross, do jej przyjaciół. Byłem oczywiście i ja. Niestety zabrakło jednej, ważnej osoby w życiu dziewczyny. W ostatnim czasie zbliżyła się do Alana, który nie dawał o sobie znaku życia. Rozumiałem, że chciał przemyśleć sobie wszystko na spokojnie, ale sądziłem, że obchodzi go życie mojej byłej dziewczyny. Spotkanie zorganizowane przez Filipa, miało na celu poinformowanie nas, że Ross już nigdy się nie obudzi. Jej organizm był zbyt słaby, w dodatku wciąż nosiła w sobie dziecko, które odbierało jej energię. Dlaczego do cholery nie mogli usunąć ciąży?! Wtedy miałbym szanse na chociażby pożegnanie się z nią!
- Cześć - Tuż obok mnie pojawił się nie kto inny jak mój były przyjaciel. Kilka miesięcy temu wyjechał z miasta nie tłumacząc po co i dlaczego. Jego obecność w tym miejscu wzbudziła we mnie ciekawość, ale i zarazem zdziwienie. Znika tak nagle a następnie pojawia się jakby nigdy nic? - Mogę się dosiąść?
- Cześć - Odpowiedziałem ściszonym głosem - Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Zawsze tu przychodzisz gdy masz problem - Wzruszył smętnie ramionami. Znajdowaliśmy się w pobliskim baru, jednym z najlepszych w mieście. Dochodziła dwudziesta pierwsza a ja ledwo trzymałem się na nogach. Dziś po raz pierwszy postanowiłem schlać się do nieprzytomności.
- Po co wróciłeś? - Wybełkotałem biorąc kolejnego łyka piwa,
- Dobrze wiesz. Pożegnać się z Ross.... - Spojrzałem na niego zmrużonymi oczyma. Ten skurwiel wyglądał naprawdę dobrze. W porównaniu do mnie, wyglądał zajebiście dobrze. Zero zmarszczek, jakichkolwiek siniaków, podkrążonych oczu - Poproszę to samo! - Tym razem zwrócił się do barmana. Paradoksalne jest to jak kilkanaście miesięcy temu przebywaliśmy w tym samym miejscu i zamiast prosić kogoś o cokolwiek, my po prostu żądaliśmy.
- Dobrze wyglądasz - Stwierdziłem - Widzę, że nie przejmowałeś się tym wszystkim tak samo jak ja.
- Dobrze wiesz dlaczego wyjechałem. Nie mogłem tu siedzieć tak bezczynnie. Choroba Ross, działa na mnie tak samo jak na Cie...
- Gówno prawda! - Wtrąciłem waląc pięścią w ścianę - Nikt nie rozumie co ja czuję. Nikt...
- Nie przyjechałem tu, aby się z Tobą kłócić. Musisz o czymś wiedzieć. Byłem wczoraj u Ricka, podsłuchałem jego rozmowę z jakimś gościem. Roksana nie jest w ciąży z Tobą...
- Co?
- Okłamuje Cię. Wrabia Cię w tego bachora.
- Żartujesz, prawda? - Warknąłem.
- Najgorsze jest to, że Ross nigdy nie pozna prawdy... - Pod wpływem emocji, wziąłem wielki zamach i zwaliłem z blatu wszystkie kubki. Nie chciałem marnować ani chwili dłużej - Dokąd idziesz?!
- Do Ross..
- Nie możesz prowadzić w takim stanie. Chodź, podwiozę Cię.. - Wziąwszy mnie pod ramie, zaprowadził moje gówniane ciało do swojego samochodu. Milczałem całą drogę. W głowie miałem scenę jak łamie wszystkie kości ten pierdolonej suce, która chciała wrobić mnie w tego bachora. Na miejsce dojechaliśmy w dwadzieścia minut. Nie zwracając na nic uwagi, wbiegłem na szpitalny korytarz i od razu ruszyłem w stronę widny. Nie obchodziła mnie godzina. Roksana od kilku miesięcy również przebywa w szpitalu. Jej ciąża także jest zagrożona z powodu narkotyków które ta dziwka przyjmowała.
Zataczając ogromne kółka, wreszcie dotarłem pod pokój tej wywłoki. Nie pukając, wbiegłem do środka. Nie spała. Leżała w łóżku rozmawiając jednocześnie z jakimś gościem.
- Dylan... - Uśmiechnęła się na mój widok - Tak się cieszę, że przyszedłeś...
- Od kiedy wiesz, że to nie moje dziecko - Warknąłem.
- Słucham? - Zdziwiła się - O czym Ty mówisz? Jesteś pijany..
- Od kiedy chcesz mnie w to wrobić?! - Wrzasnąłem.
- Stary, uspokój się.... - Ręka jej kolegi powędrowała na moje ramię. Odruchowo odskoczyłem w bok i mimo, że byłem pijany, z całych sił przywaliłem temu debilowi w twarz. Zakrztusił się własną krwią, ale nie odpowiedział tym samym. Wręcz przeciwnie. Wybiegł z pomieszczenia niczym tchórz.
- Co Ty wyprawiasz?! - Przestraszona, wpatrywała się w moją sylwetkę. Zbliżyłem się do niej, po czym chwyciłem dłonią jej ciemne włosy i pociągnąłem mocno, tak, że zawyła z bólu.
- Radzę Ci mówić kurwo. Od kiedy wiesz, że to nie mój bachor!
- Dylan...
- Mów! - Szarpnąłem jeszcze bardziej. Nie zdawałem sobie sprawy z tego co robię. Wciąż działała na mnie ilość alkoholu, którą wypiłem.
- Od.. Od początku..... - Wydyszała przestraszona. Chciałem, aby odpowiedź właśnie taka byłoo. Jednak kiedy te słowa padły z jej ust, przypomniałem sobie o Ross, która już nigdy nie dowie się, że nie będę miał dziecka z Roksaną. Nie mogąc kontrolować własnych uczyć, przeniosłem uścisk dłoni z jej włosów na jej szyję. Chwyciłem mocno i stanowczo, tak, że trudno było jej oddychać. Chciałem ją zabić. Chciałem, aby padła na podłogę i zdychała z bólu. W tamtej chwili, gdyby nie to, że jest kobietą, rzuciłbym nią o podłogę i skopał jak psa.
- Dylan! Kurwa! Przestań! - Do pokoju wbiegł mój przyjaciel. Odciągnął mnie od tej kretynki tylko dlatego, że byłem pijany - Co Ty wyprawiasz?! Chcesz ją zabić?!
- Niech zdycha - Warknąłem plując przy tym na podłogę.
- Dylan.. -  Jęknęła roztrzęsiona. Posyłając jej ostatnie spojrzenie, opuściłem ten przeklęty pokój.
- Wiesz co by było gdybyś ją zabił?! - Ciągnął Alan - Byłbyś trupem! Czy Ty w ogóle myślisz?!
- Bez Ross i tak nie mam po co żyć - Wzruszyłem smętnie ramionami - Chociaż wyświadczyłbym światu przysługę i zabrał ze sobą tą dziwkę. Wiesz, że spieprzyła mi życie? Wiesz, że to przez nią straciłem Ross? To ona zaszantażowała mnie, że zabije jej rodzinę, jeśli jej nie zostawię... - Widząc mój tragiczny stan, podszedł do mnie i pierwszy raz w życiu mnie przytulił. Przytulił mnie jak brat brata. Znów się rozpłakałem, Kurwa! Stałem się jebaną beksą! - Nie wiem już co ze sobą zrobić... - Szepnąłem.
- Dasz radę stary. Masz mnie... - Ruchem dłoni, poklepał moje plecy dając mi tym samym otuchy. Kilka minut później, siedzieliśmy w pokoju Ross. Pewnie dziwicie się dlaczego tak często i późno u niej jestem. To jest szpital Filipa, więc nie ma problemu, abym nawet całą noc spędzał przy jej łóżku.
- Ja naprawdę ją kocham - Powiedziałem gładząc dłonią jej prawy policzek - Nigdy nikogo tak nie kochałem i nigdy nikogo tak nie pokocham.
- Pokochasz - Odparł łagodnym tonem głosu - Twoje dziecko. Zapomniałeś? Będziesz ojcem..
- Nie chcę tego dziecka - Warknąłem - To przez nie, nie mogę się z nią pożegnać.
- Ross chciałaby, abyś je wychował. Powinieneś się cieszyć i walczyć o nie. To jedyne co Ci po niej pozostanie. Na Twoim miejscu nie zmarnowałbym kolejnej szansy - Posyłając mi szczery uśmiech, wstał i wyszedł mówiąc, że idzie po wodę. Wiedziałam, że po prostu chce mnie zostawić na chwilę samego z Ross.
- Dlaczego mnie zostawiasz? Dlaczego teraz? - Kilka dni temu, Filip powiedział, że mimo, że ona śpi, to jest szansa na to, że słyszy to co do niej mówimy. Każdego dnia powtarzam jak bardzo ją kocham i tęsknie. Czy słyszy? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak - Nie wiem czy mógłbym pokochać to dziecko.. Nawet nie wiesz jak mi bez Ciebie ciężko. Tak cholernie ciężko.