Rozdział 5
,, I am not a fucker ''
&&&
- Stęskniłaś się? - Usłyszałam ten jakże dobrze znany mi głos. Kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem ani skąd się tu wzięłam a mój instynkt samozachowawczy kazał zachować mi szczególną ostrożność. Zamknęłam oczy mając nadzieję, że to tylko koszmarny sen, jednak kiedy ponownie je otworzyłam, miejsce w którym byłam chwile temu, przestało istnieć a mnie z każdej strony otaczała ciemność. Bałam się. Tak cholernie się bałam. Wtedy nieoczekiwanie przede mną wyłoniła się potężna sylwetka Dylana Coopera. Ucieszyłam się widząc znaną mi twarz i nie patrząc na nic innego, szybkim krokiem podbiegłam do mężczyzny, aby chwilę później znaleźć się w jego ramionach. Nie liczyło się nic więcej prócz bycia przy nim.
- Cholernie tęskniłam.. - Szepnęłam coraz bardziej wtulając się w jego mosiężny tors. Dałam upust wszystkim emocjom jakie mną targały od miesięcy. Największym i najbardziej słabym we mnie punktem, był mój płacz. To on sprawiał, że stawałam się bezbronna i zdatna do najgorszej rozpaczy.
- Jestem przy Tobie. Ci... - Ton jego głosu uległ zmianie a ta charakterystyczna chrypa, która zawsze mu towarzyszyła, gdzieś zniknęła. Mrugnęłam kilkakrotnie oczyma, aby wyostrzyć swoją widoczność i wolnym ruchem uniosłam głowę do góry. Zachłysnęłam się powietrzem widząc chłopaka stojącego przede mną. Z trudem zdołałam wyrwać się z jego morderczego uścisku a kiedy mi się to udało, wpadłam w panikę. Jakim cudem do cholery znalazłam się w ramionach Sebastiana Gerana?!
- Co Ty tu robisz?! Gdzie Dylan?! - Wrzasnęłam.
- Przecież jestem Dylanem - Zarechotał. Potrząsnęłam kilkakrotnie głową, modląc się, aby to nie była prawda. Poczułam jak ktoś ściska moją dłoń. To był on. Prawą stroną twarzy taki sam jak Cooper, natomiast lewa strona należała tylko i wyłącznie do niego.
- Nie dotykaj mnie! - Odsunęłam się kilka kroków do tyłu, ostatecznie decydując się na energiczny bieg. Muszę przyznać, że kondycję miałam całkiem dobrą. Biegnąc wzdłuż szklanej powierzchni, która była w samym środku niczego, potknęłam się o niewidzialną mgłę, tracąc tym równowagę i brutalnie zderzając się z ziemią. Odczekałam chwilę aż mężczyzna weźmie mnie w swoje szpony, ale nic takiego się nie stało. Na szczęście Sebastiana nigdzie nie było. Zapłakana wstałam na równe nogi i kiedy chciałam ruszyć do dalszej ucieczki, ktoś mi to uniemożliwił - Pusz....! - Zamilkłam, widząc rysy twarzy mojego ukochanego - Ale jak...? - Szepnęłam prawie bezgłośnie.
- Wszystko będzie dobrze - Pogładził prawą dłonią moje kruczoczarne włosy, natomiast lewym kciukiem musnął mój podbródek. Znów był sobą. Znów był tym cudownym Dylanem Cooperem, któremu oddałam swoje serce.
- Boje się....
- Nie masz czego - Zaśmiał się uwodzicielko. Ponownie spojrzałam mu w oczy czując jak żołądek podchodzi mi do gardła.
- Sebastian.... - Przede mną po raz kolejny stał blondy o niebieskich oczach. Wpadłam w pułapkę. W sidła jakiegoś demona, który bawi się moim kosztem i czerpie z tego niewyobrażalnie dobrą zabawę...
&&&
- Nieeeee! .. - Wrzasnęłam łapiąc łapczywie powietrze w swoje płuca. Otworzyłam oczy i dopiero wtedy poczułam ogromną ulgę. To był sen. Cholerny koszmar, który towarzyszy mi od kilku dni. Zamrugałam kilkakrotnie ociężałymi powiekami, aby upewnić się, że za chwilę nie wyłoni się przede mną Dylan lub Sebastian i na szczęście nic takiego się nie stało. Ponadto był dzień. Do sypialni wpadały promienie słońca, które oświetlały o tej porze Manchester. Pogoda była dosyć ładna, sprawiająca, że uśmiech sam wskakiwał na ludzką twarz.
Podniosłam się do pozycji siedzącej próbując sobie przypomnieć cokolwiek z wczorajszego wieczora. Byłam z Sebastianem, wypiłam kilka kubeczków wina i spotkałam się z Alanem. Pamiętam tylko, że zwymiotowałam na jego buty a potem pustka. Co za wstyd. Jak można zrzygać się na czyjeś buty? Trzeba nazywać się Rozalie Evans by tego dokonać. Ale chwila, chwila. Jak ja się tu właściwie znalazłam? Co ważniejsze, dlaczego do cholery jestem w sypialni Alana?! W moim stanie na pewno nie zdołałam samodzielnie wślizgnąć się do tego pomieszczenia, więc ktoś musiał mi pomóc a tym kimś był....
- Alan? - Szepnęłam prawie bezgłośnie. Z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk telefonu informując, że mam wiadomość. Wzięłam komórkę do ręki, która leżała na małej półeczce tuż przy łóżku i odblokowałam ekran krótkim, czterocyfrowym kodem a następnie przeczytałam SMS"a.
,, Właź na skypa! '' Paula :*
Słowo daje, że nie miałam ochoty na żadną rozmowę z przyjaciółką ani nikim innym, jednak wiedziałam, że jestem jej to winna po wczorajszym. Obiecałam, że zadzwonię do niej wieczorem a zamiast tego upiłam się do stanu nie bardzo pasującego do mnie. Tak więc wygramoliłam się z wielkiego łóżka nienależącego do mnie i uważnie rozejrzałam się po całym pomieszczeniu. Byłam sama. Chłopak musiał wyjść kilka minut wcześniej bądź w ogóle nie spędził nocy w tym pokoju. Mam nadzieję, że tak było bo leżenie w jednym łóżku z Alanem, nie byłoby przyjemne a tym bardziej stosowne. Sięgając po klucze od swojej sypialni, zorientowałam się, że mam na sobie luźną bluzkę sięgającą mi do pasa i szare dresy.
- Co do chuja... - Szepnęłam zakrywając usta dłonią. Dobra, tego było już za wiele. Miałam na sobie jego ciuchy! Jak?! Potrząsnęłam głową, aby odgonić od siebie złe myśli i najszybciej jak umiałam chwyciłam za swoje wczorajsze ubrania i wróciłam do siebie zamykając drzwi na klucz. Wszystko co trzymałam w tamtej chwili w dłoni, wylądowało na ziemi, wraz z bluzą Sebastiana, którą podarował mi, gdy zrobiło się zimniej. Nie czekając dłużej, wślizgnęłam swoje bose stopy w ulubione kapciuszki, które dostałam od rodziców na święta i wolnym krokiem zbliżyłam się do kanapy na której leżał leptop. Pięć minut później zalogowałam się do aplikacji zwanej ,, skyp ''.
- No nareszcie! - Wrzasnęła oburzona, rudowłosa dziewczyna. Z każdą mijającą sekundą, obraz stawał się wyraźniejszy a ja mogłam na spokojnie zlustrować miejsce w jakim się znajdowała. Jej pokój nie zmienił się nawet o najmniejszą drobnostkę. Wymusiłam na twarzy lekki uśmiech, aby uspokoić przyjaciółkę i poinformować ją iż wszystko ze mną okej - Jak Ty wyglądasz?!
- Ciebie też miło widzieć - Parsknęłam. Ból głowy z każdą chwilą przybierał na sile, jednak za wszelką cenę starałam się to ukryć. Nie chciałam martwić Pauli - Jak tam? - Spytałam.
- Wiedziałabyś gdybyś mnie wczoraj nie olała! Kurwa, Ross! Martwię się o Ciebie! - Posłała mi piorunujące spojrzenie przez co poczułam się jeszcze gorzej. Przecież ona była w ciąży. Nosiła w brzuchu żywe stworzenie i nie powinna się zbytnio denerwować a przeze mnie miała same zmartwienia. Matko, co ze mnie za przyjaciółka? - Może Ty kurwa powiesz mi co słychać tam, w wielkim mieście?!
- Uspokój się.. - Szepnęłam - Nie chcę się kłócić. Przepraszam, po prostu wczoraj...
- Po prostu co?! No co?! Aż tak mało dla Ciebie znaczę?!
- Nie! Paula! Cholera! - Pierwszy raz uniosłam głos co nie było dobrym pomysłem. Poczułam jakby ktoś walnął młotkiem w sam środek mojej czaszki - Obiecaj, że jak Ci coś powiesz to nie zaczniesz na mnie krzyczeć..
- Nic nie obiecuję.. - Warknęła - A teraz mów za nim wkurze sie jeszcze bardziej.
- Napiłam się wczoraj...
- Co zrobiłaś?!
- Wypiłam kilka kubeczków wina i zwymiotowałam na Alana, zadowolona? Nie wiem jak wróciłam do hotelu, więc nie było nawet szansy na skontaktowanie się z Tobą. Obudziłam się niedawno i mam strasznego kaca...- Myślałam, że zacznie krzyczeć, wydzierać się, że nie powinnam pić w tym stanie, ale zamiast tego, usłyszałam dobrze znany mi śmiech. Te rude babsko się ze mnie śmiało - Bardzo śmieszne...
- A co na to ten kretyn? Wkurzył się? Nie mogę w to uwierzyć!
- Ja.. Nie wiem.. Nie pamiętam.. - Wróciłam wspomnieniami do wczorajszej nocy, ale za nic w świecie nie potrafiłam sobie przypomnieć co wydarzyło się później. Obrzygałam mu te jego buty i na tym kończy się moja pamięć. Coś w stylu czarnej dziury, albo jeszcze gorzej - Zachowałam sie jak idiotka.
- Co Cię skłoniło do picia? I co Ty masz właściwie na sobie?
- Jego ciuchy. Tak myślę...
- Czy Wy....
- Co?! Nie! - Oburzyłam się - Zwariowałaś?! Aż tak pijana nie byłam... - Chyba. Przełknęłam głośno ślinę na myśl, że ja i on.. Nie! To niemożliwe! Nie moglibyśmy! Nigdy w życiu! Nie kocham go i nigdy sie to nie zmieni a seks z Fryczem to ostatnie co mogłabym zrobić przed śmiercią. Hola, wróć. Nawet tego bym nie zrobiła. Tylko raz w życiu spałam z facetem i tym kimś był Dylan Cooper.
- Ross, wszystko w porządku? Zadałam Ci pytanie...
- Pokłóciłam sie z Alanem. Poszło o dokumenty, które uważałam, że mi zabrał, ale on twierdzi, że nie miał z tym nic wspólnego.
- Jakie dokumenty? - Zdziwiła się - A co z tym, że jesteś chora? Powie Dylanowi?
- Nie powie. Przynajmniej mam taką nadzieje... Papiery o Anastazji, matce Dylana.. Uhg, nie wiem co o tym wszystkim myśleć. W dodatku poznałam takiego chłopaka, nazywa się Sebastian i nie uwierzysz co, ale jest strasznie podobny do Coopera.. Normalnie dwie krople wody! Rozumiesz?! Różni ich od siebie tylko kolor włosów, oczy i przede wszystkim charakter. Sebastian jest miły i ... - Nagle się zacięłam nie mogąc kontynuować dalej.
[...] - Zmieńmy temat. Nie chcę, abyś była smutna. Więc, hm.. Kwiaty się podobały?
- Są bardzo ładne, tylko że...
- Nie w Twoim guście? - Posmutniał.
- Nie, skądże! Po prostu... Nie możemy się jutro spotkać. Wyjeżdżam. Wracam do siebie.
- Dlaczego?
- Tęsknie za przyjaciółmi a to po co tu przyjechałam, nie ma już
znaczenia. Zresztą nie wa.... - Wtedy nieoczekiwanie ponownie się do
mnie zbliżył i nie dając mi szansy na cokolwiek, pocałował mnie. Z
początku siedziałam w bezruchu, nie mogąc pojąc tego co się właściwie
wydarzyło, ale ostatecznie, postanowiłam odwzajemnić pocałunek [...].
Jak mogłam pozwolić na taką głupotę? Jak mogłam zgodzić się by mnie pocałował? Powinnam jakoś zareagować, odsunąć się, nie dopuścić go do siebie a zamiast tego, odwzajemniłam ten cholernie dobry pocałunek. Byłoby kłamstwem jakbym powiedziała, że mi sie nie podobało. Prawda była taka, że było cudownie i gdybym mogla, znów bym na to wyraziła swoją zgodę.
- Ross, hallo, jesteś tam? - Oprzytomniałam słysząc glosy przyjaciółki. Po raz drugi odpłynęłam myśląc o czymś bezsensownym - Pytałam czy wiecie już cos na temat Anastazji.
- To zagmatwane...
- Czyli wciąż nic? - Pokręciłam głową na znak, że nie. Może faktycznie ta kobieta tu nie mieszkała? Minął tydzień a my nie mamy nic. Wtedy nieoczekiwanie do mojej sypialni wparował Alan, który nie był w dobrym humorze. Wszedł jak do siebie i nie zważając na moją rozmowę prowadzoną z Paulą, rzucił na moje łóżko kilka zdjęć. Posłałam mu dziwne spojrzenie a on odpowiedział mi tym samym. Zlustrował moje ciało przeczesując dłonią swoje brązowe włosy i już wiedziałam o co mu chodzi. Jego wzrok utkwił na jego ciuchach, które miałam na sobie. Nastąpiła chwila ciszy bo ani ja, ani on nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Rozumiem siebie bo nic nie pamiętam, ale on? Chyba najbardziej powinien wiedzieć jakim cudem mam na sobie jego koszulę i dresy, prawa?
- Czy ja o czymś nie wiem? - Tą niezręczną cisze przerwała moja ukochana przyjaciółka, która była dla mnie niczym siostra. Mrugnęłam kilkakrotnie oczyma powracając tym do rzeczywistości i tylko spojrzałam na zdjęcia jakie przyniósł mi Frycz. Na każdym obrazku był Sebastian.
- Czy to on? - Spytał, nie odwracając ode mnie swojego wzroku nawet na sekundę. Kiwnęłam potwierdzająco głową.
- Sebastian.. - Szepnęłam. Chłopak skinął głową na laptopa, dając mi tym do zrozumienia, że musimy pogadać w cztery oczy - Paula, muszę kończyć. Chyba wreszcie coś mamy i...
- Rozumiem - Wtrąciła - Odezwij sie, kiedy będziesz coś wiedzieć - Posłała mi ciepły uśmiech i zniknęła z mojego pola widzenia. Swój wzrok przeniosłam na bruneta, który krzątał się po pokoju w tą i z powrotem - Nic nie rozumiem... Po co Ci te zdjęcia i skąd je masz?
- Zniknęły Ci dokumenty. Powiedziałaś wczoraj, że był tu nijaki Sebastian i, że jest podobny do Dylana. Jest więcej niż podobny. Jest taki sam.
- Co mam przez to rozumieć?
- Nazywa się Sebastian Geran, ma dziewiętnaście lat, mieszka z matką Aną Geran niedaleko naszego hotelu, urodzony ósmego grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego.
- Tak samo jak Dylan... Ale to niemożliwe żeby oni...
- Jeżeli w ich nazwisku przemienisz kolejność liter to zamiast Ana Geran, powstanie Anastazja Grean. Dzwoniłem do kolegi i sprawdził moje przypuszczenia...
- Czekaj, czekaj - Wtrąciłam - Ty masz kolegów? - Zdziwiłam się. Wybaczcie, ale nie mogłam powstrzymać się od tego żartu bo nie często zdarza się taka okazja by mu dopiec, czyż nie? A skoro już się nadarzyła to grzechem byłoby jej nie wykorzystać. Chłopak zmierzył mnie morderczym wzrokiem od którego na moim ciele pojawiły się ciarki - Wybacz, mów dalej.. - Poczułam się jak małe zbesztane dziecko na które nakrzyczał właśnie rodzic.
- Prawdopodobnie Sebastian i Dylan to..
- Bliźniacy.. - Dokończyłam czując ogromny ścisk w żołądku. Kiwnął potwierdzająco głową - Ale jak...?
- Tego trzeba dowiedzieć się od ich kochanej matki. Nie mamy zbytnio czasu. Dostałem wezwane od Rica, że muszę wracać. Coś podejrzewają.
- Sebastian chce się dziś ze mną spotkać na plaży o dwudziestej. Ten dupek chciał mnie wykorzystać. Ukradł papiery o swojej matce i wypytywał skąd pochodzimy i dlaczego tu przybyliśmy. On wie, że jej szukamy...
- Ale nie wie, że wiemy tak dużo. To świetna okazja, aby spotkać się z Anastazją. Na odwrocie zdjęcia masz numer tego blondasa. Zadzwoń i potwierdź spotkanie - Machnął ręką i wolnym krokiem zbliżył się do drzwi - Nie zapomnij oddać mi moich ubrań - Nie mówiąc więcej nic, wyszedł.
piątek, 28 sierpnia 2015
środa, 26 sierpnia 2015
,, I am not a fucker ''
Rozdział 4
- Te wszystkie siniaki, które masz na rękach...To przez to, prawda? - Po tym jak odrobinę ochłonęliśmy a przez ochłonięcie mam na myśli, że ten tu pan Frycz, troszkę się uspokoił, ponownie wróciliśmy do rozmowy. Najpierw jednak Alan, jakby nigdy nic, odpalił sobie papierosa w moim pokoju i na moich oczach palił to gówno. Z początku kazałam mu wyjść i wiecie co? Wyśmiał mnie, więc ze wszystkich sił jakie w sobie miałam, starałam się to zignorować, ten pieprzony smród.
- Nawet nie wiem kiedy się pojawiają. Moje ciało stało się bardziej delikatne.
- Czekaj, czekaj, bo nie rozumiem. Od kiedy wiesz o tej chorobie? - Zmarszczył brwi jakby to była jego największa zagadka w życiu. Wyglądał bardzo zabawnie i mimo tej niekomfortowej dla mnie sytuacji, kąciki ust uniosły mi się do góry powodując tym lekki uśmiech.
- Nie obraź się, ale nie mam ochoty rozmawiać o tym z Tobą... - To ostanie słowo wypowiedziałam z trudnością. Alan, nie był typem człowieka do którego miałam zaufanie. Fakt, może i go polubiłam, ale to wciąż był Alan Frycz. Nie przyjaźniliśmy się. Podeszłam do szafy z ubraniami z której po kolei zaczęłam wykładać swoje ciuchy. Nic tu po mnie. I tak nie odnajdziemy tej kobiety. Minął już tydzień a my nie mamy kompletnie nic! Czas ucieka i tylko marnuję ostatnie dni życia na coś, co się nigdy nie wydarzy. Wolę pożegnać się z prawdziwymi przyjaciółmi, niż szwendać się po jakimś durnym miasteczku.
- Ależ ja się nie obrażam - Posłał mi jeden z tych swoich tanich uśmieszków, które mówiły, że zaraz wyprowadzi mnie z równowagi i wygodnie rozsiadł się w moim fotelu. Posłałam mu baczne spojrzenie, na które odpowiedział tym samym. Przełknęłam głośno ślinę, czując się przez niego zaszczuta - Po prostu za chwilę wyciągnę telefon z kieszeni i wykręcę numer swojego najlepszego przyjaciela - Bam! Wiedziałam, że jego bazyliszkowy wzrok zaraz doprowadzi mnie do rozpaczy i gniewu.
- Nie odważysz się... - Warknęłam przez zaciśnięte zęby.
- Chcesz się przekonać? - Kiedy nie odpowiedziałam, wziął komórkę do ręki i wystukał czyjś numer. Dobrze wiedziałam czyj. Drań. Chciał mnie zaszantażować, że jeżeli nie powiem mu tego co chce wiedzieć, wypepla Dylanowi, że jestem chora. To właśnie jeden z tysiąca powodów dla którego nie warto przyjaźnić się z Fryczem.Dla którego nawet nie warto z nim rozmawiać.
- Nic dziwnego, że nikt Cię nie lubi! Jesteś draniem!
- Zimnym draniem - Poprawił mnie z dziwnym błyskiem w oku - A teraz mów bo czas ucieka - Miałam ochotę przyłożyć mu porządnego kopa w sam środek jego krocza. Chętnie popatrzyłabym na ból jaki by mu to sprawiło.
- Ponad miesiąc temu. Dowiedziałam się przypadkiem, kiedy Dylan przywiózł mnie do Filipa.
- I nic nie da się z tym zrobić? Coś tam wiem, że da się to przecież jakoś leczyć - Nie rozumiałam dlaczego tak bardzo przejął się tym, że jestem chora. Przecież się nie przyjaźnimy a znamy zaledwie kilka dni. Pokręciłam przecząco głową, starając ukryć się łzy, które ze wszystkich sił próbowały zalać moje drobne policzki.
- Jestem w zaawansowanym etapie i nie ma na to lekarstwa. Po prostu umrę. W każde chwili mogę trafić do szpitala. Pogodziłam się z tym. Wszystko jest w porządku...
- W porządku? - Wtrącił - Żartujesz, prawda? Gdybym wiedział, na pewno nie zgodziłbym się na ten wyjazd. Przecież mogło Ci się coś stać. I to byłaby moja wina! Dylan nigdy by mi tego nie wybaczył a Filip jest już trupem, że Cię tu puścił.
- Zapomniałeś, że to był Twój i jego pomysł?
- Tyle, że on o wszystkim wiedział a ja nie. Co teraz zamierzasz? - Rozejrzał się uważnie po całym pomieszczeniu a jego wzrok utkwił na mojej walizce - Wyjeżdżasz?
- A obchodzi Cię to?
- Dlaczego nie chcesz o wszystkim powiedzieć Dylanowi? To naprawdę mogłoby go zmienić.
- Przestań! Nie powiem mu o tym!
- Ale dlaczego?! Nie uważasz, że on też zasługuje na szansę pożegnania się z Tobą!?
- Nie potrzebuję jego litości! Nie chcę mieć z nim nic do czynienia!
- On Cię kocha! Naprawdę jesteś taka tępa czy udajesz?! - Walnął pięścią w mały, szklany stolik a ja odsunęłam się krok do tyłu. Nie lubiłam kiedy się wściekał. Był wtedy niebezpieczny i zdolny do wszystkiego. Wstał na nogi a następnie zrzucił moją walizkę na podłogę - Wiesz co? Faktycznie, lepiej będzie jak wyjedziesz. Mój najlepszy przyjaciel, popełnił największy w życiu błąd. Zakochał się w Tobie a to gorsze od tej choroby.
- Alan.....- Te słowa zabolały mnie doszczętnie. Wiedziałam, że to cham, ale żeby aż tak?
- Nie odzywaj się do mnie. Spakuj swoje szmaty i jeszcze dziś się stąd wynoś.
- Nic nie rozumiesz! - Wrzasnęłam zapłakana.
- To Ty nic nie rozumiesz! Wiadomość, że umierasz, zrujnuje go jeszcze bardziej, ale wiadomość, że umarłaś a on dowidział się o tym na Twoim pogrzebie, dostatecznie go zabije. Wracaj do tej swojej rudej kretynki i pedalskiego przyjaciela a Dylana zostaw w spokoju. Sam mu pomogę - Nie mówiąc więcej nic, trzasnął drzwiami i wyszedł.
- Dupek! - Chwyciłam w ręce pierwszą rzecz jaką zdołałam dosięgnąć i bez zastanowienia, cisnęłam nią w drzwi. Dostałam drgawek. Nie potrafiłam utrzymać normalnego rytmu serca a płacz przemienił się w głęboki szloch. Czyli co? Teraz to moja wina, że stan Dylana pogorszy się jeszcze bardziej? Zamiast wrócić do pakowania swoich rzeczy, zaczęłam przeklinać jak oszalała. Miałam dość wszystkiego. Po raz któryś ta choroba rujnuje mi życie! Nagle dopadły mnie zawroty głowy i w dodatku poczułam jak żołądek podchodzi mi do gardła. Czym prędzej pobiegłam do łazienki i od razu skierowałam się w stronę kibla. Chwilę później wyglądałam jak nawalona kobieta, która po udanej imprezie rzyga w ubikacji. Czyżbym się czymś zatruła? Najgorsze było to, że po jakimś czasie zaczęłam rzygać krwią. Trwało to bardzo krótko. Zaledwie kilka sekund. Ręce mi drżały a oddech stał się nierówny. Spłukałam brudną wodę i bezwładnie opadłam na zimne kafelki. Byłam wyczerpana i wystraszona. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Czyżby mój czas się kończył? Nie. To niemożliwe.
- Jest tu ktoś? - Usłyszałam kobiecy głos dochodzący ze środka sypialni. Cholera. Kogo tym razem do mnie niesie? Nie mogę mieć chwili spokoju? Wytarłam buzie zimną wodą, osuszyłam ją ręcznikiem a następnie wyszłam z toalety starając ukryć się ból na mojej twarzy.
- W czym mogę pomóc? - Zdziwiłam się wizytą pokojówki. Stanęła przy samych drzwiach i przeniosła na mnie swój niewinny wzrok. Miała piękne oczy, zresztą cała była bardzo ładna.
- Pani Rozalie Evans? - Kiwnęłam głową a wtedy młoda kobieta zbliżyła się do mnie i wręczyła mi mały bukiet kwiatów wraz z białą kopertą - To dla Pani - Lekko się uśmiechnęła i wyszła nie dając mi szansy na jakiekolwiek pytanie.
,, Mam nadzieję, że wreszcie zechcesz się ze mną umówić i spędzimy trochę razem czas. Chciałbym Cię lepiej poznać. Bądź jutro na plaży o godzinie dwudziestej.Sebastian. ''
- Sebastian... - Szepnęłam. Przed oczyma pojawiła mi się jego twarz. Był tak kurewsko podobny do Coopera, że śmiało mogłabym rzec iż to bliźniacy. Jednakże to niemożliwe, więc to odpada. Miło z jego strony, że zaprasza mnie na spotkanie, ale nie bardzo mam chęć na nie iść. Zresztą jeszcze dziś w nocy wyjeżdżam. Szkoda, że nie zostawił numeru telefonu. Rozczaruje się, kiedy nie przyjdę.
Resztę wieczoru spędziłam na rozmowie z przyjaciółką. Obiecałam jej, że zadzwonię a obietnic nie łamię. Pominęłam kilka faktów o swoim samopoczuciu, aby jej nie martwić i tylko poinformowałam ją o kłótni z Fryczem. Doradziła mi, bym czym prędzej do nich wracała i nie zawracała sobie głowy tym kmiotkiem.
Kiedy Paula wyszła z tak zwanego skype'a, musiałam zająć czymś swój wolny czas, więc postanowiłam posprzątać burdel jaki zrobił Frycz. Zbliżyłam się do szafki z dokumentami i w dokładnie dziesięć minut uporałam się ze wszystkim. Zaniepokoiła mnie tylko jedna rzecz. Nigdzie nie było dokumentów dotyczących Anastazji Grean. Zdenerwowana, przeszukałam raz jeszcze wszystkie papiery, ale to na nic. Teczka z całą zawartością o jej osobie, zniknęła.
Zabiję go a potem powieszę i jeszcze raz zabiję! Zacisnęłam dłoń w pięść i kompletnie nie zważając na to, która jest godzina, wybiegłam ze swojej sypialni i od razu udałam się do pokoju Alana. Nie pukając, wbiegłam do środka pomieszczenia i ku mojemu zdziwieniu, nie zastałam tam nikogo. Chłopaka nigdzie nie było.
- Alan! - Wrzasnęłam na całą sypialnie. Pewnie musiał wyjść bo kurtka z wieszaka zniknęła. Chętnie przejdę się razem z nim. Pod wpływem złości, zapomniałam cokolwiek na siebie włożyć i tylko biegiem udałam się do holu głównego. Tam również go nie było. Zdenerwowana ruszyłam w stronę drzwi. Na dworze panowała niezła wichura i było naprawdę zimno a na zegarku zaledwie dwudziesta trzydzieści. Świetnie, w którą stronę teraz iść?
- Mogę w czymś pomóc? - Zmarszczyłam brwi na dźwięk tego głosu. Ostrożnie odwróciłam się w jego stronę a cały gniew wyparował. Sebastian stał kilka metrów ode mnie, opierając się o wysokie drzewo. Nawet nie zwróciłam uwagi na to, że stoi w doskonałym miejscu i ma niezły widok na mój pokój. Jakoś wtedy mnie to nie interesowało.
- Czy Ty mnie śledzisz? - Parsknęłam.
- Może - Zaśmiał się - Masz coś przeciwko? - Wolnym krokiem zbliżył się do mnie, przez co mogłam dostrzec wspaniałe rysy jego twarzy. Był taki idealny. Kompletne przeciwieństwo Dylana. Jakby połączyć tą dwóję w jedność, powstałby mój własny ideał chłopaka - Dokąd się wybierasz o tej porze?
- Szukam Alana....Nie widziałeś go przypadkiem? - Kiwnął przecząco głową i lekko się uśmiechnął.
- Znalazłaś mnie. To chyba jest o wiele lepsze, co? - Dobrze, że było już ciemno bo moje policzki zalał ogromny rumieniec. Pewnie wyglądam jak burak, ale na całe szczęście on tego nie widzi - Zgodzisz się na krótki spacer?
- Nie bardzo..... - Wtedy zrobił minę szczeniaczka - Cholera.. - Mruknęłam - Niech będzie. Skoro on sobie zniknął nie wiadomo gdzie to ja też mogę - Na twarzy chłopaka pojawił się uśmiech na co odpowiedziałam tym samym. Wolnym krokiem ruszyliśmy wprost przed siebie. Szliśmy wzdłuż chodnika, który niedawno zaprowadził mnie do pięknego parku. Zrobiło się jeszcze zimniej a ja byłam tylko w swojej dresowej bluzie. Może lepiej jak wrócę? Nie będzie dobrze, kiedy rozchoruje się jeszcze bardziej. Wtedy poczułam jak coś ciepłego opada na moje ramiona. Zdziwiona spojrzałam na Sebastiana, ale ten tylko wzruszył ramionami jakby nigdy nic. Potem chwycił moją dłoń i pociągnął w stronę ławki. Było to miejsce do którego nie dosięgały światła lamp a widoczność była ograniczona - Dziękuję, ale nie musiałeś...
- Wszystko okej - Byłam pod wrażeniem bo cholernie wiał wiatr a on miał na sobie tylko krótką koszulkę. Mi natomiast zrobiło się znacznie cieplej a zapach dochodzący z kurtki Sebastiana, był niesamowity. Brak tytoniu, tylko czysty perfum. Między nami nastała chwila ciszy. Aby nie czuć się niekomfortowo, spojrzałam na gwiazdy, które w tym mieście prezentowały się kozacko. Przez ułamek sekundy, dostrzegłam jak się we mnie wpatruje.
- Czemu się tak patrzysz? - Zdziwiłam się - Mam coś na twarzy?
- Nie.. Nie.. - Nie mógł powstrzymać śmiechu i jakoś nie bardzo się przed tym bronił - Jesteś bardzo ładna... - Spoważniał. Chwilę później, przysunął się do mnie a następnie uniósł palcem mój podbródek. Zmuszona zostałam, aby spojrzeć mu w oczy. ,, Dylan ''... Zachłysnęłam się powietrzem, widząc twarz Coopera. Mężczyzny, którego kochałam całym sercem. Miałam wrażenie jakby siedział naprzeciwko mnie, jakby był tu ze mną i dotrzymywał mi towarzystwa, dawał otuchy. Chłopak przejechał kciukiem wzdłuż mojego prawego policzka, gładząc go na wszystkie możliwe sposoby. Mruknęłam zadowolona. Przez ułamek sekundy wmawiałam sobie, że spędzam ten czas z Cooperem. W Sebastianie było coś takiego, że chciałam, aby mnie dotykał, chciałam aby był blisko mnie. Polubiłam go - Eh.. Nie powinienem...
- Nic się nie stało.. - Kiedy się ocknęłam, chrząknęłam znacząco, aby dać mu do zrozumienia, że lepiej będzie jak się odsunie. Tak też zrobił. Uniósł do góry głowę i skupił się na gwiazdach wiszących na niebie.
- Dlaczego pojawiłaś się w tym mieście? Mieszkam tu od urodzenia i przysięgam, że nigdy wcześniej nie miałem okazji Cię spotkać.
- Muszę kogoś odnaleźć. Przyjechałam tylko na kilka dni.
- Kogo? - Zdziwił się - Przepraszam za ciekawość, ale...
- Pewną kobietę - Wtrąciłam - Jest jedyną szansą dla mojego chło...
- Chłopaka? - Dokończył za mnie - Masz chłopaka? - Pokiwałam przecząco głową.
- Dla mojego znajomego. Powiedzieli mi, że tu ją odnajdę, ale sama już nie wiem. Od ponad tygodnia nie ma po niej śladu.
- Mogę wiedzieć jak nazywa się ta kobieta? Może będę w stanie pomóc... - Spojrzałam na niego z nadzieją i faktycznie. Skoro mieszka tu od urodzenia to może wie coś o Anastazji? Dlaczego wcześniej nie wpadłam na ten pomysł, aby zadać mu to pytanie? Co za idiotka ze mnie!
- Anastazja Grean. Kojarzysz? - I tak jak się spodziewałam, kiwnął przecząco głową. Nie znał jej. Nikt jej nie znał do cholery! Zakryłam twarz dłońmi, aby nie zacząć płakać - Nie mam już na to wszystko sił...
- Zmieńmy temat. Nie chcę, abyś była smutna. Więc, hm.. Kwiaty się podobały?
- Są bardzo ładne, tylko że...
- Nie w Twoim guście? - Posmutniał.
- Nie, skądże! Po prostu... Nie możemy się jutro spotkać. Wyjeżdżam. Wracam do siebie.
- Dlaczego?
- Tęsknie za przyjaciółmi a to po co tu przyjechałam, nie ma już znaczenia. Zresztą nie wa.... - Wtedy nieoczekiwanie ponownie się do mnie zbliżył i nie dając mi szansy na cokolwiek, pocałował mnie. Z początku siedziałam w bezruchu, nie mogąc pojąc tego co się właściwie wydarzyło, ale ostatecznie, postanowiłam odwzajemnić pocałunek. Sama nie wiem dlaczego to zrobiłam. Może dlatego, że widziałam w nim Dylana? Może dlatego, że tak cholerne za nim tęskniłam? Wyrwał mnie z rozmyśleń dźwięk mojego telefonu. Szybko oderwałam się od blondyna i spojrzałam na ekran komórki. Miałam nieprzeczytaną wiadomość od Alana.
,, Masz pięć minut, aby wrócić do hotelu ''.
- Coś się stało? - Poczułam na ramieniu ciepłą dłoń Sebastiana. Zaniepokoił się moją zmianą humoru - Kim jest dla Ciebie ten cały Alan? To Twoja rodzina?
- Nie! - Wrzasnęłam - Na całe szczęście nie. To mój.. eh.. hm.. kurde..
- Kolega?
- Nawet chyba nie - Parsknęłam - Ktoś w rodzaju znajomego. Dobra, muszę wracać...
- Ross, jeśli chodzi o ten pocałunek to...
- Daj spokój - Wtrąciłam - To moja wina. Nie powinnam.. - Wstałam na równe nogi i powoli zaciągnęłam się rześkim powietrzem. Chciał coś powiedzieć, lecz nie dałam mu dojść do słowa. Stało się. Nie cofniemy czasu, ani tego pocałunku - Wracajmy.. - Mruknęłam. Kiwnął posłusznie głową a następnie stanął tuż przy mnie. Idąc wzdłuż chodnika, dostrzegłam po drugiej stronie ulicy mężczyznę ze stoiskiem z winem. Przyszedł mi do głowy głupi pomysł. Czułam się źle przez to co wydarzyło się kilka minut temu i chciałam o tym zapomnieć jak najszybciej. W tym momencie alkohol wydawał mi się najlepszym rozwiązaniem. W dodatku chciałam wkurzyć Alana i gdybym przyszła nawalona, wyprowadziłabym go tym z równowagi.
- Dokąd idziesz?! - Krzyknął, kiedy ruszyłam w tamtą stronę. Nie odpowiedziałam, tylko przywołałam go machnięciem dłoni.
- Poproszę jeden - Zwróciłam się do mężczyzny z kozią bródką, który na mój widok, wyszczerzył usta w wielki uśmiech. Kiwnął głową i kilka sekund później, położył przede mną kubek czerwonego wina.
- Chyba oszalałaś - Warknął Sebastian - Nie pozwolę Ci na to.
- Wybacz, ale nie zamierzam pytać się o Twoje zdanie. Mam osiemnaście lat - Co prawda, dopiero będę mieć te osiemnaście lat, ale on nie musi o tym wiedzieć. Zresztą kim on jest, aby mówić mi co mogę robić a czego nie? Spiorunował mnie wzrokiem, ale nic sobie z tego nie zrobiłam. Zamiast wciąż się na niego gapić, przyłożyłam plastikowy kubeczek do swoich ust i za jednym mocnym przechyleniem, połknęłam całą jego zawartość. Muszę przyznać, że napój nie był najgorszy. W dodatku zrobiło mi się znacznie cieplej niż przypuszczałam - Jeszcze jeden - Rozkazałam mężczyźnie. Zignorowałam wkurzonego Sebastiana i ponownie napiłam się czerwonej cieszy. Skończyło się na tym, że wypiłam sześć kubeczków. Kiedy chciałam wypić kolejny, blondyn stanowczo mi zakazał. Chwycił moją dłoń i pociągnął mnie w stronę hotelu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że zaczęłam się chwiać z każdym kolejnym krokiem. Nie uszło to jego uwadze.
- Jesteś pijana.. - Skomentował - Zadowolona? Co chciałaś tym osiągnąć?
- Jesteś strasznie do niego podobny - Wypaliłam spoglądając w jego jasne tęczówki.
- Do kogo? - Zdziwił się. Już chciałam wymówić imię Coopera, kiedy usłyszałam dźwięk swojej komórki. Niech to szlag. Z wielkim trudem wyciągnęłam małe urządzenie z kieszeni, aby następnie nacisnąć zieloną słuchawkę. Super, bo telefon wypadł mi z rąk. Na szczęście blondyn zdążył mi go podać nim Frycz się rozłączył.
- Gdzie Ty do chuja jesteś?! - Warknął. Nie mogłam powstrzymać śmiechu, więc nadzwyczajnie w świecie zaczęłam się śmiać. Ludzie przechodzący obok mnie, posyłali mi dziwaczne spojrzenia - Bawi Cię to?
- Wyjdź po mnie. Jestem pod hotelem... - Nie dając mu szansy na odpowiedź, rozłączyłam się. Co dziwniejsze, nigdzie nie było Sebastiana. Daje słowo, że jeszcze przed chwilą stał przy mnie a teraz? Zniknął. Jak to możliwe? Cóż. Pięć minut później, przez hotelowe drzwi wyszła sylwetka Frycza. Miał na sobie białą bluzkę na długi rękaw, czarną skórzaną kurtkę, ciasne, czarne jeansy oraz conversy. Kiedy tylko mnie zobaczył, wolnym krokiem zbliżył się do mojej osoby. Nim cokolwiek zdążył powiedzieć, zacisnęłam dłoń w pięść i z całej siły przywaliłam mu nią w jego prawy policzek. Muszę przyznać, że nie sądziłam iż mam w sobie tyle siły - To za to, że szperałeś w moich dokumentach - Warknęłam chwiejąc się na każdą stronę - A to.. - Tym razem przyłożyłam mu porządnego liścia - Za to, że ukradłeś moje dokumenty! - Chciałam odejść, kiedy poczułam na sobie jego dłoń. Chwycił moje ramię i z całej siły przygwoździł moje obolałe ciało do jednej ze ścian jakiegoś budynku. Miał w nosie, że ktoś mógł na nas patrzeć. Wiedziałam, że jest wkurzony i nawet nie poczułam strachu.
- Czuję alkohol - Warknął - Piłaś?!
- Gówno Cię to obchodzi - Syknęłam - A teraz mnie puść bo zacznę krzyczeć...
- To krzycz - Wtrącił - Chętnie posłucham jak wołasz o pomoc w takim stanie. Wracamy do hotelu..
- Puść mnie... - Powtórzyłam. Nie posłuchał. Wręcz przeciwnie. Jeszcze mocniej wbił we mnie swoje wielkie dłonie.
- Gdzie byłaś? Szukałem Cię... Dzwonił Filip..
- Byłam z Sebastianem! Zadowolony?
- Z kim? Kto to? - Przed oczyma pojawiła mi się idealna postawa blondyna wywołująca na mojej twarzy lekki uśmiech. Ten pocałunek, którym mnie niedawno obdarował..
- On... To drugi Dylan... - Spojrzałam mu w oczy, w których dostrzegłam zdezorientowanie - Jest taki sam jak Dylan...
- Coś Ty piła?
- Mówię prawdę! To dwie krople wody! Tyle, ze Sebastian jest miły...
- Czekaj, czekaj. Mówiłaś, że zginęły Ci dokumenty, tak?
- Które sam mi zabrałeś! - Wrzasnęłam oburzona - Jesteś złodziejem!
- Nic Ci kurwa nie zabrałem. Kiedy wszedłem do Twojej sypialni, wszystkie papiery były porozrzucane po stole, dlatego znalazłem te o Tobie! Chyba, że...
- Że co?
- Twój nowy kolega miał dostęp do Twojego pokoju? Był w nim?
- Nie.. - Szepnęłam czując jak żołądek podchodzi mi do gardła. Chciało mi się rzygać - W sumie tak.. Był...rano, kiedy Ty zniknąłeś na cały dzień...
- Czego chciał? Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?!
- Nie drzyj się na mnie! Pomógł mi, kiedy źle się poczułam...
- Źle się czułaś?! - Warknął zaciskając dłoń w silną pięść - Jesteś kretynką czy udajesz?!
- Niedobrze mi... - Wyszeptałam.
- Nie.. Nawet się nie waż... - Chciał się odsunąć, jednak nie zdążył na czas. Spuściłam głowę w dół i tylko czekałam aż fala moich wymiotów opróżni mój organizm. Tak też się stało. Tyle, że zamiast na ziemię, zrzygałam się na conversy Alana....
Rozdział 4
- Te wszystkie siniaki, które masz na rękach...To przez to, prawda? - Po tym jak odrobinę ochłonęliśmy a przez ochłonięcie mam na myśli, że ten tu pan Frycz, troszkę się uspokoił, ponownie wróciliśmy do rozmowy. Najpierw jednak Alan, jakby nigdy nic, odpalił sobie papierosa w moim pokoju i na moich oczach palił to gówno. Z początku kazałam mu wyjść i wiecie co? Wyśmiał mnie, więc ze wszystkich sił jakie w sobie miałam, starałam się to zignorować, ten pieprzony smród.
- Nawet nie wiem kiedy się pojawiają. Moje ciało stało się bardziej delikatne.
- Czekaj, czekaj, bo nie rozumiem. Od kiedy wiesz o tej chorobie? - Zmarszczył brwi jakby to była jego największa zagadka w życiu. Wyglądał bardzo zabawnie i mimo tej niekomfortowej dla mnie sytuacji, kąciki ust uniosły mi się do góry powodując tym lekki uśmiech.
- Nie obraź się, ale nie mam ochoty rozmawiać o tym z Tobą... - To ostanie słowo wypowiedziałam z trudnością. Alan, nie był typem człowieka do którego miałam zaufanie. Fakt, może i go polubiłam, ale to wciąż był Alan Frycz. Nie przyjaźniliśmy się. Podeszłam do szafy z ubraniami z której po kolei zaczęłam wykładać swoje ciuchy. Nic tu po mnie. I tak nie odnajdziemy tej kobiety. Minął już tydzień a my nie mamy kompletnie nic! Czas ucieka i tylko marnuję ostatnie dni życia na coś, co się nigdy nie wydarzy. Wolę pożegnać się z prawdziwymi przyjaciółmi, niż szwendać się po jakimś durnym miasteczku.
- Ależ ja się nie obrażam - Posłał mi jeden z tych swoich tanich uśmieszków, które mówiły, że zaraz wyprowadzi mnie z równowagi i wygodnie rozsiadł się w moim fotelu. Posłałam mu baczne spojrzenie, na które odpowiedział tym samym. Przełknęłam głośno ślinę, czując się przez niego zaszczuta - Po prostu za chwilę wyciągnę telefon z kieszeni i wykręcę numer swojego najlepszego przyjaciela - Bam! Wiedziałam, że jego bazyliszkowy wzrok zaraz doprowadzi mnie do rozpaczy i gniewu.
- Nie odważysz się... - Warknęłam przez zaciśnięte zęby.
- Chcesz się przekonać? - Kiedy nie odpowiedziałam, wziął komórkę do ręki i wystukał czyjś numer. Dobrze wiedziałam czyj. Drań. Chciał mnie zaszantażować, że jeżeli nie powiem mu tego co chce wiedzieć, wypepla Dylanowi, że jestem chora. To właśnie jeden z tysiąca powodów dla którego nie warto przyjaźnić się z Fryczem.Dla którego nawet nie warto z nim rozmawiać.
- Nic dziwnego, że nikt Cię nie lubi! Jesteś draniem!
- Zimnym draniem - Poprawił mnie z dziwnym błyskiem w oku - A teraz mów bo czas ucieka - Miałam ochotę przyłożyć mu porządnego kopa w sam środek jego krocza. Chętnie popatrzyłabym na ból jaki by mu to sprawiło.
- Ponad miesiąc temu. Dowiedziałam się przypadkiem, kiedy Dylan przywiózł mnie do Filipa.
- I nic nie da się z tym zrobić? Coś tam wiem, że da się to przecież jakoś leczyć - Nie rozumiałam dlaczego tak bardzo przejął się tym, że jestem chora. Przecież się nie przyjaźnimy a znamy zaledwie kilka dni. Pokręciłam przecząco głową, starając ukryć się łzy, które ze wszystkich sił próbowały zalać moje drobne policzki.
- Jestem w zaawansowanym etapie i nie ma na to lekarstwa. Po prostu umrę. W każde chwili mogę trafić do szpitala. Pogodziłam się z tym. Wszystko jest w porządku...
- W porządku? - Wtrącił - Żartujesz, prawda? Gdybym wiedział, na pewno nie zgodziłbym się na ten wyjazd. Przecież mogło Ci się coś stać. I to byłaby moja wina! Dylan nigdy by mi tego nie wybaczył a Filip jest już trupem, że Cię tu puścił.
- Zapomniałeś, że to był Twój i jego pomysł?
- Tyle, że on o wszystkim wiedział a ja nie. Co teraz zamierzasz? - Rozejrzał się uważnie po całym pomieszczeniu a jego wzrok utkwił na mojej walizce - Wyjeżdżasz?
- A obchodzi Cię to?
- Dlaczego nie chcesz o wszystkim powiedzieć Dylanowi? To naprawdę mogłoby go zmienić.
- Przestań! Nie powiem mu o tym!
- Ale dlaczego?! Nie uważasz, że on też zasługuje na szansę pożegnania się z Tobą!?
- Nie potrzebuję jego litości! Nie chcę mieć z nim nic do czynienia!
- On Cię kocha! Naprawdę jesteś taka tępa czy udajesz?! - Walnął pięścią w mały, szklany stolik a ja odsunęłam się krok do tyłu. Nie lubiłam kiedy się wściekał. Był wtedy niebezpieczny i zdolny do wszystkiego. Wstał na nogi a następnie zrzucił moją walizkę na podłogę - Wiesz co? Faktycznie, lepiej będzie jak wyjedziesz. Mój najlepszy przyjaciel, popełnił największy w życiu błąd. Zakochał się w Tobie a to gorsze od tej choroby.
- Alan.....- Te słowa zabolały mnie doszczętnie. Wiedziałam, że to cham, ale żeby aż tak?
- Nie odzywaj się do mnie. Spakuj swoje szmaty i jeszcze dziś się stąd wynoś.
- Nic nie rozumiesz! - Wrzasnęłam zapłakana.
- To Ty nic nie rozumiesz! Wiadomość, że umierasz, zrujnuje go jeszcze bardziej, ale wiadomość, że umarłaś a on dowidział się o tym na Twoim pogrzebie, dostatecznie go zabije. Wracaj do tej swojej rudej kretynki i pedalskiego przyjaciela a Dylana zostaw w spokoju. Sam mu pomogę - Nie mówiąc więcej nic, trzasnął drzwiami i wyszedł.
- Dupek! - Chwyciłam w ręce pierwszą rzecz jaką zdołałam dosięgnąć i bez zastanowienia, cisnęłam nią w drzwi. Dostałam drgawek. Nie potrafiłam utrzymać normalnego rytmu serca a płacz przemienił się w głęboki szloch. Czyli co? Teraz to moja wina, że stan Dylana pogorszy się jeszcze bardziej? Zamiast wrócić do pakowania swoich rzeczy, zaczęłam przeklinać jak oszalała. Miałam dość wszystkiego. Po raz któryś ta choroba rujnuje mi życie! Nagle dopadły mnie zawroty głowy i w dodatku poczułam jak żołądek podchodzi mi do gardła. Czym prędzej pobiegłam do łazienki i od razu skierowałam się w stronę kibla. Chwilę później wyglądałam jak nawalona kobieta, która po udanej imprezie rzyga w ubikacji. Czyżbym się czymś zatruła? Najgorsze było to, że po jakimś czasie zaczęłam rzygać krwią. Trwało to bardzo krótko. Zaledwie kilka sekund. Ręce mi drżały a oddech stał się nierówny. Spłukałam brudną wodę i bezwładnie opadłam na zimne kafelki. Byłam wyczerpana i wystraszona. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Czyżby mój czas się kończył? Nie. To niemożliwe.
- Jest tu ktoś? - Usłyszałam kobiecy głos dochodzący ze środka sypialni. Cholera. Kogo tym razem do mnie niesie? Nie mogę mieć chwili spokoju? Wytarłam buzie zimną wodą, osuszyłam ją ręcznikiem a następnie wyszłam z toalety starając ukryć się ból na mojej twarzy.
- W czym mogę pomóc? - Zdziwiłam się wizytą pokojówki. Stanęła przy samych drzwiach i przeniosła na mnie swój niewinny wzrok. Miała piękne oczy, zresztą cała była bardzo ładna.
- Pani Rozalie Evans? - Kiwnęłam głową a wtedy młoda kobieta zbliżyła się do mnie i wręczyła mi mały bukiet kwiatów wraz z białą kopertą - To dla Pani - Lekko się uśmiechnęła i wyszła nie dając mi szansy na jakiekolwiek pytanie.
,, Mam nadzieję, że wreszcie zechcesz się ze mną umówić i spędzimy trochę razem czas. Chciałbym Cię lepiej poznać. Bądź jutro na plaży o godzinie dwudziestej.Sebastian. ''
- Sebastian... - Szepnęłam. Przed oczyma pojawiła mi się jego twarz. Był tak kurewsko podobny do Coopera, że śmiało mogłabym rzec iż to bliźniacy. Jednakże to niemożliwe, więc to odpada. Miło z jego strony, że zaprasza mnie na spotkanie, ale nie bardzo mam chęć na nie iść. Zresztą jeszcze dziś w nocy wyjeżdżam. Szkoda, że nie zostawił numeru telefonu. Rozczaruje się, kiedy nie przyjdę.
Resztę wieczoru spędziłam na rozmowie z przyjaciółką. Obiecałam jej, że zadzwonię a obietnic nie łamię. Pominęłam kilka faktów o swoim samopoczuciu, aby jej nie martwić i tylko poinformowałam ją o kłótni z Fryczem. Doradziła mi, bym czym prędzej do nich wracała i nie zawracała sobie głowy tym kmiotkiem.
Kiedy Paula wyszła z tak zwanego skype'a, musiałam zająć czymś swój wolny czas, więc postanowiłam posprzątać burdel jaki zrobił Frycz. Zbliżyłam się do szafki z dokumentami i w dokładnie dziesięć minut uporałam się ze wszystkim. Zaniepokoiła mnie tylko jedna rzecz. Nigdzie nie było dokumentów dotyczących Anastazji Grean. Zdenerwowana, przeszukałam raz jeszcze wszystkie papiery, ale to na nic. Teczka z całą zawartością o jej osobie, zniknęła.
Zabiję go a potem powieszę i jeszcze raz zabiję! Zacisnęłam dłoń w pięść i kompletnie nie zważając na to, która jest godzina, wybiegłam ze swojej sypialni i od razu udałam się do pokoju Alana. Nie pukając, wbiegłam do środka pomieszczenia i ku mojemu zdziwieniu, nie zastałam tam nikogo. Chłopaka nigdzie nie było.
- Alan! - Wrzasnęłam na całą sypialnie. Pewnie musiał wyjść bo kurtka z wieszaka zniknęła. Chętnie przejdę się razem z nim. Pod wpływem złości, zapomniałam cokolwiek na siebie włożyć i tylko biegiem udałam się do holu głównego. Tam również go nie było. Zdenerwowana ruszyłam w stronę drzwi. Na dworze panowała niezła wichura i było naprawdę zimno a na zegarku zaledwie dwudziesta trzydzieści. Świetnie, w którą stronę teraz iść?
- Mogę w czymś pomóc? - Zmarszczyłam brwi na dźwięk tego głosu. Ostrożnie odwróciłam się w jego stronę a cały gniew wyparował. Sebastian stał kilka metrów ode mnie, opierając się o wysokie drzewo. Nawet nie zwróciłam uwagi na to, że stoi w doskonałym miejscu i ma niezły widok na mój pokój. Jakoś wtedy mnie to nie interesowało.
- Czy Ty mnie śledzisz? - Parsknęłam.
- Może - Zaśmiał się - Masz coś przeciwko? - Wolnym krokiem zbliżył się do mnie, przez co mogłam dostrzec wspaniałe rysy jego twarzy. Był taki idealny. Kompletne przeciwieństwo Dylana. Jakby połączyć tą dwóję w jedność, powstałby mój własny ideał chłopaka - Dokąd się wybierasz o tej porze?
- Szukam Alana....Nie widziałeś go przypadkiem? - Kiwnął przecząco głową i lekko się uśmiechnął.
- Znalazłaś mnie. To chyba jest o wiele lepsze, co? - Dobrze, że było już ciemno bo moje policzki zalał ogromny rumieniec. Pewnie wyglądam jak burak, ale na całe szczęście on tego nie widzi - Zgodzisz się na krótki spacer?
- Nie bardzo..... - Wtedy zrobił minę szczeniaczka - Cholera.. - Mruknęłam - Niech będzie. Skoro on sobie zniknął nie wiadomo gdzie to ja też mogę - Na twarzy chłopaka pojawił się uśmiech na co odpowiedziałam tym samym. Wolnym krokiem ruszyliśmy wprost przed siebie. Szliśmy wzdłuż chodnika, który niedawno zaprowadził mnie do pięknego parku. Zrobiło się jeszcze zimniej a ja byłam tylko w swojej dresowej bluzie. Może lepiej jak wrócę? Nie będzie dobrze, kiedy rozchoruje się jeszcze bardziej. Wtedy poczułam jak coś ciepłego opada na moje ramiona. Zdziwiona spojrzałam na Sebastiana, ale ten tylko wzruszył ramionami jakby nigdy nic. Potem chwycił moją dłoń i pociągnął w stronę ławki. Było to miejsce do którego nie dosięgały światła lamp a widoczność była ograniczona - Dziękuję, ale nie musiałeś...
- Wszystko okej - Byłam pod wrażeniem bo cholernie wiał wiatr a on miał na sobie tylko krótką koszulkę. Mi natomiast zrobiło się znacznie cieplej a zapach dochodzący z kurtki Sebastiana, był niesamowity. Brak tytoniu, tylko czysty perfum. Między nami nastała chwila ciszy. Aby nie czuć się niekomfortowo, spojrzałam na gwiazdy, które w tym mieście prezentowały się kozacko. Przez ułamek sekundy, dostrzegłam jak się we mnie wpatruje.
- Czemu się tak patrzysz? - Zdziwiłam się - Mam coś na twarzy?
- Nie.. Nie.. - Nie mógł powstrzymać śmiechu i jakoś nie bardzo się przed tym bronił - Jesteś bardzo ładna... - Spoważniał. Chwilę później, przysunął się do mnie a następnie uniósł palcem mój podbródek. Zmuszona zostałam, aby spojrzeć mu w oczy. ,, Dylan ''... Zachłysnęłam się powietrzem, widząc twarz Coopera. Mężczyzny, którego kochałam całym sercem. Miałam wrażenie jakby siedział naprzeciwko mnie, jakby był tu ze mną i dotrzymywał mi towarzystwa, dawał otuchy. Chłopak przejechał kciukiem wzdłuż mojego prawego policzka, gładząc go na wszystkie możliwe sposoby. Mruknęłam zadowolona. Przez ułamek sekundy wmawiałam sobie, że spędzam ten czas z Cooperem. W Sebastianie było coś takiego, że chciałam, aby mnie dotykał, chciałam aby był blisko mnie. Polubiłam go - Eh.. Nie powinienem...
- Nic się nie stało.. - Kiedy się ocknęłam, chrząknęłam znacząco, aby dać mu do zrozumienia, że lepiej będzie jak się odsunie. Tak też zrobił. Uniósł do góry głowę i skupił się na gwiazdach wiszących na niebie.
- Dlaczego pojawiłaś się w tym mieście? Mieszkam tu od urodzenia i przysięgam, że nigdy wcześniej nie miałem okazji Cię spotkać.
- Muszę kogoś odnaleźć. Przyjechałam tylko na kilka dni.
- Kogo? - Zdziwił się - Przepraszam za ciekawość, ale...
- Pewną kobietę - Wtrąciłam - Jest jedyną szansą dla mojego chło...
- Chłopaka? - Dokończył za mnie - Masz chłopaka? - Pokiwałam przecząco głową.
- Dla mojego znajomego. Powiedzieli mi, że tu ją odnajdę, ale sama już nie wiem. Od ponad tygodnia nie ma po niej śladu.
- Mogę wiedzieć jak nazywa się ta kobieta? Może będę w stanie pomóc... - Spojrzałam na niego z nadzieją i faktycznie. Skoro mieszka tu od urodzenia to może wie coś o Anastazji? Dlaczego wcześniej nie wpadłam na ten pomysł, aby zadać mu to pytanie? Co za idiotka ze mnie!
- Anastazja Grean. Kojarzysz? - I tak jak się spodziewałam, kiwnął przecząco głową. Nie znał jej. Nikt jej nie znał do cholery! Zakryłam twarz dłońmi, aby nie zacząć płakać - Nie mam już na to wszystko sił...
- Zmieńmy temat. Nie chcę, abyś była smutna. Więc, hm.. Kwiaty się podobały?
- Są bardzo ładne, tylko że...
- Nie w Twoim guście? - Posmutniał.
- Nie, skądże! Po prostu... Nie możemy się jutro spotkać. Wyjeżdżam. Wracam do siebie.
- Dlaczego?
- Tęsknie za przyjaciółmi a to po co tu przyjechałam, nie ma już znaczenia. Zresztą nie wa.... - Wtedy nieoczekiwanie ponownie się do mnie zbliżył i nie dając mi szansy na cokolwiek, pocałował mnie. Z początku siedziałam w bezruchu, nie mogąc pojąc tego co się właściwie wydarzyło, ale ostatecznie, postanowiłam odwzajemnić pocałunek. Sama nie wiem dlaczego to zrobiłam. Może dlatego, że widziałam w nim Dylana? Może dlatego, że tak cholerne za nim tęskniłam? Wyrwał mnie z rozmyśleń dźwięk mojego telefonu. Szybko oderwałam się od blondyna i spojrzałam na ekran komórki. Miałam nieprzeczytaną wiadomość od Alana.
,, Masz pięć minut, aby wrócić do hotelu ''.
- Coś się stało? - Poczułam na ramieniu ciepłą dłoń Sebastiana. Zaniepokoił się moją zmianą humoru - Kim jest dla Ciebie ten cały Alan? To Twoja rodzina?
- Nie! - Wrzasnęłam - Na całe szczęście nie. To mój.. eh.. hm.. kurde..
- Kolega?
- Nawet chyba nie - Parsknęłam - Ktoś w rodzaju znajomego. Dobra, muszę wracać...
- Ross, jeśli chodzi o ten pocałunek to...
- Daj spokój - Wtrąciłam - To moja wina. Nie powinnam.. - Wstałam na równe nogi i powoli zaciągnęłam się rześkim powietrzem. Chciał coś powiedzieć, lecz nie dałam mu dojść do słowa. Stało się. Nie cofniemy czasu, ani tego pocałunku - Wracajmy.. - Mruknęłam. Kiwnął posłusznie głową a następnie stanął tuż przy mnie. Idąc wzdłuż chodnika, dostrzegłam po drugiej stronie ulicy mężczyznę ze stoiskiem z winem. Przyszedł mi do głowy głupi pomysł. Czułam się źle przez to co wydarzyło się kilka minut temu i chciałam o tym zapomnieć jak najszybciej. W tym momencie alkohol wydawał mi się najlepszym rozwiązaniem. W dodatku chciałam wkurzyć Alana i gdybym przyszła nawalona, wyprowadziłabym go tym z równowagi.
- Dokąd idziesz?! - Krzyknął, kiedy ruszyłam w tamtą stronę. Nie odpowiedziałam, tylko przywołałam go machnięciem dłoni.
- Poproszę jeden - Zwróciłam się do mężczyzny z kozią bródką, który na mój widok, wyszczerzył usta w wielki uśmiech. Kiwnął głową i kilka sekund później, położył przede mną kubek czerwonego wina.
- Chyba oszalałaś - Warknął Sebastian - Nie pozwolę Ci na to.
- Wybacz, ale nie zamierzam pytać się o Twoje zdanie. Mam osiemnaście lat - Co prawda, dopiero będę mieć te osiemnaście lat, ale on nie musi o tym wiedzieć. Zresztą kim on jest, aby mówić mi co mogę robić a czego nie? Spiorunował mnie wzrokiem, ale nic sobie z tego nie zrobiłam. Zamiast wciąż się na niego gapić, przyłożyłam plastikowy kubeczek do swoich ust i za jednym mocnym przechyleniem, połknęłam całą jego zawartość. Muszę przyznać, że napój nie był najgorszy. W dodatku zrobiło mi się znacznie cieplej niż przypuszczałam - Jeszcze jeden - Rozkazałam mężczyźnie. Zignorowałam wkurzonego Sebastiana i ponownie napiłam się czerwonej cieszy. Skończyło się na tym, że wypiłam sześć kubeczków. Kiedy chciałam wypić kolejny, blondyn stanowczo mi zakazał. Chwycił moją dłoń i pociągnął mnie w stronę hotelu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że zaczęłam się chwiać z każdym kolejnym krokiem. Nie uszło to jego uwadze.
- Jesteś pijana.. - Skomentował - Zadowolona? Co chciałaś tym osiągnąć?
- Jesteś strasznie do niego podobny - Wypaliłam spoglądając w jego jasne tęczówki.
- Do kogo? - Zdziwił się. Już chciałam wymówić imię Coopera, kiedy usłyszałam dźwięk swojej komórki. Niech to szlag. Z wielkim trudem wyciągnęłam małe urządzenie z kieszeni, aby następnie nacisnąć zieloną słuchawkę. Super, bo telefon wypadł mi z rąk. Na szczęście blondyn zdążył mi go podać nim Frycz się rozłączył.
- Gdzie Ty do chuja jesteś?! - Warknął. Nie mogłam powstrzymać śmiechu, więc nadzwyczajnie w świecie zaczęłam się śmiać. Ludzie przechodzący obok mnie, posyłali mi dziwaczne spojrzenia - Bawi Cię to?
- Wyjdź po mnie. Jestem pod hotelem... - Nie dając mu szansy na odpowiedź, rozłączyłam się. Co dziwniejsze, nigdzie nie było Sebastiana. Daje słowo, że jeszcze przed chwilą stał przy mnie a teraz? Zniknął. Jak to możliwe? Cóż. Pięć minut później, przez hotelowe drzwi wyszła sylwetka Frycza. Miał na sobie białą bluzkę na długi rękaw, czarną skórzaną kurtkę, ciasne, czarne jeansy oraz conversy. Kiedy tylko mnie zobaczył, wolnym krokiem zbliżył się do mojej osoby. Nim cokolwiek zdążył powiedzieć, zacisnęłam dłoń w pięść i z całej siły przywaliłam mu nią w jego prawy policzek. Muszę przyznać, że nie sądziłam iż mam w sobie tyle siły - To za to, że szperałeś w moich dokumentach - Warknęłam chwiejąc się na każdą stronę - A to.. - Tym razem przyłożyłam mu porządnego liścia - Za to, że ukradłeś moje dokumenty! - Chciałam odejść, kiedy poczułam na sobie jego dłoń. Chwycił moje ramię i z całej siły przygwoździł moje obolałe ciało do jednej ze ścian jakiegoś budynku. Miał w nosie, że ktoś mógł na nas patrzeć. Wiedziałam, że jest wkurzony i nawet nie poczułam strachu.
- Czuję alkohol - Warknął - Piłaś?!
- Gówno Cię to obchodzi - Syknęłam - A teraz mnie puść bo zacznę krzyczeć...
- To krzycz - Wtrącił - Chętnie posłucham jak wołasz o pomoc w takim stanie. Wracamy do hotelu..
- Puść mnie... - Powtórzyłam. Nie posłuchał. Wręcz przeciwnie. Jeszcze mocniej wbił we mnie swoje wielkie dłonie.
- Gdzie byłaś? Szukałem Cię... Dzwonił Filip..
- Byłam z Sebastianem! Zadowolony?
- Z kim? Kto to? - Przed oczyma pojawiła mi się idealna postawa blondyna wywołująca na mojej twarzy lekki uśmiech. Ten pocałunek, którym mnie niedawno obdarował..
- On... To drugi Dylan... - Spojrzałam mu w oczy, w których dostrzegłam zdezorientowanie - Jest taki sam jak Dylan...
- Coś Ty piła?
- Mówię prawdę! To dwie krople wody! Tyle, ze Sebastian jest miły...
- Czekaj, czekaj. Mówiłaś, że zginęły Ci dokumenty, tak?
- Które sam mi zabrałeś! - Wrzasnęłam oburzona - Jesteś złodziejem!
- Nic Ci kurwa nie zabrałem. Kiedy wszedłem do Twojej sypialni, wszystkie papiery były porozrzucane po stole, dlatego znalazłem te o Tobie! Chyba, że...
- Że co?
- Twój nowy kolega miał dostęp do Twojego pokoju? Był w nim?
- Nie.. - Szepnęłam czując jak żołądek podchodzi mi do gardła. Chciało mi się rzygać - W sumie tak.. Był...rano, kiedy Ty zniknąłeś na cały dzień...
- Czego chciał? Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?!
- Nie drzyj się na mnie! Pomógł mi, kiedy źle się poczułam...
- Źle się czułaś?! - Warknął zaciskając dłoń w silną pięść - Jesteś kretynką czy udajesz?!
- Niedobrze mi... - Wyszeptałam.
- Nie.. Nawet się nie waż... - Chciał się odsunąć, jednak nie zdążył na czas. Spuściłam głowę w dół i tylko czekałam aż fala moich wymiotów opróżni mój organizm. Tak też się stało. Tyle, że zamiast na ziemię, zrzygałam się na conversy Alana....
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
,, I am not a fucker ''
Rozdział 3
&&&
- Dlaczego tak strasznie mnie potraktowałeś? - Wyszeptałam przez zaciśnięte zęby. Nie potrafiłam powstrzymać łez, które strumieniem zalewały moje oba policzki. Dylan stał ode mnie kilka kroków z założonymi na siebie rękoma. Wzrok miał nieobecny, włosy rozwichrzone na każdą stronę świata i ubrany był w coś zupełnie innego niż zawsze - Nigdy mnie nie kochałeś, prawda? - Ciągnęłam ledwo słyszalnym głosem. W dodatku zaczęłam się jąkać, ale on zdawał się tego nie zauważać.
- Ross...
- Powiedz! - Wrzasnęłam. Znajdowaliśmy się w jakimś labiryncie. Naokoło nas milion drzew i żadnej drogi ewakuacji. Skazani byliśmy tylko na siebie. Ja na niego, on na mnie. Chciałam do niego podejść, dotknąć jego ramienia, policzka, ust... Nagle ni stąd ni zowąd obok Coopera, stanęła Roksana. Uśmiechała się od ucha do ucha i gładziła dłonią jego kruczoczarne włosy - Dylan..? - Zachłysnęłam się własnym powietrzem. Co ona tu robi? Dlaczego przyszła i skąd wiedziała jak nas znaleźć?
- Twój Dylan już nie istnieje. On teraz należy do mnie - Wybuchnęła jadowitym śmiechem a mnie przeszedł dreszcz niesmaku. Chciało mi się rzygać, widząc jak wpycha mu język do buzi. Chłopak ani drgnął. Stał przed nią jak jakaś marionetka i posłusznie spełniał każdą jej zachciankę. Rzuciłam się jemu z pomocą, tyle, że im bliżej nich byłam, oni się ode mnie oddalali. Nie mogłam za nic w świecie ich dotknąć. Nie mogłam mu pomóc!
- Dylan! - Wrzeszczałam z nadzieją, że oprzytomnieje i do mnie wróci. Mogłam tylko pomarzyć. Czarna chmura otoczyła całe moje ciało i zadała milion niewidzialnych ciosów...
&&&
Miałam wrażenie jakby ktoś walił w moją głowę olbrzymim młotkiem. Jakikolwiek dźwięk, nawet ten najmniejszy sprawiał, że pragnęłam umrzeć. Właśnie przez taki ból nie potrafiłam długo spać. Wierciłam się na łóżku i błagałam najświętszą panienkę by zlitowała się nade mną, jednak ani Bóg, ani ona, mnie nie lubią. Udowodnili mi to kilka razy, gdy potrzebowałam pilnie ich pomocy.
Minęła godzina, może dwie, kiedy otworzyłam swoje zmęczone powieki. Mrugnęłam kilkakrotnie oczyma, aby przyzwyczaić się do jasności panującej w pomieszczeniu a kiedy doszłam do siebie, zauważyłam, że nie jestem sama. Młody blondyn stał tyłem do mojej osoby i opierał się rękoma o małą komodę, w której trzymałam ważne dokumenty takie jak zapiski o mojej chorobie czy informacje na temat Anastazji Grean. Miałam dziwny sen. Śnił mi się Dylan. To było takie realne. Świetnie pasowało do naszej obecnej sytuacji życiowej. I ta krowa Roksana..
- Hej.. - Przywitałam się ledwo słyszalnym głosem. Byłam tak wyczerpana, że nawet nie zwróciłam uwagi na to iż mój nowy kolega grzebie w moich rzeczach. Na dźwięk mojego imienia obrócił się jak oparzony. Zlustrował całą moją twarz a następnie zrobił kilka kroków w przód jakby nigdy nic.
- Cześć - Lekko się uśmiechnął. Miał przepiękny uśmiech. Taki czarujący i delikatny. Wzrok też niczego sobie. To nieprawdopodobne, że tak bardzo przypomina mi Coopera - Nareszcie wstałaś. Jak się czujesz?
- Dobrze.. - Skłamałam. Nie chciałam, aby dopytywał się co mi jest i dlaczego tak marnie wyglądam. Chciałam zostać sama. Tak by było lepiej. Odpoczęłabym trochę i przemyślała kilka spraw na spokojnie - Jak się tu właściwie znalazłam? Szukałam Alana i... - No właśnie. Alan! Kompletnie o nim zapomniałam. Cholera jasna.
- Zemdlałaś - Dokończył - A ja zmuszony zostałem do pilnowania Cię.
- Nie musiałeś....
- Ale chciałem - Wtrącił uśmiechając się w kółko - Powinnaś iść z tym do lekarza.
- Byłam - Mruknęłam - Szkoda gadać. Która godzina? - Zapytawszy, spojrzałam na zegarek. Dochodziła piętnasta. Szybko wstałam na nogi, jednak po chwili tego pożałowałam. Zakręciło mi się w głowie a obraz stawał się coraz ciemniejszy. Nogi pode mną ugięły się jak małe patyki i gdyby nie Sebastian, miałabym bliskie zderzenie z ziemią.
- Wszystko w porządku? - Spytał zaskoczony moim zachowaniem - Połóż się.... - Ułożył moje bezradne ciało na wielkim łożu a sam usiadł na małym fotelu.
- Muszę odnaleźć Alana.. - Mruknęłam ignorując jego chęć pomocy. Chciałam wstać tyle, że mi na to nie pozwolił. Przytrzymał swoją wielką dłonią moje kruche ramię i zatrzymał mnie w pozycji siedzącej. Nie bardzo dla mnie wygodnej.
- Twój kolega jest w swoim pokoju. Wrócił jakąś godzinę temu.
- Był tu? Rozmawiałeś z nim?! Widział Cię? - Najbardziej interesowało mnie to, czy Alan go widział. Ciekawe jakby zareagował na to, że ten tu, siedzący właśnie obok mnie, wygląda jak jego najlepszy przyjaciel.
- Nie. Ja go widziałem na korytarzu - Wzruszył smętnie ramionami - Nie było go tu. Od tamtej pory nigdzie nie wychodził - Posmutniałam słysząc, że Frycz nawet nie zajrzał zobaczyć jak się czuje, albo czy wszystko w porządku. W sumie nic dziwnego bo nawet się nie lubimy. On mnie nie lubi. Ja nie lubię jego. Tak to zawsze działało i tak to zawsze działać będzie - Ross?
- Tak? - Uniosłam wzrok w jego stronę i wygodnie ułożyłam się na swoim łóżku. Chyba pójdę po raz kolejny spać.
- Muszę już iść. Dasz sobie radę?
- Oczywiście - Posłałam mu czuły uśmiech i pożegnaliśmy się gestem dłoni. Ku mojemu zdziwieniu, pocałował mnie w polik i zanim wyszedł, ostatni raz posłał mi swoje cudne spojrzenie - Czemu się tak patrzysz? - Zdziwiłam się. Prawdę mówiąc to zalałam się ogromnym rumieńcem.
- Jesteś bardzo ładna.
- Co?
- Słyszałaś - Parsknął śmiechem - Lepiej już pójdę.
- Sebastian! - Zawołałam, ale on już wyszedł. Co to miało znaczyć, że jestem ładna? Czy on...? Nie. Po prostu sprawił mi komplement by mnie pocieszyć. Normalny, nic nie znaczący gest. Tylko czemu nie mogę przestać o nim myśleć? Czemu ciągle mam obraz tego chłopaka w głowie? To jest normalne? Nie wydaje mi się. Jest on tak podobny do Coopera, że różni ich od siebie tylko charakter.
W tym chłopaku było coś dziwnego. Był jakiś taki tajemniczy a ja lubię tajemnice. Z każdą minutą lubiłam również i jego.
Kiedy zostałam sama, ze wszystkich sił próbowałam usnąć, niestety nie bardzo mi to wychodziło. Ostatecznie zdecydowałam się pójść na spacer. Nim jednak wyszłam na korytarz, wykonałam krótki telefon do przyjaciółki. Dobijała się do mnie od rana i pewnie teraz myśli, że coś mi się stało. Muszę wyprowadzić ją z tego błędu.
- Tak? - Usłyszałam głos Pauli po drugiej stronie słuchawki. Miała lekką chrypkę. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
- Paula? - Ucieszyłam się mogąc przez chwilę z nią porozmawiać.
- Ross?! Dziewczyno! Co się z Tobą do cholery dzieje?!
- Uspokój się - Rozkazałam latonicznie - Wszystko jest w porządku. Dzwonię, abyś się nie martwiła i wiedziała, że wszystko jest okej.
- Jak mam się nie martwić skoro jesteś sama z tym kretynem?! W dodatku nie odbierasz ode mnie telefonu?! Ross! Do cholery! - Chciałam jej przerwać, kiedy usłyszałam jak ktoś krząta się pod moimi drzwiami. Może Sebastian czegoś zapomniał? Albo Alan chce mnie przeprosić za swoje podłe zachowanie?
- Paula, muszę kończyć. Zadzwonię wieczorem.
- Ross!
- Obiecuję. Wieczorem się odezwę - Posłałam jej buziaka i chwilę później, nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Byłam w bluzce na ramiączkach i dresowych spodniach, więc musiałam się szybko przebrać. No oczywiście nie dosłownie przebrać. Nałożyłam na plecy ciepłą bluzę i dopiero wtedy ruszyłam w stronę wyjścia. Gwałtownie otworzyłam drzwi z nadzieją, że zastanę tam kogoś znajomego, ale oprócz mnie, na korytarzu nie było żywej duszy. Dziwne. Przecież wyraźnie kogoś słyszałam. Przeszłam kilka kroków w tą i z powrotem, ale to na nic. Wciąż byłam sama. Przynajmniej tak mi się zdawało.
- Stęskniłaś się? - Usłyszałam. Przełknęłam ślinę czując jak żołądek podchodzi mi do gardła i wolnym ruchem obróciłam się do tyłu. O drzwi do mojej sypialni, oparty był Steven. Uśmiechał się chamsko i co rusz gapił się na moje piersi. Skąd on się tu wziął?
- Chciałbyś - Warknęłam - Co Ty tu robisz?
- No wiesz.. - Zaśmiał się chytrze - Ktoś kto ma pieniądze, może dużo rzeczy. A tak się składa, że ja pieniądze mam.
- Nie mam ochoty na rozmowę z Tobą.. - Chciałam go wyminąć i zamknąć się w swojej sypialni, tyle, że mi na to nie pozwolił. Chwycił moje ramię z całej siły i przygniótł moje ciało do jednej ze ścian. Następnie uniósł moje obie dłonie do góry i zablokował je zwinnym ruchem. Byłam w pułapce - Co Ty wypra....
- Zamknij się! Zapłacisz mi za te kłamstwa - Syknął mi wprost do ucha. Zrobiło mi się niedobrze. Czując jak jego dłoń błądzi po moim biodrze, chciało mi się rzygnąć. Najchętniej zwymiotowałabym na jego paskudną twarz. Może wcześniej wydawał mi się przystojny, ale teraz był odrażający.
- Puszczaj! - Wrzeszczałam. Zaczęłam się z nim szarpać i prawie by mi się udało uciec, gdyby nie jego silna ręka. Przeniósł swój uścisk na moją szyję, sprawiając, że zaczęłam się dusić. Nie miałam jak oddychać a tego kretyna to bawiło. Bałam się, że za chwilę zrobi mi krzywdę. Przyszła mi do głowy jedna osoba, która może mnie uratować - Alan! Alan, pomocy!
- Och złotko, Twojego przyjaciela nie ma aktualnie w hotelu. Jesteśmy na tym piętrze całkowicie sami.
- Puść mnie zboczeńcu! - Splunęłam na jego twarz i wymierzyłam porządnego kopa w sam środek jego krocza. Zawył z bólu co było mi na rękę, gdyż poluźnił swój uścisk na mojej szyi. Mocnym szarpnięciem, dałam radę wyrwać się jego potężnej dłoni i nie myśląc długo, ruszyłam do ucieczki. Nie przebiegłam nawet dwudziestu metrów, kiedy zderzyłam się z jakąś męską postacią. Przestraszona, od razu cofnęłam się do tyłu i zakryłam twarz dłonią - Zostaw mnie! - Krzyknęłam.
- Nawet Cię nie dotknąłem - Zdziwił się cynicznie - Mogłabyś wstać z tej podłogi? - Spojrzałam na niego spode łba a następnie wykonałam jego polecenie. Usłyszałam kroki dochodzące z zakrętu. Był coraz bliżej.
- Pomóż mi.. Proszę..
- Co się dzieje? - Zmartwił się. Mimo wszystko, Alan się zmartwił. Nie zdążyłam wyjaśnić mu o co chodzi, ponieważ po chwili obok nas pojawił się Steven. Wybiegł z zakrętu jak torpeda i z trudnością na czas wyhamował. Był ostro wkurwiony. Przestraszona stanęłam za Alanem, aby w razie czego, mieć chwilę na ponowną ucieczkę. Blondyn zlustrował naszą dwójkę a na jego twarz wkradł się grymas niezadowolenia. Chyba nie spodziewał się tu mojego kolegi. Jednakże to mu nie przeszkodziło w próbie porwania mnie. Dalej myślał, że będę jego. Boże, jak to brzmi. ,, Będę jego ''. Ten gnojek mógł sobie o tym tylko pomarzyć.
- O proszę. Kogo my tu mamy - Zaśmiał się - Słodkie gołąbeczki.
- Zjeżdżaj stąd.
- Najpierw zabawie się z tą Panią - Wskazał na mnie swoim obleśnym palcem i przejechał językiem wzdłuż dolnej wargi - Nauczę ją, że nie wolno kłamać.
- Masz sekundę, aby stąd zniknąć.
- Tak? Zmuś mnie - Poczułam jak dłoń Alana zwija się w potężną pięść. Nie jestem zwolenniczką bijatyk, ale w tym momencie chciałam, aby Frycz wpierdolił Stevenowi. Nie lubiłam go, chciało mi się rzygać na jego widok i życzyłam mu wszystkiego najgorszego. Chłopcy stanęli bliżej siebie i na przemian obrzucali się groźnymi spojrzeniami. Na szczęście nim doszło do jakiegokolwiek zbliżenia, Steven machnął ręką i ulotnił się w kilka sekund. Odetchnęłam z ulgą, że w końcu jestem bezpieczna. Spojrzałam na bruneta stojącego przede mną i nie mówiąc nic, ruszyłam w stronę swojej sypialni. Czułam się bardzo niezręcznie, że znów Alan ratuje mi dupę. Nie chciałam mu dziękować, bo on nigdy nie podziękował mi i dlatego postanowiłam wrócić do sypialni.
- Dokąd się wybierasz? - Szturchnął moim ramieniem, powodując, że stanęłam w miejscu. Próbowałam ukryć, że sprawia mi tym ból i tylko ponownie na niego zerknęłam. Dziwny błysk w jego prawym oku, wywołał u mnie przyjemny dreszcz. Nie musiałam się go obawiać. Alan Frycz jest dobrym człowiekiem. Co ja plotę?! Przecież to Alan Frycz do cholery! Chłopak, który postrzelił policjanta, który napadł na bank i który pobił mojego przyjaciela. Ross, co się z Tobą dzieje?! Od kiedy nie potrafisz odróżnić złych ludzi od tych dobrych?!
- Idę do siebie.. - Mruknęłam pod nosem.
- Chyba zapomniałaś, że musimy pogadać.
- Pogadać? - Zdziwiłam się. Nie przypominam sobie, aby chciał ze mną kiedykolwiek o czymś gadać. Nigdy nie było takiej sytuacji. Chyba, że żądał ode mnie podziękowania, więc dostanie to co chce i sobie odejdę - No tak.. Dziękuję, że mi pomogłeś...
- Super - Zaśmiał się - Ale nie o to mi chodzi.
- A o co? - Teraz to już całkowicie zgłupiałam.
- Sorry za moje wcześniejsze zachowanie.
- Nie rozumiem...
- Pomogłaś mi wtedy z tym kretynem i za to Ci dziękuję.
- Co? - Zakrztusiłam się własnym powietrzem słysząc, że ten tu mnie przepraszam i mi dziękuje. Nawet ponowne zawroty głowy nie zrobiły na mnie większej różnicy.
- Lepiej zapamiętaj tą chwilę na zawsze bo nigdy więcej nie usłyszysz ode mnie czegoś takiego - Uśmiechnął się lekko i dopiero teraz mnie puścił, wyminął moje ciało i zniknął za zakrętem. Stałam przez pewien czas w osłupieniu i gdyby nie pokojówka, która spytała się mnie czy wszystko gra, pewnie dalej znajdowałabym się na korytarzu. Opatuliłam się cieplej swoją bluzą i tak jak wcześniej postanowiłam, udałam się na krótki spacer. Skoro Alan był na górze, nie oddawałam w recepcji kluczy.
Na dworze panowała lekka zawierucha. Mimo tego, że był czerwiec i za niecałe trzy tygodnie są wakacje, Manchester to zimne miejsce. Przynajmniej podczas mojego pobytu tutaj. Na głowę nałożyłam kaptur i chwilę później, szłam wzdłuż szarego chodnika co chwile mijając zamyślonych ludzi. Jedni byli wpatrzeni w swoje telefony a drudzy błądzili wzrokiem po całej alejce, jakby poszukiwali czegoś co ich nagle uszczęśliwi. Ciekawe jakie problemy zmuszony jest posiadać każdy mijający mnie człowiek. Umiera? A może ma dług do spłacenia?
Parę metrów dalej, dostrzegłam niewielką srebrną bramę, która prowadziła do miejsca zwanego parkiem. Nic nie stracę jeśli się tam udam, prawda? Wręcz przeciwnie. Będę miała czas na rozmyślenie kilku spraw. Usiadłam na brązowej ławce, która z łatwością pomieściłaby cztery osoby i zlustrowałam miejsce w jakim się znalazłam. Niewielki park otoczony paroma drzewami i wodne bajorko pośrodku tego wszystkiego. Wzrok wbiłam w wodę cieknącą z fontanny w kształcie małego delfinka. Odetchnęłam z ulgą, że mam chwilę dla siebie, że nie muszę nigdzie się spieszyć. Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Niech to szlag! Dlaczego nie zostawiłam go w hotelu?
- Alan? - Mruknęłam pod nosem sama do siebie. Zdziwiłam się jego telefonem bo nigdy przedtem do mnie nie dzwonił. Zawsze ja do niego. Najwyżej wysyłał krótkie SMS'y. Cóż, poczeka aż wrócę bo w tym momencie nie mam ochoty na rozmowę. Wyłączyłam elektroniczne urządzenie i z powrotem wsadziłam je w głąb swojej kieszeni. Od kiedy mam kontakt z tym dupkiem? Boże, jak to życie płata nam figle. Jeszcze kilka miesięcy temu, nienawidziłam tego goryla a teraz? Sama nie wiem. Jest mi obojętny, taki nijaki.
[...] - Mogę się dosiąść?! - Usłyszałam tuż nad uchem. Wzdrygnęłam się bliskością mężczyzny stojącego za mną gdyż nie wiedziałam z kim mam do czynienia. Na pewno nie był to mój chłopak.
- Tu jest zajęte! - Burknęłam na nic nie zważając. Nie chciałam by Michał się zdenerwował wracając do mnie i nie miałam ochoty gadać z nieznajomym.
- Jednak nalegam! - Zaśmiał się chamsko. Nie wytrzymałam, kiedy jego dłoń spoczęła na moim ramieniu. Wybuchnęłam jak bomba atomowa odwracając się do tyłu z zamiarem wyjaśnienia mu dokładniej, że ma spadać, ale kiedy tylko spojrzałam na jego twarz, włosy, ubiór... Zachłysnęłam się własnym powietrzem a moje ciało ogarnął zimny dreszcz - Więc jak będzie? - Nalegał w dalszym ciągu.
- Sia... siadaj.....- Jęknęłam czując jak żołądek podchodzi mi do gardła.
- Miło z Twojej strony!- Uśmiechnął się i od razu usiadł na krzesełku obok - To co zawsze! - Zwrócił się arogancko do barmana. Chciałam odejść, jednak gdy tylko wstałam na nogi, momentalnie się zachwiałam w ostatniej chwili odzyskując równowagę. Alan wybuchnął śmiechem - Ktoś tu sobie popił !- Skomentował.
- Lepiej jak pójdę.. - Szepnęłam bezgłośnie i kiedy tylko ruszyłam, chwycił moje ramię mocno je ściskając.
- Nie tym razem! - Wypił za jednym razem otrzymany przez starszego od siebie mężczyznę napój i chwilę potem stał tuż przede mną.
- Puść mnie...
- Zapomnij dziwko! Idziemy! [...]
Co się stało, że ostatnimi czasy zmienił do mnie swoje nastawienie? Nie żeby mi to przeszkadzało, ale odkąd tu jesteśmy, z dnia na dzień jest coraz milszy. Pierwszy raz w życiu mnie przeprosił a tym bardziej mi podziękował. W dodatku już kilka razy stanął w mojej obronie. Największym dla mnie zdziwieniem, było to, że Alan potrafi grać na gitarze. W dodatku śpiewa. Ktoś to posiada taki dar, nie może być złym człowiekiem. Ciekawe jaką przeszłość za sobą niesie.
Usłyszałam ciche śmiechy dochodzące kilka metrów ode mnie. Spojrzałam przed siebie zaciekawiona kto to może być. Grupka młodych ludzi przysiadła się na jedną z ławek i zaciekle o czymś dyskutowali. Wśród paczki przyjaciół, znajdowała się rudowłosa dziewczyna, która w ręku trzymała butelkę piwa i co chwila brała niewielkiego łyka, blondyn stojący przy śmietniku palił papierosa, chłopak w kapturze bacznie rozglądał się dookoła i opowiadał jakieś kawały i blondynka, która SMS'owała na telefonie. Wśród tych ludzi, było też dwoje osobników, którzy najbardziej przykuli moją uwagę. Ubrana w ciasne jeansy, biały sweterek i czarną skórę kobieta, wtulała się w ramiona mężczyzny o ciemnych włosach. Wyglądali na bardzo zakochanych a uśmiech nie schodził z ich twarzy.
- Gorzko! Gorzko! - Krzyknął żartowniś - No dalej Kubuś! Pocałuj swoją przyszłą żonę! - Ciemnowłosy przewrócił oczyma i nie czekając długo, złożył namiętnego buziaka na ustach swojej ukochanej. Nie dość, że się kochali, to mieli przyjaciół, którzy wspierali ich związek. Do oczu naleciały mi łzy. Ogarnęła mnie odrobina zazdrości. Ja nigdy czegoś takiego nie miałam. Zakochałam się w mężczyźnie, który bawił się moimi uczuciami a moi znajomi nie tolerowali jego osoby. Ze wzajemnością bo on też za nimi nie przepadał. W głowie pojawił mi się obraz Dylana, który powodował, że coraz bardziej łzy spływały po moim policzku.
[...] - Czego.. Czego ode mnie.. chcesz? .. - Jęknęłam dygocząc.
- Ja? Nic - Wzruszył ramionami - Ale on ma rachunki do wyrównania - Wskazał palcem za mną.
- Masz niezłe kłopoty - Usłyszałam. Przełknęłam głośno ślinę. Nie. To nie może być prawda. Wolniutko odwróciłam się do tyłu a przed oczyma pojawiła mi się wściekła twarz szatyna.
- Dylan.. - Szepnęłam sparaliżowana.
- Tak się nazywam. A Ty wpadłaś w niezłe gówno - Warknął chwytając moje włosy i jednocześnie powodując tym gestem, że musiałam klęknąć...... [...]
[...] - Czego ode mnie chcesz?! - Warknęłam przestraszona.
- Mam jedno pytanie - Rzekł zmieniając swój humor. Był ostro wkurwiony a kiedy Dylan Cooper jest wkurwiony, nie wróży to nic dobrego - Co to do chuja jest? - Wyciągnął z kieszeni spodni małą kartkę, po czym mi ją wręczył. A dokładniej to rzucił na ziemię.
- List? - Parsknęłam na co wkurzył się jeszcze bardziej. [...]
[...] - Ja... - Wpadłam w panikę. Wstałam na nogi i szybko odsunęłam się do ściany jakby to miało mnie przede nim uchronić - Przepraszam....
- Nigdy kurwa więcej nie dotykaj moich rzeczy! - Wyrwał z moich rąk świstek papieru, który trzymałam w prawej dłoni. Gdy zobaczył co jest tam napisane, zamachnął się i uderzył pięścią w ścianę tuż przy mojej głowie.
- Dylan... Ty jesteś...
- Zamknij się! - Wrzasnął. Złapał moje ramiona po czym ścisnął z całej siły. Spojrzał w moje oczy. Bałam się.
- Jesteś adoptowany.. - Szepnęłam w końcu zasłaniając usta dłonią. [...]
Nie wytrzymałam. Wybuchnęłam gorzkim płaczem i zaczęłam dusić się własnym powietrzem. Moje życie tak bardzo uległo zmianie. Odkąd poznałam Coopera i Frycza, doświadczam samych złych rzeczy. Dlaczego musiałam się w nim zakochać? Dlaczego w nim?! Wyciągnęłam telefon i bez zastanowienia wcisnęłam numer chłopaka. Oczywiście przedtem zmieniłam swój własny numer na prywatny, aby nie mógł wiedzieć kto dzwoni. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci. Nie odbierał. Zdałam sobie sprawę, że robię wielkie głupstwo. Kiedy miałam nacisnąć czerwoną słuchawkę, męski głos rozbrzmiał po drugiej stronie słuchawki.
- Tak? - Otworzyłam usta, aby powiedzieć ,, cześć '' ,, hej '' cokolwiek! Niestety nie bardzo mi to wyszło. Nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Zacięłam się - Hallo? - Odezwał się ponownie. Podciągnęłam nosem i to był jedyny dźwięk jaki z siebie wydałam. Nie mogłam opanować swoich własnych łez. Nastała chwila ciszy. Zdziwiłam sie, że mimo iż panuje cisza, Dylan w dalszym ciągu się nie rozłączył. Przez chwilę nawet pomyślałam, że wie z kim ma do czynienia. Nie. To niemożliwe. Nie jest aż taki mądry, prawda? Przecież milion osób na tym świecie mogłoby do niego teraz zadzwonić - Ross.. - Kiedy usłyszałam swoje imię, bicie serca momentalnie przyśpieszyło . Jęknęłam tak cicho jak tylko umiałam, ale wystarczająco głośno, aby on usłyszał. Nie czekając na nic więcej, wystraszona rozłączyłam się, chowając telefon z powrotem do kieszeni.
[...] - O mój boże... - Zakryłam usta dłonią widząc osobę po drugiej stronie framugi. Nigdzie jednak nie widziałam jego samochodu. Chłopak stał oparty o ścianę a jedną ręką trzymał się za brzuch.
- Pomóż mi.... - Szepnął jęcząc z bólu. Był postrzelony i pijany.
- Co mam zrobić....?
- Połóż mnie gdzieś.... - Kiwnęłam głową i wciągnęłam go do środka mieszkania po czym położyłam go w swoim pokoju na łóżku.
- Jesteś ranny... - Nie odpowiedział. Zamknął tylko oczy i zasnął. Wyciągnęłam z kuchni z szafki, małą apteczkę i zajęłam się Dylanem. Był mocno ranny. Owinęłam go bandażem, bo nic innego nie miałam i mocno to ścisnęłam. Byłam tak zszokowana jego stanem, że nawet nie myślałam racjonalnie.
- Zostań... - Szepnął z lekko otwartymi oczami.
- Po co? Prześpij się...
- Już jest dobrze... - Spojrzał na swój opatrunek i lekko się uśmiechnął.
- Spoko - Wzruszyłam ramionami.
- Jesteś cudowna... - Bredził. Dopiero teraz poczułam odór alkoholu z jego ust.
- A Ty jesteś mocno wstawiony, więc nie rozmawiajmy ze sobą.. - Wstałam i ruszyłam w stronę drzwi.
- Ross?
- Ta?
- Masz słodkie usta. Ciągle myślę o tym pocałunku..... - Szepnął po czym zamknął oczy i znów zasnął [...]
Nie mogłam dłużej siedzieć w tym miejscu i wciąż myśleć o Cooperze. To mnie dobijało. W dodatku Alan nieustannie próbował się do mnie dobijać. Po jedenastym razie próby skontaktowana się ze mną, odebrałam ten przeklęty telefon. Chłopak rozkazał mi jak najszybciej wrócić do hotelu nie podając mi nawet przyczyny swojego złego humoru. Wzruszyłam smętnie ramionami, ale wykonałam jego polecenie. Polecenie? Bardziej pasowałoby słowo ,, Rozkaz ''. Po dwudziestu minutach, byłam na miejscu. Weszłam do głównego holu i od razu skierowałam się w stronę windy. Niestety po drodze wpadłam na pewnego osobnika płci przeciwnej, do którego nie pałałam sympatią. Widząc mnie, szeroko się uśmiechnął. Nie byłam pewna czy dostrzegł podkrążone od płaczu oczy i czerwone policzki. Miałam nadzieję, że nie. Ku mojemu zdziwieniu, nawet nie odezwał się do mnie słowem. Co jest grane? Jeszcze kilka godzin temu dobierał się do mnie a teraz mnie totalnie zlewa? W sumie bardzo mnie to ucieszyło bo szybkim krokiem dotarłam do windy, która zaprowadziła mnie na ostatnie piętro i pięć minut później, stałam przed drzwiami do sypialni Alana. Zapukałam do drzwi a kiedy nie otwierał, nacisnęłam klamkę. Pokój był pusty. Dziwne.
- Alan?! - Krzyknęłam, ale i wtedy cisza - Debil... - Mruknęłam pod nosem. Zdenerwował mnie swoim zachowaniem. Każde mi zjawić się w hotelu bo ma jakąś ważną sprawę do wyjaśnienia a teraz sam jest nieobecny? Debil! Wkurzona, wróciłam do siebie. Wziąwszy głęboki wdech, weszłam do środka swojej sypialni. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie widok jaki miałam okazję doświadczyć.
- Mogę wiedzieć dlaczego grzebiesz w moich rzeczach?! - Wrzasnęłam oburzona. Stał tyłem do mnie i na moich oczach przeszukiwał moje papiery wraz z każdą szufladą w komodzie. Co on sobie myślał?! Wiecie co było najbardziej chamskie w tej sytuacji? Ten dupek nawet nie raczył na mnie spojrzeć. Olał sobie moje słowa i kontynuował szukanie czegoś co go istotnie obchodziło - Mówię do Ciebie! - Warknęłam chwytając jego dłoń. Dopiero kiedy zmusiłam go do obrotu, stanął ze mną twarzą w twarz. Jego wzrok był pełen gniewu i czegoś, czego nigdy w nim nie widziałam. Zacisnął dłoń w pięść i przygryzł dolną wargę.
- Masz mi coś do powiedzenia? - Syknął. Był bardzo rozgniewany. Zamrugałam kilkakrotnie oczyma i chwilę później, również pałałam złością. Nie dość, że wszedł sobie nieproszony do mojej sypialni, to jeszcze śmiał przeszukiwać moje papiery. Przeniosłam swój wzrok z jego twarzy na prawą dłoń. Trzymał w niej teczkę z ważnymi dla mnie dokumentami. Przełknęłam gwałtownie ślinę i na moment przestałam oddychać. Wiedziałam co się zaraz wydarzy. Byłam pewna, że padnie masa trudnych pytań.
- Wyjdź z mojego pokoju... - Rozkazałam - Wyjdź!
- Nigdzie się stąd nie wybieram. Najpierw coś mi wytłumaczysz.
- Jak śmiesz grzebać w moich rzeczach........ - Chciałam go spoliczkować, chciałam odwrócić jego uwagę od dokumentów znajdujących się w środku teczki, ale on nie był taki głupi jak myślałam. Przynajmniej nie teraz. Zdążył przejrzeć całą zawartość papierów.
- Dlaczego do kurwy nędzy nie wiem nic o tym, że jesteś chora!? - Krzyknął waląc pięścią w mały stolik. Podskoczyłam z przerażenia. Nie lubiłam kiedy on a tym bardziej Cooper, stawał się wściekły. Rzucił papierami o ścianę i chwycił się za głowę - Wiesz ile to mogłoby zmienić?!
- Co?!
- Gdyby Dylan wiedział... - Myślałam, że się przesłyszałam. Czy on naprawdę to powiedział?
- Żartujesz sobie ze mnie?
- Możesz z powrotem go zmienić...
- Nie! - Wrzasnęłam oburzona - Jak możesz tak mówić?! Jestem chora a jedyną rzeczą jaka Cię w tym wszystkim interesuje to fakt, że moja choroba może sprowadzić go z powrotem?!
- Bo tak jest! Możesz go uratować!
- Wiesz co? - Zbliżyłam się do niego dostatecznie blisko, aby spojrzeć mu w oczy i zacisnęłam dłoń w pięść. Po raz kolejny się rozpłakałam - Ale nie mogę uratować siebie. Mam w dupie Dylana! Mam w dupie czy coś mu się stanie! Mam w dupie Ciebie! - Chwyciłam jego bluzę i odepchnęłam go z całej siły do tyłu - Umieram a ostatnie dni życia kazali mi spędzić na przebywaniu w Twoim towarzystwie! Wystarczy! Rób co chcesz, ale ja wracam do kraju! Wracam do przyjaciół! - Nie mówiąc więcej nic, wyrzuciłam go ze swojej sypialni. Nawet nie stawiał oporu W sumie sam wyszedł, widząc jak tragicznie wyglądam. Zamknęłam drzwi na klucz i bezwładnie rzuciłam się na łózko, aby móc się wypłakać. Żałuję, że kiedykolwiek pomyślałam coś miłego o Fryczu. To kawał chama i dupka! Nikt więcej. Od początku myślał o Dylanie a ja byłam kimś w rodzaju pomocnika. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwudziesta. Nie tracąc więcej czasu, wstałam z łóżka, chwyciłam za walizkę i zaczęłam się pakować. Pragnęłam jak najszybciej opuścić to okrutne miejsce.
- Gówno prawda! Przejąłem się tym, że jesteś chora! - Drzwi od sypialni otworzyły się z wielkim hukiem a do pomieszczenia wparował Alan - Gdybym wiedział od początku, nie traktowałbym Cię w ten sposób!
- Miałbyś wyrzuty sumienia, co? - Zaśmiałam się gorzko - Byłoby Ci mnie żal, prawda?!
- Może tak a może nie! Ale to na pewno byłoby lepsze niż to co Ci fundowałem dotychczas!
- Wynoś się stąd.
- Kurwa, dziewczyno! Rozumiesz, że to wszystko zmienia postać rzeczy?! Ty za niedługo umrzesz!...
- Doskonale o tym wiem! - Wtrąciłam z wielkim krzykiem - Nie musisz mi o tym przypominać!
- Umierasz a mimo wszystko jesteś tutaj. Dlaczego? - Nagle złagodniał i zmienił nieco ton swojego głosu. Zrobiłam dokładnie to samo co on.
- A Ty? Czemu tu jesteś? - Warknęłam.
- Dla Dylana - Rzekł stanowczo.
- No właśnie... - Pokręciłam głową jakby nie dowierzając w jego głupotę i skuliłam się na białym fotelu - Dla Dylana... - Powtórzyłam...
Rozdział 3
&&&
- Dlaczego tak strasznie mnie potraktowałeś? - Wyszeptałam przez zaciśnięte zęby. Nie potrafiłam powstrzymać łez, które strumieniem zalewały moje oba policzki. Dylan stał ode mnie kilka kroków z założonymi na siebie rękoma. Wzrok miał nieobecny, włosy rozwichrzone na każdą stronę świata i ubrany był w coś zupełnie innego niż zawsze - Nigdy mnie nie kochałeś, prawda? - Ciągnęłam ledwo słyszalnym głosem. W dodatku zaczęłam się jąkać, ale on zdawał się tego nie zauważać.
- Ross...
- Powiedz! - Wrzasnęłam. Znajdowaliśmy się w jakimś labiryncie. Naokoło nas milion drzew i żadnej drogi ewakuacji. Skazani byliśmy tylko na siebie. Ja na niego, on na mnie. Chciałam do niego podejść, dotknąć jego ramienia, policzka, ust... Nagle ni stąd ni zowąd obok Coopera, stanęła Roksana. Uśmiechała się od ucha do ucha i gładziła dłonią jego kruczoczarne włosy - Dylan..? - Zachłysnęłam się własnym powietrzem. Co ona tu robi? Dlaczego przyszła i skąd wiedziała jak nas znaleźć?
- Twój Dylan już nie istnieje. On teraz należy do mnie - Wybuchnęła jadowitym śmiechem a mnie przeszedł dreszcz niesmaku. Chciało mi się rzygać, widząc jak wpycha mu język do buzi. Chłopak ani drgnął. Stał przed nią jak jakaś marionetka i posłusznie spełniał każdą jej zachciankę. Rzuciłam się jemu z pomocą, tyle, że im bliżej nich byłam, oni się ode mnie oddalali. Nie mogłam za nic w świecie ich dotknąć. Nie mogłam mu pomóc!
- Dylan! - Wrzeszczałam z nadzieją, że oprzytomnieje i do mnie wróci. Mogłam tylko pomarzyć. Czarna chmura otoczyła całe moje ciało i zadała milion niewidzialnych ciosów...
&&&
Miałam wrażenie jakby ktoś walił w moją głowę olbrzymim młotkiem. Jakikolwiek dźwięk, nawet ten najmniejszy sprawiał, że pragnęłam umrzeć. Właśnie przez taki ból nie potrafiłam długo spać. Wierciłam się na łóżku i błagałam najświętszą panienkę by zlitowała się nade mną, jednak ani Bóg, ani ona, mnie nie lubią. Udowodnili mi to kilka razy, gdy potrzebowałam pilnie ich pomocy.
Minęła godzina, może dwie, kiedy otworzyłam swoje zmęczone powieki. Mrugnęłam kilkakrotnie oczyma, aby przyzwyczaić się do jasności panującej w pomieszczeniu a kiedy doszłam do siebie, zauważyłam, że nie jestem sama. Młody blondyn stał tyłem do mojej osoby i opierał się rękoma o małą komodę, w której trzymałam ważne dokumenty takie jak zapiski o mojej chorobie czy informacje na temat Anastazji Grean. Miałam dziwny sen. Śnił mi się Dylan. To było takie realne. Świetnie pasowało do naszej obecnej sytuacji życiowej. I ta krowa Roksana..
- Hej.. - Przywitałam się ledwo słyszalnym głosem. Byłam tak wyczerpana, że nawet nie zwróciłam uwagi na to iż mój nowy kolega grzebie w moich rzeczach. Na dźwięk mojego imienia obrócił się jak oparzony. Zlustrował całą moją twarz a następnie zrobił kilka kroków w przód jakby nigdy nic.
- Cześć - Lekko się uśmiechnął. Miał przepiękny uśmiech. Taki czarujący i delikatny. Wzrok też niczego sobie. To nieprawdopodobne, że tak bardzo przypomina mi Coopera - Nareszcie wstałaś. Jak się czujesz?
- Dobrze.. - Skłamałam. Nie chciałam, aby dopytywał się co mi jest i dlaczego tak marnie wyglądam. Chciałam zostać sama. Tak by było lepiej. Odpoczęłabym trochę i przemyślała kilka spraw na spokojnie - Jak się tu właściwie znalazłam? Szukałam Alana i... - No właśnie. Alan! Kompletnie o nim zapomniałam. Cholera jasna.
- Zemdlałaś - Dokończył - A ja zmuszony zostałem do pilnowania Cię.
- Nie musiałeś....
- Ale chciałem - Wtrącił uśmiechając się w kółko - Powinnaś iść z tym do lekarza.
- Byłam - Mruknęłam - Szkoda gadać. Która godzina? - Zapytawszy, spojrzałam na zegarek. Dochodziła piętnasta. Szybko wstałam na nogi, jednak po chwili tego pożałowałam. Zakręciło mi się w głowie a obraz stawał się coraz ciemniejszy. Nogi pode mną ugięły się jak małe patyki i gdyby nie Sebastian, miałabym bliskie zderzenie z ziemią.
- Wszystko w porządku? - Spytał zaskoczony moim zachowaniem - Połóż się.... - Ułożył moje bezradne ciało na wielkim łożu a sam usiadł na małym fotelu.
- Muszę odnaleźć Alana.. - Mruknęłam ignorując jego chęć pomocy. Chciałam wstać tyle, że mi na to nie pozwolił. Przytrzymał swoją wielką dłonią moje kruche ramię i zatrzymał mnie w pozycji siedzącej. Nie bardzo dla mnie wygodnej.
- Twój kolega jest w swoim pokoju. Wrócił jakąś godzinę temu.
- Był tu? Rozmawiałeś z nim?! Widział Cię? - Najbardziej interesowało mnie to, czy Alan go widział. Ciekawe jakby zareagował na to, że ten tu, siedzący właśnie obok mnie, wygląda jak jego najlepszy przyjaciel.
- Nie. Ja go widziałem na korytarzu - Wzruszył smętnie ramionami - Nie było go tu. Od tamtej pory nigdzie nie wychodził - Posmutniałam słysząc, że Frycz nawet nie zajrzał zobaczyć jak się czuje, albo czy wszystko w porządku. W sumie nic dziwnego bo nawet się nie lubimy. On mnie nie lubi. Ja nie lubię jego. Tak to zawsze działało i tak to zawsze działać będzie - Ross?
- Tak? - Uniosłam wzrok w jego stronę i wygodnie ułożyłam się na swoim łóżku. Chyba pójdę po raz kolejny spać.
- Muszę już iść. Dasz sobie radę?
- Oczywiście - Posłałam mu czuły uśmiech i pożegnaliśmy się gestem dłoni. Ku mojemu zdziwieniu, pocałował mnie w polik i zanim wyszedł, ostatni raz posłał mi swoje cudne spojrzenie - Czemu się tak patrzysz? - Zdziwiłam się. Prawdę mówiąc to zalałam się ogromnym rumieńcem.
- Jesteś bardzo ładna.
- Co?
- Słyszałaś - Parsknął śmiechem - Lepiej już pójdę.
- Sebastian! - Zawołałam, ale on już wyszedł. Co to miało znaczyć, że jestem ładna? Czy on...? Nie. Po prostu sprawił mi komplement by mnie pocieszyć. Normalny, nic nie znaczący gest. Tylko czemu nie mogę przestać o nim myśleć? Czemu ciągle mam obraz tego chłopaka w głowie? To jest normalne? Nie wydaje mi się. Jest on tak podobny do Coopera, że różni ich od siebie tylko charakter.
W tym chłopaku było coś dziwnego. Był jakiś taki tajemniczy a ja lubię tajemnice. Z każdą minutą lubiłam również i jego.
Kiedy zostałam sama, ze wszystkich sił próbowałam usnąć, niestety nie bardzo mi to wychodziło. Ostatecznie zdecydowałam się pójść na spacer. Nim jednak wyszłam na korytarz, wykonałam krótki telefon do przyjaciółki. Dobijała się do mnie od rana i pewnie teraz myśli, że coś mi się stało. Muszę wyprowadzić ją z tego błędu.
- Tak? - Usłyszałam głos Pauli po drugiej stronie słuchawki. Miała lekką chrypkę. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
- Paula? - Ucieszyłam się mogąc przez chwilę z nią porozmawiać.
- Ross?! Dziewczyno! Co się z Tobą do cholery dzieje?!
- Uspokój się - Rozkazałam latonicznie - Wszystko jest w porządku. Dzwonię, abyś się nie martwiła i wiedziała, że wszystko jest okej.
- Jak mam się nie martwić skoro jesteś sama z tym kretynem?! W dodatku nie odbierasz ode mnie telefonu?! Ross! Do cholery! - Chciałam jej przerwać, kiedy usłyszałam jak ktoś krząta się pod moimi drzwiami. Może Sebastian czegoś zapomniał? Albo Alan chce mnie przeprosić za swoje podłe zachowanie?
- Paula, muszę kończyć. Zadzwonię wieczorem.
- Ross!
- Obiecuję. Wieczorem się odezwę - Posłałam jej buziaka i chwilę później, nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Byłam w bluzce na ramiączkach i dresowych spodniach, więc musiałam się szybko przebrać. No oczywiście nie dosłownie przebrać. Nałożyłam na plecy ciepłą bluzę i dopiero wtedy ruszyłam w stronę wyjścia. Gwałtownie otworzyłam drzwi z nadzieją, że zastanę tam kogoś znajomego, ale oprócz mnie, na korytarzu nie było żywej duszy. Dziwne. Przecież wyraźnie kogoś słyszałam. Przeszłam kilka kroków w tą i z powrotem, ale to na nic. Wciąż byłam sama. Przynajmniej tak mi się zdawało.
- Stęskniłaś się? - Usłyszałam. Przełknęłam ślinę czując jak żołądek podchodzi mi do gardła i wolnym ruchem obróciłam się do tyłu. O drzwi do mojej sypialni, oparty był Steven. Uśmiechał się chamsko i co rusz gapił się na moje piersi. Skąd on się tu wziął?
- Chciałbyś - Warknęłam - Co Ty tu robisz?
- No wiesz.. - Zaśmiał się chytrze - Ktoś kto ma pieniądze, może dużo rzeczy. A tak się składa, że ja pieniądze mam.
- Nie mam ochoty na rozmowę z Tobą.. - Chciałam go wyminąć i zamknąć się w swojej sypialni, tyle, że mi na to nie pozwolił. Chwycił moje ramię z całej siły i przygniótł moje ciało do jednej ze ścian. Następnie uniósł moje obie dłonie do góry i zablokował je zwinnym ruchem. Byłam w pułapce - Co Ty wypra....
- Zamknij się! Zapłacisz mi za te kłamstwa - Syknął mi wprost do ucha. Zrobiło mi się niedobrze. Czując jak jego dłoń błądzi po moim biodrze, chciało mi się rzygnąć. Najchętniej zwymiotowałabym na jego paskudną twarz. Może wcześniej wydawał mi się przystojny, ale teraz był odrażający.
- Puszczaj! - Wrzeszczałam. Zaczęłam się z nim szarpać i prawie by mi się udało uciec, gdyby nie jego silna ręka. Przeniósł swój uścisk na moją szyję, sprawiając, że zaczęłam się dusić. Nie miałam jak oddychać a tego kretyna to bawiło. Bałam się, że za chwilę zrobi mi krzywdę. Przyszła mi do głowy jedna osoba, która może mnie uratować - Alan! Alan, pomocy!
- Och złotko, Twojego przyjaciela nie ma aktualnie w hotelu. Jesteśmy na tym piętrze całkowicie sami.
- Puść mnie zboczeńcu! - Splunęłam na jego twarz i wymierzyłam porządnego kopa w sam środek jego krocza. Zawył z bólu co było mi na rękę, gdyż poluźnił swój uścisk na mojej szyi. Mocnym szarpnięciem, dałam radę wyrwać się jego potężnej dłoni i nie myśląc długo, ruszyłam do ucieczki. Nie przebiegłam nawet dwudziestu metrów, kiedy zderzyłam się z jakąś męską postacią. Przestraszona, od razu cofnęłam się do tyłu i zakryłam twarz dłonią - Zostaw mnie! - Krzyknęłam.
- Nawet Cię nie dotknąłem - Zdziwił się cynicznie - Mogłabyś wstać z tej podłogi? - Spojrzałam na niego spode łba a następnie wykonałam jego polecenie. Usłyszałam kroki dochodzące z zakrętu. Był coraz bliżej.
- Pomóż mi.. Proszę..
- Co się dzieje? - Zmartwił się. Mimo wszystko, Alan się zmartwił. Nie zdążyłam wyjaśnić mu o co chodzi, ponieważ po chwili obok nas pojawił się Steven. Wybiegł z zakrętu jak torpeda i z trudnością na czas wyhamował. Był ostro wkurwiony. Przestraszona stanęłam za Alanem, aby w razie czego, mieć chwilę na ponowną ucieczkę. Blondyn zlustrował naszą dwójkę a na jego twarz wkradł się grymas niezadowolenia. Chyba nie spodziewał się tu mojego kolegi. Jednakże to mu nie przeszkodziło w próbie porwania mnie. Dalej myślał, że będę jego. Boże, jak to brzmi. ,, Będę jego ''. Ten gnojek mógł sobie o tym tylko pomarzyć.
- O proszę. Kogo my tu mamy - Zaśmiał się - Słodkie gołąbeczki.
- Zjeżdżaj stąd.
- Najpierw zabawie się z tą Panią - Wskazał na mnie swoim obleśnym palcem i przejechał językiem wzdłuż dolnej wargi - Nauczę ją, że nie wolno kłamać.
- Masz sekundę, aby stąd zniknąć.
- Tak? Zmuś mnie - Poczułam jak dłoń Alana zwija się w potężną pięść. Nie jestem zwolenniczką bijatyk, ale w tym momencie chciałam, aby Frycz wpierdolił Stevenowi. Nie lubiłam go, chciało mi się rzygać na jego widok i życzyłam mu wszystkiego najgorszego. Chłopcy stanęli bliżej siebie i na przemian obrzucali się groźnymi spojrzeniami. Na szczęście nim doszło do jakiegokolwiek zbliżenia, Steven machnął ręką i ulotnił się w kilka sekund. Odetchnęłam z ulgą, że w końcu jestem bezpieczna. Spojrzałam na bruneta stojącego przede mną i nie mówiąc nic, ruszyłam w stronę swojej sypialni. Czułam się bardzo niezręcznie, że znów Alan ratuje mi dupę. Nie chciałam mu dziękować, bo on nigdy nie podziękował mi i dlatego postanowiłam wrócić do sypialni.
- Dokąd się wybierasz? - Szturchnął moim ramieniem, powodując, że stanęłam w miejscu. Próbowałam ukryć, że sprawia mi tym ból i tylko ponownie na niego zerknęłam. Dziwny błysk w jego prawym oku, wywołał u mnie przyjemny dreszcz. Nie musiałam się go obawiać. Alan Frycz jest dobrym człowiekiem. Co ja plotę?! Przecież to Alan Frycz do cholery! Chłopak, który postrzelił policjanta, który napadł na bank i który pobił mojego przyjaciela. Ross, co się z Tobą dzieje?! Od kiedy nie potrafisz odróżnić złych ludzi od tych dobrych?!
- Idę do siebie.. - Mruknęłam pod nosem.
- Chyba zapomniałaś, że musimy pogadać.
- Pogadać? - Zdziwiłam się. Nie przypominam sobie, aby chciał ze mną kiedykolwiek o czymś gadać. Nigdy nie było takiej sytuacji. Chyba, że żądał ode mnie podziękowania, więc dostanie to co chce i sobie odejdę - No tak.. Dziękuję, że mi pomogłeś...
- Super - Zaśmiał się - Ale nie o to mi chodzi.
- A o co? - Teraz to już całkowicie zgłupiałam.
- Sorry za moje wcześniejsze zachowanie.
- Nie rozumiem...
- Pomogłaś mi wtedy z tym kretynem i za to Ci dziękuję.
- Co? - Zakrztusiłam się własnym powietrzem słysząc, że ten tu mnie przepraszam i mi dziękuje. Nawet ponowne zawroty głowy nie zrobiły na mnie większej różnicy.
- Lepiej zapamiętaj tą chwilę na zawsze bo nigdy więcej nie usłyszysz ode mnie czegoś takiego - Uśmiechnął się lekko i dopiero teraz mnie puścił, wyminął moje ciało i zniknął za zakrętem. Stałam przez pewien czas w osłupieniu i gdyby nie pokojówka, która spytała się mnie czy wszystko gra, pewnie dalej znajdowałabym się na korytarzu. Opatuliłam się cieplej swoją bluzą i tak jak wcześniej postanowiłam, udałam się na krótki spacer. Skoro Alan był na górze, nie oddawałam w recepcji kluczy.
Na dworze panowała lekka zawierucha. Mimo tego, że był czerwiec i za niecałe trzy tygodnie są wakacje, Manchester to zimne miejsce. Przynajmniej podczas mojego pobytu tutaj. Na głowę nałożyłam kaptur i chwilę później, szłam wzdłuż szarego chodnika co chwile mijając zamyślonych ludzi. Jedni byli wpatrzeni w swoje telefony a drudzy błądzili wzrokiem po całej alejce, jakby poszukiwali czegoś co ich nagle uszczęśliwi. Ciekawe jakie problemy zmuszony jest posiadać każdy mijający mnie człowiek. Umiera? A może ma dług do spłacenia?
Parę metrów dalej, dostrzegłam niewielką srebrną bramę, która prowadziła do miejsca zwanego parkiem. Nic nie stracę jeśli się tam udam, prawda? Wręcz przeciwnie. Będę miała czas na rozmyślenie kilku spraw. Usiadłam na brązowej ławce, która z łatwością pomieściłaby cztery osoby i zlustrowałam miejsce w jakim się znalazłam. Niewielki park otoczony paroma drzewami i wodne bajorko pośrodku tego wszystkiego. Wzrok wbiłam w wodę cieknącą z fontanny w kształcie małego delfinka. Odetchnęłam z ulgą, że mam chwilę dla siebie, że nie muszę nigdzie się spieszyć. Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Niech to szlag! Dlaczego nie zostawiłam go w hotelu?
- Alan? - Mruknęłam pod nosem sama do siebie. Zdziwiłam się jego telefonem bo nigdy przedtem do mnie nie dzwonił. Zawsze ja do niego. Najwyżej wysyłał krótkie SMS'y. Cóż, poczeka aż wrócę bo w tym momencie nie mam ochoty na rozmowę. Wyłączyłam elektroniczne urządzenie i z powrotem wsadziłam je w głąb swojej kieszeni. Od kiedy mam kontakt z tym dupkiem? Boże, jak to życie płata nam figle. Jeszcze kilka miesięcy temu, nienawidziłam tego goryla a teraz? Sama nie wiem. Jest mi obojętny, taki nijaki.
[...] - Mogę się dosiąść?! - Usłyszałam tuż nad uchem. Wzdrygnęłam się bliskością mężczyzny stojącego za mną gdyż nie wiedziałam z kim mam do czynienia. Na pewno nie był to mój chłopak.
- Tu jest zajęte! - Burknęłam na nic nie zważając. Nie chciałam by Michał się zdenerwował wracając do mnie i nie miałam ochoty gadać z nieznajomym.
- Jednak nalegam! - Zaśmiał się chamsko. Nie wytrzymałam, kiedy jego dłoń spoczęła na moim ramieniu. Wybuchnęłam jak bomba atomowa odwracając się do tyłu z zamiarem wyjaśnienia mu dokładniej, że ma spadać, ale kiedy tylko spojrzałam na jego twarz, włosy, ubiór... Zachłysnęłam się własnym powietrzem a moje ciało ogarnął zimny dreszcz - Więc jak będzie? - Nalegał w dalszym ciągu.
- Sia... siadaj.....- Jęknęłam czując jak żołądek podchodzi mi do gardła.
- Miło z Twojej strony!- Uśmiechnął się i od razu usiadł na krzesełku obok - To co zawsze! - Zwrócił się arogancko do barmana. Chciałam odejść, jednak gdy tylko wstałam na nogi, momentalnie się zachwiałam w ostatniej chwili odzyskując równowagę. Alan wybuchnął śmiechem - Ktoś tu sobie popił !- Skomentował.
- Lepiej jak pójdę.. - Szepnęłam bezgłośnie i kiedy tylko ruszyłam, chwycił moje ramię mocno je ściskając.
- Nie tym razem! - Wypił za jednym razem otrzymany przez starszego od siebie mężczyznę napój i chwilę potem stał tuż przede mną.
- Puść mnie...
- Zapomnij dziwko! Idziemy! [...]
Co się stało, że ostatnimi czasy zmienił do mnie swoje nastawienie? Nie żeby mi to przeszkadzało, ale odkąd tu jesteśmy, z dnia na dzień jest coraz milszy. Pierwszy raz w życiu mnie przeprosił a tym bardziej mi podziękował. W dodatku już kilka razy stanął w mojej obronie. Największym dla mnie zdziwieniem, było to, że Alan potrafi grać na gitarze. W dodatku śpiewa. Ktoś to posiada taki dar, nie może być złym człowiekiem. Ciekawe jaką przeszłość za sobą niesie.
Usłyszałam ciche śmiechy dochodzące kilka metrów ode mnie. Spojrzałam przed siebie zaciekawiona kto to może być. Grupka młodych ludzi przysiadła się na jedną z ławek i zaciekle o czymś dyskutowali. Wśród paczki przyjaciół, znajdowała się rudowłosa dziewczyna, która w ręku trzymała butelkę piwa i co chwila brała niewielkiego łyka, blondyn stojący przy śmietniku palił papierosa, chłopak w kapturze bacznie rozglądał się dookoła i opowiadał jakieś kawały i blondynka, która SMS'owała na telefonie. Wśród tych ludzi, było też dwoje osobników, którzy najbardziej przykuli moją uwagę. Ubrana w ciasne jeansy, biały sweterek i czarną skórę kobieta, wtulała się w ramiona mężczyzny o ciemnych włosach. Wyglądali na bardzo zakochanych a uśmiech nie schodził z ich twarzy.
- Gorzko! Gorzko! - Krzyknął żartowniś - No dalej Kubuś! Pocałuj swoją przyszłą żonę! - Ciemnowłosy przewrócił oczyma i nie czekając długo, złożył namiętnego buziaka na ustach swojej ukochanej. Nie dość, że się kochali, to mieli przyjaciół, którzy wspierali ich związek. Do oczu naleciały mi łzy. Ogarnęła mnie odrobina zazdrości. Ja nigdy czegoś takiego nie miałam. Zakochałam się w mężczyźnie, który bawił się moimi uczuciami a moi znajomi nie tolerowali jego osoby. Ze wzajemnością bo on też za nimi nie przepadał. W głowie pojawił mi się obraz Dylana, który powodował, że coraz bardziej łzy spływały po moim policzku.
[...] - Czego.. Czego ode mnie.. chcesz? .. - Jęknęłam dygocząc.
- Ja? Nic - Wzruszył ramionami - Ale on ma rachunki do wyrównania - Wskazał palcem za mną.
- Masz niezłe kłopoty - Usłyszałam. Przełknęłam głośno ślinę. Nie. To nie może być prawda. Wolniutko odwróciłam się do tyłu a przed oczyma pojawiła mi się wściekła twarz szatyna.
- Dylan.. - Szepnęłam sparaliżowana.
- Tak się nazywam. A Ty wpadłaś w niezłe gówno - Warknął chwytając moje włosy i jednocześnie powodując tym gestem, że musiałam klęknąć...... [...]
[...] - Czego ode mnie chcesz?! - Warknęłam przestraszona.
- Mam jedno pytanie - Rzekł zmieniając swój humor. Był ostro wkurwiony a kiedy Dylan Cooper jest wkurwiony, nie wróży to nic dobrego - Co to do chuja jest? - Wyciągnął z kieszeni spodni małą kartkę, po czym mi ją wręczył. A dokładniej to rzucił na ziemię.
- List? - Parsknęłam na co wkurzył się jeszcze bardziej. [...]
[...] - Ja... - Wpadłam w panikę. Wstałam na nogi i szybko odsunęłam się do ściany jakby to miało mnie przede nim uchronić - Przepraszam....
- Nigdy kurwa więcej nie dotykaj moich rzeczy! - Wyrwał z moich rąk świstek papieru, który trzymałam w prawej dłoni. Gdy zobaczył co jest tam napisane, zamachnął się i uderzył pięścią w ścianę tuż przy mojej głowie.
- Dylan... Ty jesteś...
- Zamknij się! - Wrzasnął. Złapał moje ramiona po czym ścisnął z całej siły. Spojrzał w moje oczy. Bałam się.
- Jesteś adoptowany.. - Szepnęłam w końcu zasłaniając usta dłonią. [...]
Nie wytrzymałam. Wybuchnęłam gorzkim płaczem i zaczęłam dusić się własnym powietrzem. Moje życie tak bardzo uległo zmianie. Odkąd poznałam Coopera i Frycza, doświadczam samych złych rzeczy. Dlaczego musiałam się w nim zakochać? Dlaczego w nim?! Wyciągnęłam telefon i bez zastanowienia wcisnęłam numer chłopaka. Oczywiście przedtem zmieniłam swój własny numer na prywatny, aby nie mógł wiedzieć kto dzwoni. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci. Nie odbierał. Zdałam sobie sprawę, że robię wielkie głupstwo. Kiedy miałam nacisnąć czerwoną słuchawkę, męski głos rozbrzmiał po drugiej stronie słuchawki.
- Tak? - Otworzyłam usta, aby powiedzieć ,, cześć '' ,, hej '' cokolwiek! Niestety nie bardzo mi to wyszło. Nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Zacięłam się - Hallo? - Odezwał się ponownie. Podciągnęłam nosem i to był jedyny dźwięk jaki z siebie wydałam. Nie mogłam opanować swoich własnych łez. Nastała chwila ciszy. Zdziwiłam sie, że mimo iż panuje cisza, Dylan w dalszym ciągu się nie rozłączył. Przez chwilę nawet pomyślałam, że wie z kim ma do czynienia. Nie. To niemożliwe. Nie jest aż taki mądry, prawda? Przecież milion osób na tym świecie mogłoby do niego teraz zadzwonić - Ross.. - Kiedy usłyszałam swoje imię, bicie serca momentalnie przyśpieszyło . Jęknęłam tak cicho jak tylko umiałam, ale wystarczająco głośno, aby on usłyszał. Nie czekając na nic więcej, wystraszona rozłączyłam się, chowając telefon z powrotem do kieszeni.
[...] - O mój boże... - Zakryłam usta dłonią widząc osobę po drugiej stronie framugi. Nigdzie jednak nie widziałam jego samochodu. Chłopak stał oparty o ścianę a jedną ręką trzymał się za brzuch.
- Pomóż mi.... - Szepnął jęcząc z bólu. Był postrzelony i pijany.
- Co mam zrobić....?
- Połóż mnie gdzieś.... - Kiwnęłam głową i wciągnęłam go do środka mieszkania po czym położyłam go w swoim pokoju na łóżku.
- Jesteś ranny... - Nie odpowiedział. Zamknął tylko oczy i zasnął. Wyciągnęłam z kuchni z szafki, małą apteczkę i zajęłam się Dylanem. Był mocno ranny. Owinęłam go bandażem, bo nic innego nie miałam i mocno to ścisnęłam. Byłam tak zszokowana jego stanem, że nawet nie myślałam racjonalnie.
- Zostań... - Szepnął z lekko otwartymi oczami.
- Po co? Prześpij się...
- Już jest dobrze... - Spojrzał na swój opatrunek i lekko się uśmiechnął.
- Spoko - Wzruszyłam ramionami.
- Jesteś cudowna... - Bredził. Dopiero teraz poczułam odór alkoholu z jego ust.
- A Ty jesteś mocno wstawiony, więc nie rozmawiajmy ze sobą.. - Wstałam i ruszyłam w stronę drzwi.
- Ross?
- Ta?
- Masz słodkie usta. Ciągle myślę o tym pocałunku..... - Szepnął po czym zamknął oczy i znów zasnął [...]
Nie mogłam dłużej siedzieć w tym miejscu i wciąż myśleć o Cooperze. To mnie dobijało. W dodatku Alan nieustannie próbował się do mnie dobijać. Po jedenastym razie próby skontaktowana się ze mną, odebrałam ten przeklęty telefon. Chłopak rozkazał mi jak najszybciej wrócić do hotelu nie podając mi nawet przyczyny swojego złego humoru. Wzruszyłam smętnie ramionami, ale wykonałam jego polecenie. Polecenie? Bardziej pasowałoby słowo ,, Rozkaz ''. Po dwudziestu minutach, byłam na miejscu. Weszłam do głównego holu i od razu skierowałam się w stronę windy. Niestety po drodze wpadłam na pewnego osobnika płci przeciwnej, do którego nie pałałam sympatią. Widząc mnie, szeroko się uśmiechnął. Nie byłam pewna czy dostrzegł podkrążone od płaczu oczy i czerwone policzki. Miałam nadzieję, że nie. Ku mojemu zdziwieniu, nawet nie odezwał się do mnie słowem. Co jest grane? Jeszcze kilka godzin temu dobierał się do mnie a teraz mnie totalnie zlewa? W sumie bardzo mnie to ucieszyło bo szybkim krokiem dotarłam do windy, która zaprowadziła mnie na ostatnie piętro i pięć minut później, stałam przed drzwiami do sypialni Alana. Zapukałam do drzwi a kiedy nie otwierał, nacisnęłam klamkę. Pokój był pusty. Dziwne.
- Alan?! - Krzyknęłam, ale i wtedy cisza - Debil... - Mruknęłam pod nosem. Zdenerwował mnie swoim zachowaniem. Każde mi zjawić się w hotelu bo ma jakąś ważną sprawę do wyjaśnienia a teraz sam jest nieobecny? Debil! Wkurzona, wróciłam do siebie. Wziąwszy głęboki wdech, weszłam do środka swojej sypialni. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie widok jaki miałam okazję doświadczyć.
- Mogę wiedzieć dlaczego grzebiesz w moich rzeczach?! - Wrzasnęłam oburzona. Stał tyłem do mnie i na moich oczach przeszukiwał moje papiery wraz z każdą szufladą w komodzie. Co on sobie myślał?! Wiecie co było najbardziej chamskie w tej sytuacji? Ten dupek nawet nie raczył na mnie spojrzeć. Olał sobie moje słowa i kontynuował szukanie czegoś co go istotnie obchodziło - Mówię do Ciebie! - Warknęłam chwytając jego dłoń. Dopiero kiedy zmusiłam go do obrotu, stanął ze mną twarzą w twarz. Jego wzrok był pełen gniewu i czegoś, czego nigdy w nim nie widziałam. Zacisnął dłoń w pięść i przygryzł dolną wargę.
- Masz mi coś do powiedzenia? - Syknął. Był bardzo rozgniewany. Zamrugałam kilkakrotnie oczyma i chwilę później, również pałałam złością. Nie dość, że wszedł sobie nieproszony do mojej sypialni, to jeszcze śmiał przeszukiwać moje papiery. Przeniosłam swój wzrok z jego twarzy na prawą dłoń. Trzymał w niej teczkę z ważnymi dla mnie dokumentami. Przełknęłam gwałtownie ślinę i na moment przestałam oddychać. Wiedziałam co się zaraz wydarzy. Byłam pewna, że padnie masa trudnych pytań.
- Wyjdź z mojego pokoju... - Rozkazałam - Wyjdź!
- Nigdzie się stąd nie wybieram. Najpierw coś mi wytłumaczysz.
- Jak śmiesz grzebać w moich rzeczach........ - Chciałam go spoliczkować, chciałam odwrócić jego uwagę od dokumentów znajdujących się w środku teczki, ale on nie był taki głupi jak myślałam. Przynajmniej nie teraz. Zdążył przejrzeć całą zawartość papierów.
- Dlaczego do kurwy nędzy nie wiem nic o tym, że jesteś chora!? - Krzyknął waląc pięścią w mały stolik. Podskoczyłam z przerażenia. Nie lubiłam kiedy on a tym bardziej Cooper, stawał się wściekły. Rzucił papierami o ścianę i chwycił się za głowę - Wiesz ile to mogłoby zmienić?!
- Co?!
- Gdyby Dylan wiedział... - Myślałam, że się przesłyszałam. Czy on naprawdę to powiedział?
- Żartujesz sobie ze mnie?
- Możesz z powrotem go zmienić...
- Nie! - Wrzasnęłam oburzona - Jak możesz tak mówić?! Jestem chora a jedyną rzeczą jaka Cię w tym wszystkim interesuje to fakt, że moja choroba może sprowadzić go z powrotem?!
- Bo tak jest! Możesz go uratować!
- Wiesz co? - Zbliżyłam się do niego dostatecznie blisko, aby spojrzeć mu w oczy i zacisnęłam dłoń w pięść. Po raz kolejny się rozpłakałam - Ale nie mogę uratować siebie. Mam w dupie Dylana! Mam w dupie czy coś mu się stanie! Mam w dupie Ciebie! - Chwyciłam jego bluzę i odepchnęłam go z całej siły do tyłu - Umieram a ostatnie dni życia kazali mi spędzić na przebywaniu w Twoim towarzystwie! Wystarczy! Rób co chcesz, ale ja wracam do kraju! Wracam do przyjaciół! - Nie mówiąc więcej nic, wyrzuciłam go ze swojej sypialni. Nawet nie stawiał oporu W sumie sam wyszedł, widząc jak tragicznie wyglądam. Zamknęłam drzwi na klucz i bezwładnie rzuciłam się na łózko, aby móc się wypłakać. Żałuję, że kiedykolwiek pomyślałam coś miłego o Fryczu. To kawał chama i dupka! Nikt więcej. Od początku myślał o Dylanie a ja byłam kimś w rodzaju pomocnika. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwudziesta. Nie tracąc więcej czasu, wstałam z łóżka, chwyciłam za walizkę i zaczęłam się pakować. Pragnęłam jak najszybciej opuścić to okrutne miejsce.
- Gówno prawda! Przejąłem się tym, że jesteś chora! - Drzwi od sypialni otworzyły się z wielkim hukiem a do pomieszczenia wparował Alan - Gdybym wiedział od początku, nie traktowałbym Cię w ten sposób!
- Miałbyś wyrzuty sumienia, co? - Zaśmiałam się gorzko - Byłoby Ci mnie żal, prawda?!
- Może tak a może nie! Ale to na pewno byłoby lepsze niż to co Ci fundowałem dotychczas!
- Wynoś się stąd.
- Kurwa, dziewczyno! Rozumiesz, że to wszystko zmienia postać rzeczy?! Ty za niedługo umrzesz!...
- Doskonale o tym wiem! - Wtrąciłam z wielkim krzykiem - Nie musisz mi o tym przypominać!
- Umierasz a mimo wszystko jesteś tutaj. Dlaczego? - Nagle złagodniał i zmienił nieco ton swojego głosu. Zrobiłam dokładnie to samo co on.
- A Ty? Czemu tu jesteś? - Warknęłam.
- Dla Dylana - Rzekł stanowczo.
- No właśnie... - Pokręciłam głową jakby nie dowierzając w jego głupotę i skuliłam się na białym fotelu - Dla Dylana... - Powtórzyłam...
niedziela, 9 sierpnia 2015
Rozdział 2
,, I am not a fucker ''
***DYLAN***
[...] - Dylan... Możesz mi to jakoś wytłumaczyć?...
- No właśnie Dylan - Odezwała się Roksana - Wytłumacz naszej kochanej Ross, że jest dla Ciebie nic nie znaczącą zabawką.
- Wystarczy!
- Co proszę?
- Nie musisz mówić mi co mam robić. Świetnie poradzę sobie sam
- Dylan, nic nie rozumiem. O czym ona mówi? - Chwyciła moje dłonie w swoje, po czym wtuliła się w moje ramiona - Bałam się o Ciebie.. - Szepnęła. Odepchnąłem ją, nie chcąc by mnie dotykała.
- Nigdy więcej tego nie rób - Syknąłem oschle.
- Czego?
- Nigdy więcej mnie nie przytulaj, jasne?
- Ale.. Dlaczego..?
- Bo nie! - Wrzasnąłem.
- Już mnie nie kochasz? - Spytała patrząc mi prosto w oczy.
- A kiedykolwiek kochałem? [...]
- A kiedykolwiek kochałem? - Parsknąłem. Mój wzrok był wlepiony w coś co przypominało mi niegdyś miłość mojego życia. Przynajmniej tak wtedy myślałem. Na tym obrazku nie widziałem nic więcej prócz czystej zdrady. Zdrady ze strony obojga najbliższych mi ludzi. Kto by pomyślał? Ona i on? Dochodziła dziewiętnasta trzydzieści pięć, ale to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Postanowiłem coś sprawdzić. Wyciągnąłem telefon z tylnej kieszeni spodni, po czym wcisnąłem numer Alana. Nie odebrał ode mnie ani razu. Skurwiel jebany. Pewnie był zajęty posuwaniem mojej kobiety. Mojej kobiety. Hah. Jak paradoksalnie to zabrzmiało. Ona nigdy nie była moja. Najpierw sprzedała się temu idiocie Michałowi, czy jak mu tam, potem byłem ja, a kiedy zdała sobie sprawę z tego, że jej nie chcę, poleciała w ramiona mojego najlepszego przyjaciela. Od nienawiści do miłości jak to się mówi, prawda? Nigdy bym nie uwierzył, że coś ich może połączyć, gdyby nie te zakichane zdjęcia. Na każdym są razem. Więc kiedy ja jak głupi chodziłem do jej domu i czekałem w ukryciu, aż ją zobaczę, jej tak naprawdę nigdzie nie było. Bawiła się w najlepsze z tą parszywą gnidą, daleko od miasta. Nawet nie wiem gdzie są. Jakbym wiedział, sprawy potoczyłyby się inaczej. Zabiłbym i ją i jego.
- Więc teraz mi wierzysz? - Zaśmiała się cynicznie. Swój wzrok przeniosłem na jej obrzydliwą twarz i wtedy zrozumiałem, że mimo tego jaką była wredną suką, nigdy, ale to nigdy mnie nie zdradziła. Zawsze była wobec mnie lojalna i potrafiła spełnić wszystkie moje oczekiwania.
- Powiedz mi, ale tak szczerze... Skąd o tym wiesz? - Wskazałem palcem na to co dostałem od niej kilkanaście minut temu. Posłała mi szatański uśmiech, mówiący, że to banalnie proste.
- Jeżeli jeden z Twoich pracowników znika na jakiś czas mówiąc, że ma coś ważnego do załatwienia, to trzeba to sprawdzić, prawda? Przy okazji natknęłam się również na nią, więc nie mogłam tego tak po prostu zostawić. Musiałeś poznać prawdę.
- Ile to trwa?
- Nie wiem - Wzruszyła ramionami - Te zdjęcia są sprzed dwóch dni. Jeżeli chcesz...
- Nic nie chce - Warknąłem. Wiedziałem już wystarczająco dużo i więcej nie potrzebowałem informacji - Daj mi znać, kiedy ten sukinsyn wróci. Mam z nim parę spraw do wyjaśnienia.. - Zacisnąłem dłoń w pięść i mocno przygryzłem wargę. To chyba spodobało się mojej towarzyszce, gdyż wskoczyła na mnie i zaczęła składać na mojej szyi pełno buziaków.
- Kocham kiedy jesteś taki stanowczy - Mruknęła usatysfakcjonowana. Spojrzałem na nią spode łba a następnie zrzuciłem jej ciało na podłogę. Jęknęła z bólu zdezorientowana. Myślała, że będziemy uprawiać seks? Dobre sobie - Co Ty...
- Zjeżdżaj stąd.
- Co? - Warknęła.
- Jeżeli chcesz poczuć kutasa w buzi to znajdź sobie innego frajera. Nie mam teraz na to ochoty, ale dzięki za propozycje. Kiedy zabraknie mi tego, wiem gdzie szukać Twojej cipki - Posłałem jej sztywny uśmiech na co tylko oblizała dolną część warg. Chciało mi się zwymiotować.
- Jesteś dupkiem Cooper, wiesz?
- Dzięki Tobie - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Wstałem z łóżka i chwyciłem ją za lewe ramię.
- Co robisz?!
- Skoro sama nie potrafisz stąd wyjść, to Ci pomogę - Podeszliśmy do drzwi i kiedy walczyła ze mną by tu zostać, jednym, zwinnym pchnięciem, wyrzuciłem ją na korytarz.
- Powiem o wszystkim Rickowi! Rozumiesz?
- Wyświadcz mi przysługę i zamknij wreszcie ten swój dziób. Mordę też masz tak rozjebaną jak cipkę? - Zaśmiałem się. Nie czułem bym przesadził. To ona doprowadziła mnie do tego stanu i odebrała szansę na prawdziwe szczęście, więc może być pewna, że do końca moich dni, będę zatruwać jej życie. Ostatni raz posłałem jej chytre spojrzenie i chwilę później zamknąłem drzwi z wielkim hukiem. Niech spierdala. Od teraz nie ma na tym świecie osoby, która coś dla mnie znaczy. Zamierzam zemścić się na każdym kto doprowadził mnie do tego stanu. Wziąłem do ręki jedno zdjęcie, które najbardziej przykuło moją uwagę i kiedy dokładnie je zlustrowałem, podarłem tą ilustracje na kawałki. Wśród tych osób jest Ross z Alanem...
***ROSS***
Czekałyśmy w holu głównym aż Alan łaskawie zechce się pojawić. Zajmowałam duży, biały fotel, w ręku trzymałam kubek gorącej herbaty i udawałam, że czytam moją ulubioną książkę, natomiast Sabina, nowa koleżanka, kręciła się przy wózku ze słodyczami. Chłopak miał być o dwudziestej a dochodziła dwudziesta pierwsza. Nie rozumiałam co można robić tyle czasu na dworze, tym bardziej, że było zimno. Ze mną spędził cztery godziny i teraz kolejnych prawie pięć go nie ma. Może faktycznie coś mu się stało? Co jeżeli ktoś go napadł a potem zabił? Nie żeby mnie to obchodziło, ale Frycz też jest człowiekiem. Może wrednym, aroganckim, zadufanym w sobie człowiekiem, ale wciąż człowiekiem, prawda? A ja mam dobre serce, nawet jeśli chodzi o tego palanta.
Wtedy nieoczekiwanie do pomieszczenia wszedł nie kto inny jak Frycz. Kaptur na głowie i ręce w kieszeni. Wyglądał jak potwór. W dodatku cały był mokry. Musiało na zewnątrz ostro padać. Przeszukał tłum ludzi a kiedy odnalazł mnie wzrokiem, posłał mi jeden z tych swoich uśmieszków mówiących, że ma plan. Przełknęłam głośno ślinę jakbym miała właśnie w tej chwili poważne kłopoty. ,, Ross, do cholery! Weź się w garść! '' Nim zdążyłam zrobić krok w jego stronę, kilkoro ludzi w czarnych kombinezonach ruszyło w jego kierunku. Wiedziałam kim byli. Z kieszeni wyciągnęli broń i od razu skierowali ją w stronę Alana. Otoczyli go. Brunet nie miał dokąd uciec. Lepiej, aby ten jego plan był skuteczny bo jak na razie to siedzi w niezłym gównie.
- Ręce do góry! - Krzyknął ten najbardziej umięśniony. Alan jak to Alan, nie wykonał jego polecenia. Mężczyzna powtórzył swój rozkaz, tyle, że i tym razem na marne. Zdenerwowany, ostrożnie zbliżył się do Frycza a kiedy chwycił jego przemoczoną bluzę, brunet z całych sił odepchnął od siebie tego wielkoluda zaciskając gwałtownie swoją rękę w pięść i celując nią w twarz faceta. Na szczęście siła ciosu nie była duża i wielkolud zdążył się obronić.
- Jeszcze raz mnie dotkniesz a wsadzę Ci ten rewolwer w Twoją przerośniętą dupę - Warknął Alan. No świetnie. Jego szanse na wyjście z tego bez szwanku, poszły się pieprzyć. Myślałam, że Alan jest choć trochę inteligentny, ale to zwykły kretyn. Przeniosłam swój wzrok na koniec pomieszczenia aż po same drzwi, czując jak ktoś wlepia we mnie swoje oczy. Zachłysnęłam się własnym powietrzem. Znowu on.
- Dylan... - Szepnęłam sama do siebie. Przełknęłam głośno ślinę a pot oblał całe moje ciało. Po kilku sekundach, dotarło do mnie, że osobą stojącą niedaleko mnie, nie jest wcale Cooper. To byłoby niemożliwe, aby on się tu znalazł. Zresztą chłopak miał inny kolor włosów. Potrząsnęłam głową, by odgonić od siebie myśli dotyczące szatyna i kiedy spojrzałam tam ponownie, chcąc podejść do mojego nowego znajomego, nikogo nie było. Przez pierwszą minutę wmawiałam sobie, że widziałam tam Sebastiana Gerana, którego poznałam dziś po południu, jednak ostatecznie doszłam do wniosku, że musiało mi się przewidzieć. Tracę swój rozum.
- Ręce do góry szczeniaku! - Wyrwał mnie z rozmyśleń czyjś zachrypnięty głos. Przeszukałam wzrokiem tłum ludzi, aby odnaleźć Alana i kiedy go znalazłam, widziałam jego minę, która nie wróżyła nic dobrego. Chłopak tracił panowanie nad sobą. Zacisnął dłoń w pięść po czym zamknął oczy. Wśród tych wszystkich ludzi był także Steven. Sprawiał wrażenie bardzo pewnego siebie, jakby to on był tu szefem i właśnie kazał kogoś za nieposłuszeństwo. Zignorowałam jego tanie uśmieszki w moją stronę i czym prędzej podbiegłam do Alana. W tej chwili nie myślałam racjonalnie. Kiedyś zapewne Frycz spuściłby mi niezły łomot, albo jeszcze gorzej gdybym tylko wtrąciła się w jego sprawy. Teraz miałam to gdzieś.
- Hej.. - Szepnęłam - Wszystko w porządku? - Zmierzył mnie od stóp wzwyż nie rozumiejąc o co mi chodzi. Milczał. Nie chciał ze mną rozmawiać. Nigdy jakoś specjalnie nie pałaliśmy do siebie wzajemną sympatią, więc nic dziwnego, że nie potrzebował moich słów wsparcia - Wszystko będzie dobrze. Mam plan. Nie daj się wyprowadzić z równowagi a ja wszystko załatwię.. - Sama nie wiedząc czemu, położyłam na jego ramieniu swoją prawą dłoń. Jeszcze większym zdziwieniem dla mnie było to, że wcale mnie od siebie nie odepchnął. Wręcz przeciwnie. Posłał mi lekki uśmiech podziękowania. Miałam wrażenie jakby mój gest był dla niego czymś wyjątkowym. Jakby nigdy przedtem nie zaznał czegoś takiego.
- Skończyliście tą scenę miłości? - Wtrącił Steven - To świetnie. Przejdźmy więc do chwili kiedy Cię aresztują - Po tych słowach sama chciałam przywalić temu gnojkowi w twarz, ale w ostatniej chwili Alan mnie powstrzymał. Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam tam coś dziwnego. Chłopak chrząknął znacząco a ja zdałam sobie sprawę, że jestem w niezręcznej sytuacji, więc odeszłam kilka kroków w bok. Frycz uniósł powoli obie ręce do góry a jego zapał do gniewu, wyparował.
- Ale o co właściwie chodzi? - Zdziwił się. Udawał zaniepokojonego i zmieszanego. Poczułam ulgę, kiedy nie był już tak bardzo zły.
- Dostaliśmy zgłoszenie, że posiadasz broń, którą zaatakowałeś syna właściciela. Masz na nią pozwolenie? - Wychrypiał rudowłosy koleś.
- Jaką broń? Zaatakowałem? Kiedy? - Zrobił niewinną buźkę.
- Nie udawaj głupiego - Zaśmiał się cynicznie Steven - Napadłeś na mnie dziś rano w windzie.
- Masz na to dowody? Tak, prawdę mówiąc napadłem na niego... - Nie zdążył dokończyć, gdyż rzucili się na niego i zaczęli przeszukiwać jego ubrania. Byłam zdziwiona, że Alan na to pozwala, ale wiedziałam, że ma plan. Chwilę później, jeden z policjantów, wyciągnął z jego kieszeni coś na kształt małego rewolweru i od razu pokazał to swoim kompanom. Posłałam zdziwioną minę Fryczowi. Dlaczego do cholery nie wyrzucił tego pistoletu!? Przecież go ostrzegłam!
- No proszę. A cóż to takiego? Jesteś aresztowany.....
- Za co? - Parsknął śmiechem - Za posiadanie zabawki? - Uniósł zdziwiony jedną brew do góry - Dzieci też każecie?
- O czym Ty do cholery mówisz....
- To atrapa... - Dokończył jego kolega. Uważnie przejrzeli skonfiskowaną broń a zakłopotanie na ich buziach było bezcenne - Skoro to zabawka, to dlaczego zaatakowałeś nią niewinnego człowieka? - Nastała chwila milczenia. Alan nie wiedział co powiedzieć a Steven był zadowolony z obrotu sytuacji. Szybko dałam znać Sabinie, że teraz my wchodzimy. Blondynka kiwnęła głową i czekała aż zacznę.
- Ponieważ ten pan - Wskazałam palcem na Stevena - Mnie zaatakował. Rzucił się na mnie i zaczął mnie obmacywać... - Skłamałam. Muszę przyznać, że byłam dobrą aktorką. Aby efekt był jeszcze lepszy, do oczu naleciały mi łzy - Nie chciałam tego, ale on był silniejszy.. Krzyczałam i broniłam się jak mogłam, kiedy zjawił się Alan. Zobaczył to wszystko i nie wytrzymał... Pomógł mi.. Mój mały braciszek ma urodziny, więc kupiliśmy mu zabawkowy pistolet, ale kiedy zostałam zaatakowana, Alan go wykorzystał, aby mnie uratować... - Podwinęłam rękaw bluzy i pokazałam policjantom siniaki na moich ramionach. Były średniej wielkości. Nawet sama nie wiem, kiedy je sobie nabiłam, ale najważniejsze, że się przydały. To przez tą chorobę moje ciało jest tak kruche. Poczułam wzrok mojego towarzysza na swoim ramieniu. Intensywnie wpatrywał się w moje siniaki jakby chciał poznać odpowiedź na to skąd się wzięły.
- Co Ty pierdolisz?! - Warknął Steven - Ona kłamie! Ta dziwka kłamie! - Rzucił się w moją stronę i prawie by mnie dopadł, gdyby nie Sabina, która na czas wybiegła mu na drogę. Blondyn cofnął się krok do tyłu i zmrużył powieki.
- To wszystko prawda! - Wykrzyczała - Ten bydlak też próbował mnie kiedyś zgwałcić! - Głos jej drżał jakby nie była pewna czy dobrze robi. Bałam się, że zmieni zdanie i stanie po jego stronie. Wtedy nie mielibyśmy szans na wygraną.
- Sabina, co Ty do chuja wyprawiasz?! - Musnął dłonią jej policzek i schował kosmyk jej włosów za lewe ucho - Dobrze wiesz, że to nieprawda. Powiedz jak było rzeczywiście. Zrób to dla mnie - Posłał jej czarujący uśmiech i mruknął coś do ucha.
- Sabina... - Jęknęłam przestraszona.
- Byliśmy parą, ale zerwałam z nim, kiedy dowiedziałam się, że zależy mu tylko na jednym. Proszę, zróbcie coś... - Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech słysząc wypowiedziane słowa prosto z jej ust. Również się rozpłakała i była przy tym strasznie przekonywująca. Spojrzałam na Alana, który był zdziwiony tym cyrkiem. Nie wiedział co się dzieje, więc teraz to ja jemu posłałam lekki uśmiech. Przewrócił zabawnie oczyma.
- To wszystko Twoja wina! - Blondyn wskazał na mnie palcem i chwycił moje ramię. Pisnęłam z bólu zachłystając się własnym powietrzem. Zrobiło mi się jakoś tak słabo - Powiedz prawdę! Powiedz, że ten Twój pojebany chłopak miał prawdziwy pistolet i mi nim groził!
- Puść ją! - Wtrącił Frycz. Był wściekły. W dupie miał gliniarzy i ludzi, którzy przypatrywali się temu spektaklowi. W dupie miał, że może mieć kłopoty jeśli zaatakuje syna właściciela tego hotelu. Miał wszystko w dupie. Podszedł do Stevena i z całej siły uderzył go z pięści w twarz - Nigdy więcej nie waż się jej tknąć, rozumiesz!? - Steven przejechał dłonią po swoich ustach i spluną krwią na podłogę .
- Pozwę Cię za to -Warknął rozbawiony.
- Najpierw Cię zabije...
- Uspokójcie się! - Wtrącił jeden z policjantów - Ty! - Wskazał na Stevena - Idziesz z nami. Mamy sobie wiele spraw do wyjaśnienia.
- Co? Chyba żartujesz. Mój ojciec zrobi z Ciebie miazgę...
- Steven.. - Usłyszeliśmy czyjś gruby, donośny głos. Wystraszyłam się jego tonem. Przed nami wyłonił się ojciec chłopaka w białym garniturze. Nie był zbytnio szczęśliwy - Zawiodłeś mnie. Uwierzyłem Ci a Ty tak mnie okłamałeś.
- Ojcze... Oni kłamią!
- Cicho! Możecie go zabrać. Wkrótce do Was dołączę - Chwilę później w pomieszczeniu zostaliśmy sami. Ja, Alan i ojciec Stevena. Sabina wyszła, kiedy wyprowadzono blondyna. Jej zadanie zostało wykonane, więc dłużej nie była nam potrzebna a resztą zajęła się ochrona. Rozkazała wszystkim tym ludziom, udać się do swoich pokoi - Tak bardzo mi przykro za to całe zamieszanie...
- Nic sie nie stało. Ważne, że wszystko jest już wyjaśnione - Uśmiechnęłam się lekko, po czym chwyciłam Alana za dłoń i ruszyliśmy do przodu. Ja ruszyłam bo oczywiście Frycz musiał dodać swoje dwa grosze.
- Możesz być pewien, że zapłacicie za to jak mnie tu potraktowano - Warknął - Chyba, że jakoś mnie przekonasz do zmiany zdania - Zaśmiał się.
- Alan! - Krzyknęłam rozgniewana.
- Jest coś co mógłbym dla Was zrobić? Naprawdę mi przykro.
- Zobaczę. Może z czasem mi się przydasz - Machnął ręką w jego kierunku i chwilę później, zniknęliśmy się w jednej z wind. Między mną a Alanem panowała cisza przez całą drogę do pokoju. Byłam zła na niego, że jest takim dupkiem! Nawet nie podziękował mi za uratowanie sobie dupy. Powiedział tylko ,, dobranoc '' i zniknął za drzwiami swojej sypialni. Dupek. Ja również weszłam do siebie i pierwsze co zrobiłam to udałam się pod prysznic. Dwadzieścia minut później leżałam na łóżku i zastanawiałam się ile tak naprawdę zostało mi dni nim umrę. Wprawdzie powiedzieli mi, że równy rok, ale skąd oni mogą o tym wiedzieć? Fazę z włosami miałam przerabiać w obrębie dwóch miesięcy, ewentualnie trzech w zależności jak silny mam organizm a minął zaledwie tydzień. To niepokojące. Oznaki choroby zaczęły występować znacznie szybciej niż przypuszczał Filip. Niezależnie od tego gdzie się znajdowałam, było mi strasznie zimno. Czy to mój pokój, hol główny czy dwór, musiałam mieć na sobie bluzę. Pewnie uważacie, że to nic dziwnego, jednak w moim przypadku nigdy tak nie było. Jestem raczej ciepłą dziewczyną i pasują do mnie letnie ubrania. Byłam tym wszystkim strasznie zaniepokojona. Nie wiedziałam co robić. Zignorować swój niepokój czy może o wszystkim powiedzieć lekarzowi? Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Nie chciało mi się z nikim rozmawiać ze względu na fatalne samopoczucie, ale ostatecznie postanowiłam odebrać. Podniosłam swoje obolałe ciało do pozycji siedzącej i niechętnie sięgnęłam po telefon. Numer prywatny.
- Tak? - Zaczęłam tą jakże nieformalną rozmowę. Po drugiej stronie słuchawki panowała cisza. Jedynie udało mi się usłyszeć ciche szepty, których nie potrafiłam rozpoznać. Ktoś w tle musiał rozmawiać z drugą osobą - Hallo? - Kontynuowałam. Dalej nic. Zdenerwowana nacisnęłam czerwony przycisk a kiedy telefon zaczął dzwonić ponownie, wyłączyłam go. Jakieś gówniarze robią sobie żarty. Nie miałam na to ochoty. Nie potrafiłam zasnąć, mimo później pory, więc włączyłam laptopa i zalogowałam się na stronę społecznościową, czyli tak zwanego facebooka. Kilkoro moich znajomych było dostępnych, wśród nich Michał. Nacisnęłam na jego okienko i kiedy chciałam napisać krótką wiadomość, coś nakazało mi przestać. Co niby mam mu napisać? Że mój stan pogarsza się z dnia na dzień? Nie, dzięki. Nie chcę, aby się martwił.
,, Hej, jak tam? :* '' - Michał.
Przeklęłam w duchu. Kiedy ja miotałam się z myślami czy do niego napisać, on zrobił to za mnie.
,, Ross, wszystko w porządku? '' - Michał.
Pięć minut później kolejna wiadomość a ja wciąż nie odpisałam na tą pierwszą. Coś się ze mną działo a ja nie potrafiłam określić co takiego. Odruchowo zamknęłam klapkę mojego kochaniutkiego laptopa i odłożyłam go na miejsce. Niech to wszystko trafi szlag. Zachciało mi się pić. Nie miałam przy sobie żadnego soku, więc zmuszona zostałam, aby udać się do jakiegoś sklepiku, który jest czynny dwadzieścia cztery godziny na dobę. Szybko nałożyłam na siebie ciepłą kurtkę, czarne trampki i wyszłam na zewnątrz. Idąc wolnym krokiem wzdłuż korytarza, usłyszałam cichą melodię dochodzącą z pokoju Frycza. Zaskoczona, podeszłam bliżej, aby lepiej słyszeć. Byłam pewna, że za drzwiami ktoś gra na jakimś instrumencie a dokładniej to na gitarze. Nie mogłam tego zignorować. Melodia była zbyt piękna. Szybkim pchnięciem otworzyłam drewniane drzwi i niezauważalnie wślizgnęłam się do środka pomieszczenia. To co tam ujrzałam, przerosło moje wszelkie oczekiwania.
Alan był tak zajęty graniem na gitarze, że nawet nie dostrzegł mojej obecności w swoim pobliżu. Kiedy myślałam, że lepiej być nie może, on wyprowadził mnie z tego błędu. Zaczął coś sobie nucić pod nosem.
,, Za każdym razem kiedy myślę, jestem bliżej serca
Co oznacza kim naprawdę jestem
Myślę, że wreszcie znalazłem lepsze miejsce na początek
Ale nikt wydaje się tego nie rozumieć
Potrzebuję spróbować dostać się tam gdzie ty
Czy może jesteś niedaleko?
Jesteś głosem, który słyszę w mojej głowie
Powód dla którego śpiewam
Potrzebuję cię znaleźć
Muszę cię znaleźć
Jesteś brakującym kawałkiem, którego potrzebuję
Piosenką we mnie
Potrzebuję cię znaleźć
Muszę cię znaleźć
O tak, Tak ''....
- Co tu robisz?! - Wrzasnął rozgniewany, kiedy tylko mnie zobaczył. Wszystko przez to, że byłam tak zaskoczona tym co robi, że cofając się do tyłu, wpadłam na małą szafkę i zbiłam porcelanowego słonika. Siedział na łóżku a w dłoni trzymał czarną gitarę.
- Ja... - Zaczęłam się jąkać. Nie wiedziałam co powiedzieć. Chciałam pochwalić jego talent, niestety nie dane mi było tego zrobić. Chłopak wstał na nogi i chwilę później, staliśmy twarzą w twarz. Dopiero teraz zorientowałam się, że jest bez koszulki. Miał na sobie szare dresy i czarne skarpetki. Nigdy przedtem nie widziałam go w krótkiej koszulce a co dopiero bez koszulki. Zawsze miał na sobie jakąś bluzę. Dostrzegłam na jego prawym ramieniu tatuaż, który prowadzony był wzdłuż jego całej ręki. Ponadto lewa strona jego kończyn też była cała wytatuowana. Nawet na klatce piersiowej, widniał jakiś Chiński znak. Nigdy przedtem nie podobały mi się osoby mające jakikolwiek tatuaż, ale on? Wyglądał kurewsko dobrze - Alan.... - Szepnęłam wciąż nie mogąc w to uwierzyć. Nie dał mi szansy na powiedzenie czegokolwiek więcej, gdyż wyrzucił mnie ze swojej sypialni. Zdenerwował się moją wizytą, dlatego trzasnął drzwiami na dobranoc. Zaskoczona zmianą jego humoru, wróciłam do siebie zapominając o soku. Właściwie to odechciało mi się pić. Jedyne o czym pragnęłam, to położyć się spać i śnić o czymś dobrym z nadzieją na lepsze jutro. Niestety dzisiejszy dzień do najlepszych nie należał. Kiedy zamknęłam oczy, od razu pojawił się obraz Dylana. Dlaczego po mimo czasu, który zleciał, ja wciąż o nim myślę a nawet czasem śnię? Przecież to chore. On mnie nie kocha, nienawidzi mnie i bawił się mną a ja od ponad dwóch tygodni mam jego twarz przed oczyma. Wiem, że jestem idiotką, ale chciałabym przed swoją śmiercią usłyszeć po raz ostatni dlaczego on się mną bawił. Chciałabym spojrzeć mu w oczy i zadać to pytanie sam na sam. Tylko czy będę miała odwagę się z nim spotkać kiedy wrócę do miasta?
Następnego dnia wstałam dosyć późno. Czułam się koszmarnie. W nocy miałam napady duszności i stan podgorączkowy. Musiałam byś strasznie zmęczona jeżeli nawet nie słyszałam budzika telefonu. Wzięłam komórkę do ręki i dopiero chwilę później zorientowałam się, że przecież telefon jest wyłączony. Co za idiotka ze mnie! Czym prędzej go włączyłam i odczytałam godzinę. Świetnie. Dochodziła dwunasta a ja wciąż w łóżku. Cholera! W dodatku miałam kilka nieodebranych połączeń od Michała i Pauli. Trudno. Później do nich oddzwonię. Najpierw muszę iść na poszukiwania Anastazji Grean. Wyciągnęłam z szafy czyste ubrania a kiedy byłam w miarę gotowa, jak strzała wyleciałam na korytarz i udałam się do pokoju Alana.
- Przepraszam, ale zaspa.....! - Nie dokończyłam ponieważ w jego sypialni nikogo nie było. Do bólu głowy, dołączyły zawroty - Alan? - Nie dałam za wygraną. Niech choroba wie, że jestem silną kobietą i dam radę z nią walczyć. Zdziwiłam się nieco brakiem jego osoby. Tym bardziej, że skoro go nie było, to dlaczego zostawił otwarte drzwi? Przecież ktoś mógł się do niego wkraść. Zdziwiona, zeszłam do recepcji, aby rozejrzeć się za brunetem. Idąc wzdłuż korytarza, byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam mężczyzny stojącego tuż przy ścianie. Upadłam na podłogę a moja pupa zderzyła się z twardą podłogą. Upadek spowodował, że mój stan pogorszył się jeszcze bardziej. Chciało mi się wymiotować.
- Cholera... - Mruknęłam pod nosem. Nawet nie zwróciłam uwagi na to z kim mam do czynienia. Śpieszyło mi się. Alan nie mógł mnie zostawić i sam pójść w teren. Nie zrobiłby tego. Działamy razem, czyż nie?
- Ross? - Usłyszałam tą cudowną barwę głosu. Przełknęłam głośno ślinę, aby chwilę później podnieść wzrok przed siebie i zlustrowałam całe ciało mojego nowego kolegi. Kiedy mój wzrok zawisł na jego głowie, poprzez światło lamp wiszących na suficie, dostrzegłam Dylana Coopera. Z każdą chwilą obraz stawał się zamazany - Wszystko w porządku? - Kontynuował zaniepokojony.
- Ta.. Tak.. - Szepnęłam. Podał mi dłoń i pomógł wstać. Lekko się uśmiechnęłam na znak, że bardzo mu dziękuję. Kiwnęłam głową, wyminęłam jego barczyste ramiona i ruszyłam przed siebie. Musiałam jak najszybciej odnaleźć Alana i pomóc mu w poszukiwaniach. Nim jednak uszłam kilka kroków, straciłam równowagę i gdyby nie czyjaś pomoc, zleciałabym z powrotem na podłogę.
- Chyba jednak mnie okłamałaś - Mruknął. Mogłabym słuchać jego głosu na okrągło. Był wyśmienitym lekarstwem dla moich uszu - Gdzie mieszkasz? Zaprowadzę Cię do pokoju...
- Dylan...? - Szepnęłam widząc ponownie jego twarz - To naprawdę Ty...? - Ucieszyłam się. Przejechałam dłonią po jego policzku, czując jak się rumieni. Ostro zaciągnęłam się zapachem jego perfum. Były inne niż zwykle. Nie czułam mięty ani tytoniu.
- To ja.. Sebastian - Uśmiechnął się lekko - To powiesz gdzie mieszkasz? - Kiwnęłam posłusznie głową i z jego pomocą, dotarliśmy do mojej sypialni - Powinnaś się położyć. Jesteś cała blada.
- Tak, lepiej jak wrócę do łóżka... - Otwierając drzwi, zamknęłam oczy i zsunęłam się na podłogę. Wszystko inne przestało istnieć a ja znalazłam się w czarnej pustce, która prowadziła donikąd....
,, I am not a fucker ''
***DYLAN***
[...] - Dylan... Możesz mi to jakoś wytłumaczyć?...
- No właśnie Dylan - Odezwała się Roksana - Wytłumacz naszej kochanej Ross, że jest dla Ciebie nic nie znaczącą zabawką.
- Wystarczy!
- Co proszę?
- Nie musisz mówić mi co mam robić. Świetnie poradzę sobie sam
- Dylan, nic nie rozumiem. O czym ona mówi? - Chwyciła moje dłonie w swoje, po czym wtuliła się w moje ramiona - Bałam się o Ciebie.. - Szepnęła. Odepchnąłem ją, nie chcąc by mnie dotykała.
- Nigdy więcej tego nie rób - Syknąłem oschle.
- Czego?
- Nigdy więcej mnie nie przytulaj, jasne?
- Ale.. Dlaczego..?
- Bo nie! - Wrzasnąłem.
- Już mnie nie kochasz? - Spytała patrząc mi prosto w oczy.
- A kiedykolwiek kochałem? [...]
- A kiedykolwiek kochałem? - Parsknąłem. Mój wzrok był wlepiony w coś co przypominało mi niegdyś miłość mojego życia. Przynajmniej tak wtedy myślałem. Na tym obrazku nie widziałem nic więcej prócz czystej zdrady. Zdrady ze strony obojga najbliższych mi ludzi. Kto by pomyślał? Ona i on? Dochodziła dziewiętnasta trzydzieści pięć, ale to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Postanowiłem coś sprawdzić. Wyciągnąłem telefon z tylnej kieszeni spodni, po czym wcisnąłem numer Alana. Nie odebrał ode mnie ani razu. Skurwiel jebany. Pewnie był zajęty posuwaniem mojej kobiety. Mojej kobiety. Hah. Jak paradoksalnie to zabrzmiało. Ona nigdy nie była moja. Najpierw sprzedała się temu idiocie Michałowi, czy jak mu tam, potem byłem ja, a kiedy zdała sobie sprawę z tego, że jej nie chcę, poleciała w ramiona mojego najlepszego przyjaciela. Od nienawiści do miłości jak to się mówi, prawda? Nigdy bym nie uwierzył, że coś ich może połączyć, gdyby nie te zakichane zdjęcia. Na każdym są razem. Więc kiedy ja jak głupi chodziłem do jej domu i czekałem w ukryciu, aż ją zobaczę, jej tak naprawdę nigdzie nie było. Bawiła się w najlepsze z tą parszywą gnidą, daleko od miasta. Nawet nie wiem gdzie są. Jakbym wiedział, sprawy potoczyłyby się inaczej. Zabiłbym i ją i jego.
- Więc teraz mi wierzysz? - Zaśmiała się cynicznie. Swój wzrok przeniosłem na jej obrzydliwą twarz i wtedy zrozumiałem, że mimo tego jaką była wredną suką, nigdy, ale to nigdy mnie nie zdradziła. Zawsze była wobec mnie lojalna i potrafiła spełnić wszystkie moje oczekiwania.
- Powiedz mi, ale tak szczerze... Skąd o tym wiesz? - Wskazałem palcem na to co dostałem od niej kilkanaście minut temu. Posłała mi szatański uśmiech, mówiący, że to banalnie proste.
- Jeżeli jeden z Twoich pracowników znika na jakiś czas mówiąc, że ma coś ważnego do załatwienia, to trzeba to sprawdzić, prawda? Przy okazji natknęłam się również na nią, więc nie mogłam tego tak po prostu zostawić. Musiałeś poznać prawdę.
- Ile to trwa?
- Nie wiem - Wzruszyła ramionami - Te zdjęcia są sprzed dwóch dni. Jeżeli chcesz...
- Nic nie chce - Warknąłem. Wiedziałem już wystarczająco dużo i więcej nie potrzebowałem informacji - Daj mi znać, kiedy ten sukinsyn wróci. Mam z nim parę spraw do wyjaśnienia.. - Zacisnąłem dłoń w pięść i mocno przygryzłem wargę. To chyba spodobało się mojej towarzyszce, gdyż wskoczyła na mnie i zaczęła składać na mojej szyi pełno buziaków.
- Kocham kiedy jesteś taki stanowczy - Mruknęła usatysfakcjonowana. Spojrzałem na nią spode łba a następnie zrzuciłem jej ciało na podłogę. Jęknęła z bólu zdezorientowana. Myślała, że będziemy uprawiać seks? Dobre sobie - Co Ty...
- Zjeżdżaj stąd.
- Co? - Warknęła.
- Jeżeli chcesz poczuć kutasa w buzi to znajdź sobie innego frajera. Nie mam teraz na to ochoty, ale dzięki za propozycje. Kiedy zabraknie mi tego, wiem gdzie szukać Twojej cipki - Posłałem jej sztywny uśmiech na co tylko oblizała dolną część warg. Chciało mi się zwymiotować.
- Jesteś dupkiem Cooper, wiesz?
- Dzięki Tobie - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Wstałem z łóżka i chwyciłem ją za lewe ramię.
- Co robisz?!
- Skoro sama nie potrafisz stąd wyjść, to Ci pomogę - Podeszliśmy do drzwi i kiedy walczyła ze mną by tu zostać, jednym, zwinnym pchnięciem, wyrzuciłem ją na korytarz.
- Powiem o wszystkim Rickowi! Rozumiesz?
- Wyświadcz mi przysługę i zamknij wreszcie ten swój dziób. Mordę też masz tak rozjebaną jak cipkę? - Zaśmiałem się. Nie czułem bym przesadził. To ona doprowadziła mnie do tego stanu i odebrała szansę na prawdziwe szczęście, więc może być pewna, że do końca moich dni, będę zatruwać jej życie. Ostatni raz posłałem jej chytre spojrzenie i chwilę później zamknąłem drzwi z wielkim hukiem. Niech spierdala. Od teraz nie ma na tym świecie osoby, która coś dla mnie znaczy. Zamierzam zemścić się na każdym kto doprowadził mnie do tego stanu. Wziąłem do ręki jedno zdjęcie, które najbardziej przykuło moją uwagę i kiedy dokładnie je zlustrowałem, podarłem tą ilustracje na kawałki. Wśród tych osób jest Ross z Alanem...
***ROSS***
Czekałyśmy w holu głównym aż Alan łaskawie zechce się pojawić. Zajmowałam duży, biały fotel, w ręku trzymałam kubek gorącej herbaty i udawałam, że czytam moją ulubioną książkę, natomiast Sabina, nowa koleżanka, kręciła się przy wózku ze słodyczami. Chłopak miał być o dwudziestej a dochodziła dwudziesta pierwsza. Nie rozumiałam co można robić tyle czasu na dworze, tym bardziej, że było zimno. Ze mną spędził cztery godziny i teraz kolejnych prawie pięć go nie ma. Może faktycznie coś mu się stało? Co jeżeli ktoś go napadł a potem zabił? Nie żeby mnie to obchodziło, ale Frycz też jest człowiekiem. Może wrednym, aroganckim, zadufanym w sobie człowiekiem, ale wciąż człowiekiem, prawda? A ja mam dobre serce, nawet jeśli chodzi o tego palanta.
Wtedy nieoczekiwanie do pomieszczenia wszedł nie kto inny jak Frycz. Kaptur na głowie i ręce w kieszeni. Wyglądał jak potwór. W dodatku cały był mokry. Musiało na zewnątrz ostro padać. Przeszukał tłum ludzi a kiedy odnalazł mnie wzrokiem, posłał mi jeden z tych swoich uśmieszków mówiących, że ma plan. Przełknęłam głośno ślinę jakbym miała właśnie w tej chwili poważne kłopoty. ,, Ross, do cholery! Weź się w garść! '' Nim zdążyłam zrobić krok w jego stronę, kilkoro ludzi w czarnych kombinezonach ruszyło w jego kierunku. Wiedziałam kim byli. Z kieszeni wyciągnęli broń i od razu skierowali ją w stronę Alana. Otoczyli go. Brunet nie miał dokąd uciec. Lepiej, aby ten jego plan był skuteczny bo jak na razie to siedzi w niezłym gównie.
- Ręce do góry! - Krzyknął ten najbardziej umięśniony. Alan jak to Alan, nie wykonał jego polecenia. Mężczyzna powtórzył swój rozkaz, tyle, że i tym razem na marne. Zdenerwowany, ostrożnie zbliżył się do Frycza a kiedy chwycił jego przemoczoną bluzę, brunet z całych sił odepchnął od siebie tego wielkoluda zaciskając gwałtownie swoją rękę w pięść i celując nią w twarz faceta. Na szczęście siła ciosu nie była duża i wielkolud zdążył się obronić.
- Jeszcze raz mnie dotkniesz a wsadzę Ci ten rewolwer w Twoją przerośniętą dupę - Warknął Alan. No świetnie. Jego szanse na wyjście z tego bez szwanku, poszły się pieprzyć. Myślałam, że Alan jest choć trochę inteligentny, ale to zwykły kretyn. Przeniosłam swój wzrok na koniec pomieszczenia aż po same drzwi, czując jak ktoś wlepia we mnie swoje oczy. Zachłysnęłam się własnym powietrzem. Znowu on.
- Dylan... - Szepnęłam sama do siebie. Przełknęłam głośno ślinę a pot oblał całe moje ciało. Po kilku sekundach, dotarło do mnie, że osobą stojącą niedaleko mnie, nie jest wcale Cooper. To byłoby niemożliwe, aby on się tu znalazł. Zresztą chłopak miał inny kolor włosów. Potrząsnęłam głową, by odgonić od siebie myśli dotyczące szatyna i kiedy spojrzałam tam ponownie, chcąc podejść do mojego nowego znajomego, nikogo nie było. Przez pierwszą minutę wmawiałam sobie, że widziałam tam Sebastiana Gerana, którego poznałam dziś po południu, jednak ostatecznie doszłam do wniosku, że musiało mi się przewidzieć. Tracę swój rozum.
- Ręce do góry szczeniaku! - Wyrwał mnie z rozmyśleń czyjś zachrypnięty głos. Przeszukałam wzrokiem tłum ludzi, aby odnaleźć Alana i kiedy go znalazłam, widziałam jego minę, która nie wróżyła nic dobrego. Chłopak tracił panowanie nad sobą. Zacisnął dłoń w pięść po czym zamknął oczy. Wśród tych wszystkich ludzi był także Steven. Sprawiał wrażenie bardzo pewnego siebie, jakby to on był tu szefem i właśnie kazał kogoś za nieposłuszeństwo. Zignorowałam jego tanie uśmieszki w moją stronę i czym prędzej podbiegłam do Alana. W tej chwili nie myślałam racjonalnie. Kiedyś zapewne Frycz spuściłby mi niezły łomot, albo jeszcze gorzej gdybym tylko wtrąciła się w jego sprawy. Teraz miałam to gdzieś.
- Hej.. - Szepnęłam - Wszystko w porządku? - Zmierzył mnie od stóp wzwyż nie rozumiejąc o co mi chodzi. Milczał. Nie chciał ze mną rozmawiać. Nigdy jakoś specjalnie nie pałaliśmy do siebie wzajemną sympatią, więc nic dziwnego, że nie potrzebował moich słów wsparcia - Wszystko będzie dobrze. Mam plan. Nie daj się wyprowadzić z równowagi a ja wszystko załatwię.. - Sama nie wiedząc czemu, położyłam na jego ramieniu swoją prawą dłoń. Jeszcze większym zdziwieniem dla mnie było to, że wcale mnie od siebie nie odepchnął. Wręcz przeciwnie. Posłał mi lekki uśmiech podziękowania. Miałam wrażenie jakby mój gest był dla niego czymś wyjątkowym. Jakby nigdy przedtem nie zaznał czegoś takiego.
- Skończyliście tą scenę miłości? - Wtrącił Steven - To świetnie. Przejdźmy więc do chwili kiedy Cię aresztują - Po tych słowach sama chciałam przywalić temu gnojkowi w twarz, ale w ostatniej chwili Alan mnie powstrzymał. Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam tam coś dziwnego. Chłopak chrząknął znacząco a ja zdałam sobie sprawę, że jestem w niezręcznej sytuacji, więc odeszłam kilka kroków w bok. Frycz uniósł powoli obie ręce do góry a jego zapał do gniewu, wyparował.
- Ale o co właściwie chodzi? - Zdziwił się. Udawał zaniepokojonego i zmieszanego. Poczułam ulgę, kiedy nie był już tak bardzo zły.
- Dostaliśmy zgłoszenie, że posiadasz broń, którą zaatakowałeś syna właściciela. Masz na nią pozwolenie? - Wychrypiał rudowłosy koleś.
- Jaką broń? Zaatakowałem? Kiedy? - Zrobił niewinną buźkę.
- Nie udawaj głupiego - Zaśmiał się cynicznie Steven - Napadłeś na mnie dziś rano w windzie.
- Masz na to dowody? Tak, prawdę mówiąc napadłem na niego... - Nie zdążył dokończyć, gdyż rzucili się na niego i zaczęli przeszukiwać jego ubrania. Byłam zdziwiona, że Alan na to pozwala, ale wiedziałam, że ma plan. Chwilę później, jeden z policjantów, wyciągnął z jego kieszeni coś na kształt małego rewolweru i od razu pokazał to swoim kompanom. Posłałam zdziwioną minę Fryczowi. Dlaczego do cholery nie wyrzucił tego pistoletu!? Przecież go ostrzegłam!
- No proszę. A cóż to takiego? Jesteś aresztowany.....
- Za co? - Parsknął śmiechem - Za posiadanie zabawki? - Uniósł zdziwiony jedną brew do góry - Dzieci też każecie?
- O czym Ty do cholery mówisz....
- To atrapa... - Dokończył jego kolega. Uważnie przejrzeli skonfiskowaną broń a zakłopotanie na ich buziach było bezcenne - Skoro to zabawka, to dlaczego zaatakowałeś nią niewinnego człowieka? - Nastała chwila milczenia. Alan nie wiedział co powiedzieć a Steven był zadowolony z obrotu sytuacji. Szybko dałam znać Sabinie, że teraz my wchodzimy. Blondynka kiwnęła głową i czekała aż zacznę.
- Ponieważ ten pan - Wskazałam palcem na Stevena - Mnie zaatakował. Rzucił się na mnie i zaczął mnie obmacywać... - Skłamałam. Muszę przyznać, że byłam dobrą aktorką. Aby efekt był jeszcze lepszy, do oczu naleciały mi łzy - Nie chciałam tego, ale on był silniejszy.. Krzyczałam i broniłam się jak mogłam, kiedy zjawił się Alan. Zobaczył to wszystko i nie wytrzymał... Pomógł mi.. Mój mały braciszek ma urodziny, więc kupiliśmy mu zabawkowy pistolet, ale kiedy zostałam zaatakowana, Alan go wykorzystał, aby mnie uratować... - Podwinęłam rękaw bluzy i pokazałam policjantom siniaki na moich ramionach. Były średniej wielkości. Nawet sama nie wiem, kiedy je sobie nabiłam, ale najważniejsze, że się przydały. To przez tą chorobę moje ciało jest tak kruche. Poczułam wzrok mojego towarzysza na swoim ramieniu. Intensywnie wpatrywał się w moje siniaki jakby chciał poznać odpowiedź na to skąd się wzięły.
- Co Ty pierdolisz?! - Warknął Steven - Ona kłamie! Ta dziwka kłamie! - Rzucił się w moją stronę i prawie by mnie dopadł, gdyby nie Sabina, która na czas wybiegła mu na drogę. Blondyn cofnął się krok do tyłu i zmrużył powieki.
- To wszystko prawda! - Wykrzyczała - Ten bydlak też próbował mnie kiedyś zgwałcić! - Głos jej drżał jakby nie była pewna czy dobrze robi. Bałam się, że zmieni zdanie i stanie po jego stronie. Wtedy nie mielibyśmy szans na wygraną.
- Sabina, co Ty do chuja wyprawiasz?! - Musnął dłonią jej policzek i schował kosmyk jej włosów za lewe ucho - Dobrze wiesz, że to nieprawda. Powiedz jak było rzeczywiście. Zrób to dla mnie - Posłał jej czarujący uśmiech i mruknął coś do ucha.
- Sabina... - Jęknęłam przestraszona.
- Byliśmy parą, ale zerwałam z nim, kiedy dowiedziałam się, że zależy mu tylko na jednym. Proszę, zróbcie coś... - Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech słysząc wypowiedziane słowa prosto z jej ust. Również się rozpłakała i była przy tym strasznie przekonywująca. Spojrzałam na Alana, który był zdziwiony tym cyrkiem. Nie wiedział co się dzieje, więc teraz to ja jemu posłałam lekki uśmiech. Przewrócił zabawnie oczyma.
- To wszystko Twoja wina! - Blondyn wskazał na mnie palcem i chwycił moje ramię. Pisnęłam z bólu zachłystając się własnym powietrzem. Zrobiło mi się jakoś tak słabo - Powiedz prawdę! Powiedz, że ten Twój pojebany chłopak miał prawdziwy pistolet i mi nim groził!
- Puść ją! - Wtrącił Frycz. Był wściekły. W dupie miał gliniarzy i ludzi, którzy przypatrywali się temu spektaklowi. W dupie miał, że może mieć kłopoty jeśli zaatakuje syna właściciela tego hotelu. Miał wszystko w dupie. Podszedł do Stevena i z całej siły uderzył go z pięści w twarz - Nigdy więcej nie waż się jej tknąć, rozumiesz!? - Steven przejechał dłonią po swoich ustach i spluną krwią na podłogę .
- Pozwę Cię za to -Warknął rozbawiony.
- Najpierw Cię zabije...
- Uspokójcie się! - Wtrącił jeden z policjantów - Ty! - Wskazał na Stevena - Idziesz z nami. Mamy sobie wiele spraw do wyjaśnienia.
- Co? Chyba żartujesz. Mój ojciec zrobi z Ciebie miazgę...
- Steven.. - Usłyszeliśmy czyjś gruby, donośny głos. Wystraszyłam się jego tonem. Przed nami wyłonił się ojciec chłopaka w białym garniturze. Nie był zbytnio szczęśliwy - Zawiodłeś mnie. Uwierzyłem Ci a Ty tak mnie okłamałeś.
- Ojcze... Oni kłamią!
- Cicho! Możecie go zabrać. Wkrótce do Was dołączę - Chwilę później w pomieszczeniu zostaliśmy sami. Ja, Alan i ojciec Stevena. Sabina wyszła, kiedy wyprowadzono blondyna. Jej zadanie zostało wykonane, więc dłużej nie była nam potrzebna a resztą zajęła się ochrona. Rozkazała wszystkim tym ludziom, udać się do swoich pokoi - Tak bardzo mi przykro za to całe zamieszanie...
- Nic sie nie stało. Ważne, że wszystko jest już wyjaśnione - Uśmiechnęłam się lekko, po czym chwyciłam Alana za dłoń i ruszyliśmy do przodu. Ja ruszyłam bo oczywiście Frycz musiał dodać swoje dwa grosze.
- Możesz być pewien, że zapłacicie za to jak mnie tu potraktowano - Warknął - Chyba, że jakoś mnie przekonasz do zmiany zdania - Zaśmiał się.
- Alan! - Krzyknęłam rozgniewana.
- Jest coś co mógłbym dla Was zrobić? Naprawdę mi przykro.
- Zobaczę. Może z czasem mi się przydasz - Machnął ręką w jego kierunku i chwilę później, zniknęliśmy się w jednej z wind. Między mną a Alanem panowała cisza przez całą drogę do pokoju. Byłam zła na niego, że jest takim dupkiem! Nawet nie podziękował mi za uratowanie sobie dupy. Powiedział tylko ,, dobranoc '' i zniknął za drzwiami swojej sypialni. Dupek. Ja również weszłam do siebie i pierwsze co zrobiłam to udałam się pod prysznic. Dwadzieścia minut później leżałam na łóżku i zastanawiałam się ile tak naprawdę zostało mi dni nim umrę. Wprawdzie powiedzieli mi, że równy rok, ale skąd oni mogą o tym wiedzieć? Fazę z włosami miałam przerabiać w obrębie dwóch miesięcy, ewentualnie trzech w zależności jak silny mam organizm a minął zaledwie tydzień. To niepokojące. Oznaki choroby zaczęły występować znacznie szybciej niż przypuszczał Filip. Niezależnie od tego gdzie się znajdowałam, było mi strasznie zimno. Czy to mój pokój, hol główny czy dwór, musiałam mieć na sobie bluzę. Pewnie uważacie, że to nic dziwnego, jednak w moim przypadku nigdy tak nie było. Jestem raczej ciepłą dziewczyną i pasują do mnie letnie ubrania. Byłam tym wszystkim strasznie zaniepokojona. Nie wiedziałam co robić. Zignorować swój niepokój czy może o wszystkim powiedzieć lekarzowi? Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Nie chciało mi się z nikim rozmawiać ze względu na fatalne samopoczucie, ale ostatecznie postanowiłam odebrać. Podniosłam swoje obolałe ciało do pozycji siedzącej i niechętnie sięgnęłam po telefon. Numer prywatny.
- Tak? - Zaczęłam tą jakże nieformalną rozmowę. Po drugiej stronie słuchawki panowała cisza. Jedynie udało mi się usłyszeć ciche szepty, których nie potrafiłam rozpoznać. Ktoś w tle musiał rozmawiać z drugą osobą - Hallo? - Kontynuowałam. Dalej nic. Zdenerwowana nacisnęłam czerwony przycisk a kiedy telefon zaczął dzwonić ponownie, wyłączyłam go. Jakieś gówniarze robią sobie żarty. Nie miałam na to ochoty. Nie potrafiłam zasnąć, mimo później pory, więc włączyłam laptopa i zalogowałam się na stronę społecznościową, czyli tak zwanego facebooka. Kilkoro moich znajomych było dostępnych, wśród nich Michał. Nacisnęłam na jego okienko i kiedy chciałam napisać krótką wiadomość, coś nakazało mi przestać. Co niby mam mu napisać? Że mój stan pogarsza się z dnia na dzień? Nie, dzięki. Nie chcę, aby się martwił.
,, Hej, jak tam? :* '' - Michał.
Przeklęłam w duchu. Kiedy ja miotałam się z myślami czy do niego napisać, on zrobił to za mnie.
,, Ross, wszystko w porządku? '' - Michał.
Pięć minut później kolejna wiadomość a ja wciąż nie odpisałam na tą pierwszą. Coś się ze mną działo a ja nie potrafiłam określić co takiego. Odruchowo zamknęłam klapkę mojego kochaniutkiego laptopa i odłożyłam go na miejsce. Niech to wszystko trafi szlag. Zachciało mi się pić. Nie miałam przy sobie żadnego soku, więc zmuszona zostałam, aby udać się do jakiegoś sklepiku, który jest czynny dwadzieścia cztery godziny na dobę. Szybko nałożyłam na siebie ciepłą kurtkę, czarne trampki i wyszłam na zewnątrz. Idąc wolnym krokiem wzdłuż korytarza, usłyszałam cichą melodię dochodzącą z pokoju Frycza. Zaskoczona, podeszłam bliżej, aby lepiej słyszeć. Byłam pewna, że za drzwiami ktoś gra na jakimś instrumencie a dokładniej to na gitarze. Nie mogłam tego zignorować. Melodia była zbyt piękna. Szybkim pchnięciem otworzyłam drewniane drzwi i niezauważalnie wślizgnęłam się do środka pomieszczenia. To co tam ujrzałam, przerosło moje wszelkie oczekiwania.
Alan był tak zajęty graniem na gitarze, że nawet nie dostrzegł mojej obecności w swoim pobliżu. Kiedy myślałam, że lepiej być nie może, on wyprowadził mnie z tego błędu. Zaczął coś sobie nucić pod nosem.
,, Za każdym razem kiedy myślę, jestem bliżej serca
Co oznacza kim naprawdę jestem
Myślę, że wreszcie znalazłem lepsze miejsce na początek
Ale nikt wydaje się tego nie rozumieć
Potrzebuję spróbować dostać się tam gdzie ty
Czy może jesteś niedaleko?
Jesteś głosem, który słyszę w mojej głowie
Powód dla którego śpiewam
Potrzebuję cię znaleźć
Muszę cię znaleźć
Jesteś brakującym kawałkiem, którego potrzebuję
Piosenką we mnie
Potrzebuję cię znaleźć
Muszę cię znaleźć
O tak, Tak ''....
- Co tu robisz?! - Wrzasnął rozgniewany, kiedy tylko mnie zobaczył. Wszystko przez to, że byłam tak zaskoczona tym co robi, że cofając się do tyłu, wpadłam na małą szafkę i zbiłam porcelanowego słonika. Siedział na łóżku a w dłoni trzymał czarną gitarę.
- Ja... - Zaczęłam się jąkać. Nie wiedziałam co powiedzieć. Chciałam pochwalić jego talent, niestety nie dane mi było tego zrobić. Chłopak wstał na nogi i chwilę później, staliśmy twarzą w twarz. Dopiero teraz zorientowałam się, że jest bez koszulki. Miał na sobie szare dresy i czarne skarpetki. Nigdy przedtem nie widziałam go w krótkiej koszulce a co dopiero bez koszulki. Zawsze miał na sobie jakąś bluzę. Dostrzegłam na jego prawym ramieniu tatuaż, który prowadzony był wzdłuż jego całej ręki. Ponadto lewa strona jego kończyn też była cała wytatuowana. Nawet na klatce piersiowej, widniał jakiś Chiński znak. Nigdy przedtem nie podobały mi się osoby mające jakikolwiek tatuaż, ale on? Wyglądał kurewsko dobrze - Alan.... - Szepnęłam wciąż nie mogąc w to uwierzyć. Nie dał mi szansy na powiedzenie czegokolwiek więcej, gdyż wyrzucił mnie ze swojej sypialni. Zdenerwował się moją wizytą, dlatego trzasnął drzwiami na dobranoc. Zaskoczona zmianą jego humoru, wróciłam do siebie zapominając o soku. Właściwie to odechciało mi się pić. Jedyne o czym pragnęłam, to położyć się spać i śnić o czymś dobrym z nadzieją na lepsze jutro. Niestety dzisiejszy dzień do najlepszych nie należał. Kiedy zamknęłam oczy, od razu pojawił się obraz Dylana. Dlaczego po mimo czasu, który zleciał, ja wciąż o nim myślę a nawet czasem śnię? Przecież to chore. On mnie nie kocha, nienawidzi mnie i bawił się mną a ja od ponad dwóch tygodni mam jego twarz przed oczyma. Wiem, że jestem idiotką, ale chciałabym przed swoją śmiercią usłyszeć po raz ostatni dlaczego on się mną bawił. Chciałabym spojrzeć mu w oczy i zadać to pytanie sam na sam. Tylko czy będę miała odwagę się z nim spotkać kiedy wrócę do miasta?
Następnego dnia wstałam dosyć późno. Czułam się koszmarnie. W nocy miałam napady duszności i stan podgorączkowy. Musiałam byś strasznie zmęczona jeżeli nawet nie słyszałam budzika telefonu. Wzięłam komórkę do ręki i dopiero chwilę później zorientowałam się, że przecież telefon jest wyłączony. Co za idiotka ze mnie! Czym prędzej go włączyłam i odczytałam godzinę. Świetnie. Dochodziła dwunasta a ja wciąż w łóżku. Cholera! W dodatku miałam kilka nieodebranych połączeń od Michała i Pauli. Trudno. Później do nich oddzwonię. Najpierw muszę iść na poszukiwania Anastazji Grean. Wyciągnęłam z szafy czyste ubrania a kiedy byłam w miarę gotowa, jak strzała wyleciałam na korytarz i udałam się do pokoju Alana.
- Przepraszam, ale zaspa.....! - Nie dokończyłam ponieważ w jego sypialni nikogo nie było. Do bólu głowy, dołączyły zawroty - Alan? - Nie dałam za wygraną. Niech choroba wie, że jestem silną kobietą i dam radę z nią walczyć. Zdziwiłam się nieco brakiem jego osoby. Tym bardziej, że skoro go nie było, to dlaczego zostawił otwarte drzwi? Przecież ktoś mógł się do niego wkraść. Zdziwiona, zeszłam do recepcji, aby rozejrzeć się za brunetem. Idąc wzdłuż korytarza, byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam mężczyzny stojącego tuż przy ścianie. Upadłam na podłogę a moja pupa zderzyła się z twardą podłogą. Upadek spowodował, że mój stan pogorszył się jeszcze bardziej. Chciało mi się wymiotować.
- Cholera... - Mruknęłam pod nosem. Nawet nie zwróciłam uwagi na to z kim mam do czynienia. Śpieszyło mi się. Alan nie mógł mnie zostawić i sam pójść w teren. Nie zrobiłby tego. Działamy razem, czyż nie?
- Ross? - Usłyszałam tą cudowną barwę głosu. Przełknęłam głośno ślinę, aby chwilę później podnieść wzrok przed siebie i zlustrowałam całe ciało mojego nowego kolegi. Kiedy mój wzrok zawisł na jego głowie, poprzez światło lamp wiszących na suficie, dostrzegłam Dylana Coopera. Z każdą chwilą obraz stawał się zamazany - Wszystko w porządku? - Kontynuował zaniepokojony.
- Ta.. Tak.. - Szepnęłam. Podał mi dłoń i pomógł wstać. Lekko się uśmiechnęłam na znak, że bardzo mu dziękuję. Kiwnęłam głową, wyminęłam jego barczyste ramiona i ruszyłam przed siebie. Musiałam jak najszybciej odnaleźć Alana i pomóc mu w poszukiwaniach. Nim jednak uszłam kilka kroków, straciłam równowagę i gdyby nie czyjaś pomoc, zleciałabym z powrotem na podłogę.
- Chyba jednak mnie okłamałaś - Mruknął. Mogłabym słuchać jego głosu na okrągło. Był wyśmienitym lekarstwem dla moich uszu - Gdzie mieszkasz? Zaprowadzę Cię do pokoju...
- Dylan...? - Szepnęłam widząc ponownie jego twarz - To naprawdę Ty...? - Ucieszyłam się. Przejechałam dłonią po jego policzku, czując jak się rumieni. Ostro zaciągnęłam się zapachem jego perfum. Były inne niż zwykle. Nie czułam mięty ani tytoniu.
- To ja.. Sebastian - Uśmiechnął się lekko - To powiesz gdzie mieszkasz? - Kiwnęłam posłusznie głową i z jego pomocą, dotarliśmy do mojej sypialni - Powinnaś się położyć. Jesteś cała blada.
- Tak, lepiej jak wrócę do łóżka... - Otwierając drzwi, zamknęłam oczy i zsunęłam się na podłogę. Wszystko inne przestało istnieć a ja znalazłam się w czarnej pustce, która prowadziła donikąd....
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
,, I am not a fucker ''
Rozdział 1.
Siedziałam na łóżku a na kolanach trzymałam swojego najukochańszego laptopa. Duży, czarno-biały, najnowszej marki. Tata kupił mi go, kiedy zamieszkaliśmy w nowym mieszkaniu. Okazał się dosyć przydatny. Zawsze kiedy wracaliśmy z misji, bo tak nazwałam nasze wypady w poszukiwaniu matki Dylana, od razu kontaktowałam się z Paulą, bądź z Michałem. Czasem zdarzało się, że z obojgiem naraz. W tym momencie toczyłam rozmowę tylko z przyjaciółką. Michał miał spotkanie o pracę na wakacje. Dziwne, bo przecież ma bogatych rodziców i nigdy nie musiał pracować. Zbadam tą sprawę kiedy wrócę do miasta, gdyż przez telefon jakoś nie ciągnęło go do tej rozmowy i zawsze próbował się wymigać. Wracając do tej kobiety, to muszę przyznać, że jest bardzo ładna. Przynajmniej na zdjęciu.
- I jak? - Spytała blondynka po drugiej stronie ekranu. Wyglądała śmiesznie. Wciąż była w piżamie chociaż dziś piątek, więc raczej powinna być w szkole - Znaleźliście coś?
- Niestety nie.. - Pokręciłam głową. Nikt z pytających nie miał najmniejszego pojęcia, kim jest Anastazja Grean.
- Może Filip się pomylił? Przecież nie wiecie w stu procentach, czy ona dalej tam mieszka...
- Paula - Wtrąciłam z lekkim uśmiechem na twarzy - Wbrew pozorom, Manchester to nie jest takie małe miasto. Uwierz mi. Można się tu zgubić.
- Co jeżeli jej nie znajdziecie?
- Nie wiem - Wzruszyłam obojętnie ramionami - Wrócę do Was i spędzę z Wami ostatnie dni...
- Nawet nie dokańczaj! - Warknęła zdenerwowana - A Dylan? Co wtedy?
- Naprawdę nie wiem. Nie mam pojęcia..
- Ty go dalej kochasz, prawda? - Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam w sumie co mam jej powiedzieć - Dobra, zmieńmy lepiej temat. Jak Ci się mieszka z tym kretynem?
- No wiesz... - Mruknęłam pocierając ręką swoją brodę - Jest nieznośny, ale jeszcze nie wyprowadził mnie z równowagi.
- A próbuje? - Zaśmiała się.
- Każdego dnia - Parsknęłam na co ponownie wybuchnęła śmiechem. Kochałam ją i strasznie tęskniłam. Widzieć ją na skypie, to nie to samo co móc ją objąć, czy ucałować - Lepiej Ty opowiadaj jak się czujesz? Wybraliście już imię dla dziecka?
- Ross, kochanie, jeszcze nie znamy płci naszego skarba. Ma dopiero miesiąc i kilka dni. Takie rzeczy to po czwartym miesiącu.
- Ale musieliście już nad czymś myśleć! - Oburzyłam się - Podoba mi się ,, Lena ''. A Tobie?
- Zbieraj się. Idziemy - Brunet wparował do mojej sypialni jakby nigdy nic. Tym razem nawet nie rozejrzał się po pomieszczeniu. Przedtem robił to za każdym razem, kiedy tu był, tyle, że teraz śmiało można stwierdzić iż zna ten pokój od ściany do ściany. Dziwne, bo ja u niego byłam może raz.
- Za chwilę. Tylko skończę rozmawiać.. - Wskazałam palcem na laptopa, który teraz leżał obok mnie, aby zobaczył, że przerwał mi rozmowę z Pauliną, jednak nic sobie z tego nie zrobił. W dodatku podszedł do mnie bliżej i zatrzasnął mi klapkę przed nosem. Następnie spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi oczyma i chytrze się uśmiechnął.
- Już skończyłaś. Za minutę na korytarzu - Nie dając mi szansy na odpowiedź, wyszedł. Byłam zaskoczona jego reakcją, ale wcale nie zdziwiło mnie jego podłe zachowanie. Wiedziałam, że stać go na gorsze rzeczy, więc tylko zwlekłam się z łóżka i wykonałam szybki telefon do przyjaciółki, w którym poinformowałam ją, że zadzwonię później. Wyczułam, że jest zdenerwowana. Nienawidziła tego dupka tak samo bardzo jak ja. Może nawet bardziej?
Podeszłam do dużej szafy i wyciągnęłam z niej szarą bluzę oraz szare dresy. Jesteśmy tu od czterech dni, a ja ani razu nie byłam na zakupach. Trzeba to zmienić. Trzeba mnie zmienić. Usłyszałam puknięcie w drzwi.
- Ktoś tu się denerwuje - Mruknęłam pod nosem. Zabrałam jeszcze tylko małą torebkę ze stołu i wreszcie byłam gotowa. Alan stał na korytarzu oparty o wózek ze słodyczami. Filip postarał się jeśli chodzi o hotel. Był pięciogwiazdkowy. Najlepszy w mieście. Codziennie rano przynoszono mi śniadanie, punktualnie o godzinie ósmej. Obiad odbywał się w eleganckiej restauracji, chociaż nie zawsze na niego zdążyliśmy, więc czasem również jedliśmy w swoich pokojach. Samo to miejsce było strasznie piękne i duże. Niestety nie miałam okazji skorzystać z wielu atrakcji jakie tu oferowali.
- Nareszcie - Warknął. Przewróciłam oczyma na znak, że mnie wkurza, ale on tylko lekko się uśmiechnął.
- Idziemy? - Spytałam. Kiwnął głową i ruszył do przodu. Dżentelmen. Współczuję jego przyszłej dziewczynie, o ile tylko ją znajdzie. Weszliśmy do jednej z wind, która akurat podjechała i czekaliśmy aż spokojnie zabierze nas na sam dół. W pomieszczeniu nie byliśmy sami. Był z nami chłopak mający około dwudziestu lat, może dwudziestu dwóch. Nie znałam go, ale często widziałam w tym hotelu. Podobno to syn właściciela. Po jego ubiorze można przyznać temu rację. Miał na sobie oryginalne dresy, buty z najnowszej kolekcji, idealnie pasującą do niego białą bluzkę, która świetnie opinała jego ramiona i srebrny łańcuszek z logo hotelu.
- Hej - Przywitał się. Oczywiście swoje słowa kierował tylko w moją stronę. Zdawało się, że na Alana nawet nie zwrócił najmniejszej uwagi. Spojrzałam na niego zaskoczona jego pozytywnym nastrojem bo przecież się nie znamy i posłałam mu zdziwioną minę - Jestem Steven a Ty? - Uśmiechnął się czule. Jego zęby były idealnie białe i równe. Sam uśmiech też niczego sobie. Przystojny koleś. Urodny mu nie żałowali.
- Rozalie, ale dla przyjaciół Ross - Odwzajemniłam jego grzecznościowy gest i również się uśmiechnęłam.
- Ładne imię - Skomentował - Jak właścicielka - Poczułam że na moje policzki wkrada się ogromny rumieniec. Jeżeli w tym hotelu ludzie odnoszą się do siebie tak czule i radośnie, to jestem w niebie.
- Jestem Alan - Nagle naszą rozmowę przerwał mój gburowaty towarzysz. Spojrzałam na niego spode łba i kiedy chciałam coś wtrącić, uciszył mnie gestem dłoni. Modliłam się w duchu, aby nie palnął jakieś głupoty, ale najwidoczniej Bóg mnie nie lubi i jest po jego stronie - A Ty właśnie zarywasz do mojej dziewczyny - Warknął. Zakrztusiłam się własnym powietrzem. Co on powiedział? Opadła mi szczena. W normalnych okolicznościach wyzwałabym go od debila, ale w tej sytuacji zabrakło mi słów. Dosłownie. Byłam ciekawa co jeszcze ten idiota wymyśli. Chwycił moją dłoń, po czym przysunął mnie do siebie.
- Dziewczyny? - Powtórzył blondyn o niebieskich oczach. Oczywiście moją słabością byli szatyni z ciemną karnacją jak... Dylan. Dlaczego ja ciągle o nim myślę?! Steven spojrzał na Alana a następnie zerknął w moją stronę. Dostrzegł moje zdziwienie bo najwidoczniej w świecie zaczął się śmiać. To jeszcze bardziej wyprowadziło Alana z równowagi.
- Coś Cię bawi kretynie?
- Twoja głupota - Odparł.
- Steven.. - Wtrąciłam szybko. Chciałam załagodzić sprawę i wytłumaczyć mu, aby uważał na to co mówi bo Frycz nie jest normalnym człowiekiem, jednak było już za późno. Alan posłał mi głupi uśmieszek i odsunął się ode mnie kilka kroków, aby odetchnąć i w najmniej oczekiwanym momencie, rzucił się na blondyna. Jednym chwytem wywrócił go na ziemię i chcąc pokazać kto ma władzę, wyciągnął z tyłu spodni mały rewolwer. Wpadłam w panikę. Skąd do chuja ten imbecyl miał przy sobie broń? - Alan! - Wrzasnęłam - Co Ty wyprawiasz?! Odłóż to!
- Jesteś pojebany! - Warknął tamten. Frycz tylko puścił oczko w moją stronę i szybko powrócił do szarpania moim nowym znajomym.
- Uważałbym na słowa, które kieruje do kogoś kto przykłada mi lufę do głowy.
- Zapłacisz mi za to.... - Wychrypiał. Ledwo mówił przez siłę zaciśnięcia Alana dłoni na jego szyi.
- Oczywiście jeśli wciąż będziesz żył, czyż nie?
- Alan, proszę... - Zerknął na mnie i przeklął pod nosem. Winda była coraz niżej.
- Słuchaj skurwielu. Lepiej abyś trzymał się od niej z dala, rozumiemy się? Jeżeli kiedykolwiek spotkam Cię w jej pobliżu, nabój z tego małego gówienka, trafi Ci prosto w łeb, czaisz? Pytam czy czaisz! - Steven kiwnął głową na znak, że rozumie i w tym samym momencie winda stanęła. Alan jakby nigdy nic schował pistolet do kieszeni, chwycił mnie za dłoń i wyprowadził na zewnątrz. Kiedy byliśmy dostatecznie daleko, pchnęłam nim o jakiś samochód i stanęłam na chodniku, nie mając zamiaru nigdzie więcej iść. Dostrzegłam jak zaciska dłoń w pięść i próbuje zapanować nad wybuchem gniewu. Dobre sobie. Niech wybucha. Oboje wybuchniemy.
- Odbiło Ci?! Co Ty wyprawiasz?! - Syknęłam - Mogłeś go zabić! Każdemu kto Cię wkurzy, przykładasz lufę do głowy debilu?! I jakim cudem udało Ci się w ogóle przewieźć broń?!
- Im mniej wiesz tym lepiej dla Ciebie.
- Jesteś chory! Masz coś z głową... - Odeszłam kilka kroków do tyłu, gdzie następnie zakryłam usta dłonią - Mi też będziesz grozić? Też będziesz chciał mnie zastrzelić?!
- Już dawno chciałem to zrobić, ale mi zabronili - Wykrzywił twarz w grymas niezadowolenia - Zbieraj dupe. Idziemy.
- Nigdzie z Tobą nie idę. Mam Cię dość! Mam dość tego pieprzonego wyjazdu!- Wykrzyczałam a następnie obróciłam się tyłem w jego stronę i ruszyłam z powrotem do hotelu.
- Posłuchaj kretynko.. - Zbliżył się do mnie wystarczająco blisko i na czas, chwycił moje ramiona powodując, że musiałam stanąć. Pisnęłam z bólu, tyle, że on nawet się tym nie przejął. Nigdy nie przejmuje się bólem innej osoby. Ponadto ten dupek, sam lubi sprawiać komuś ból. Naprawdę współczuję jego przyszłej dziewczynie i dzieciom - Mam Cię w dupie, rozumiesz? Gówno obchodzi mnie Twoje życie i to co wyprawiasz...
- Więc dlaczego powiedziałeś tamtemu kolesiowi, że jesteśmy parą?! - Wtrąciłam.
- Dylan przed tym pierdolonym wyjazdem jasno dał mi do zrozumienia, że bez Ciebie nie chce żyć! - Chciał mówić dalej, miał coś więcej do powiedzenia, jednak ja nie chciałam tego słuchać. Gówno prawda. Wiedziałam jak było w rzeczywistości i jasno dostałam do zrozumienia, że jestem zerem dla Coopera.
- Nie było Cię, kiedy mówił, że jestem nikim! Ni słyszałeś tego!
- Mimo wszystko szanuję jego słowa, więc do kurwy nędzy nie oglądaj się za każdym ładnym kolesiem mającym chuja, tylko skup się na zadaniu!
- Ty świnio! - Zamachnęłam się dłonią do tyłu i wymierzyłam porządny cios w jego twarz. Niestety był szybszy i obronił się przed moim atakiem, wykręcając moją kończynę o sto osiemdziesiąt stopni. Spowodował tym, iż musiałam uklęknąć, gdyż w innym wypadku ręka byłaby złamana.
- Nigdy więcej tego nie rób bo złamię Ci tą rękę - Warknął i dopiero wtedy mnie puścił. Stanęłam w milczeniu, bojąc się, że może za chwile zrobić mi krzywdę, jednak ku mojemu zdziwieniu, posłał mi tylko smętną minę i ruszył do przodu. Szedł wolno, bym mogła go dogonić. Po szybkim namyśleniu się co dalej ze sobą począć, przeklęłam pod nosem i dołączyłam do bruneta. W głowie ciągle miałam jego słowa, że Dylan nie chce beze mnie żyć. Jaki to ma sens? Wyjaśni mi to ktoś? Bo kurwa nie rozumiem. Po co mówić komuś, że się go nie kocha, skoro później jest inaczej? No bez sensu!
- Dokąd dziś idziemy? - Zmieniłam temat.
- Będziemy szukać od końca miasta.
- Okej.. - Mruknęłam, ale nie powiedziałam nic więcej. Nie chciałam zaczynać kłótni, chociaż uważałam, że lepiej zacząć poszukiwania od innej strony bo tak będzie łatwiej, jednak odpuściłam sobie. Skoro on dowodzi, to niech sobie dowodzi. Zobaczymy jak daleko nas doprowadzi.
Dotarliśmy do najbliższego postoju taksówek i facet mający z około pięćdziesięciu lat, zawiózł nas w wyznaczone miejsce. Stary piernik, który co chwilę na mnie zerkał. Czułam się nieswobodnie. Frycza oczywiście to bawiło i ani myślał jakoś zareagować. Dziwne, bo niedawno w windzie, rzucił się na chłopaka, który ze mną flirtował.
- Jak coś ślicznotko, to wiesz gdzie mnie znaleźć - Puścił mi oczko i posłał obleśny uśmiech. Wysiadłam na zewnątrz i kiedy Alan zapłacił temu zboczeńcowi pieniądze, pokazałam mu środkowy palec a następnie trzasnęłam drzwiami tak mocno, jak tylko umiałam. Koleś był zdziwiony moją reakcją i chyba się zdenerwował. Wysiadł na zewnątrz i stanął ze mną twarzą w twarz. Zabrało mi dech w piersi. Wystraszyłam się, kiedy chwycił moją dłoń. i musnął palcami mój delikatny policzek.
- Co Ty..... - Syknęłam, jednak nie dokończyłam bo twarda ręka Alana, wylądowała na jego twarzy. Tamten cofnął się kilka kroków w tył i otarł krew spływającą z jego nosa. Spojrzałam na Frycza, który unikał mojego wzroku. Czy mi się zdaje, czy właśnie Alan uratował mnie przed tym psychopatą i pedofilem?
- Masz minutę, aby stąd zniknąć.
- Ty smarkaczu - Najwidoczniej taksówkarz nie wiedział z kim zadziera, bo kiedy Alan wyjął z kieszeni spodni swój pistolet, tamten zaczął dławić się własnym powietrzem. Nie powiedziawszy więcej nic, posłusznie wsiadł do swojego samochodu i odjechał. Staliśmy przez chwilę w milczeniu zapominając o swoim zadaniu. Miałam wrażenie jakby chłopak stojący przede mną nie był zwykłym chamem i próbował ukryć swoją złą stronę. Ta sytuacja zdawała się trwać wiecznie, aż wreszcie doszłam do wniosku, że muszę mu podziękować. Z trudem udało mi się wymówić to jedno słowo.
- Dziękuję.. - Szepnęłam stając twarzą w twarz z brunetem. Poczułam się strasznie dziwnie. Pierwszy raz zobaczyłam w nim coś dobrego. Obronił mnie, chociaż nie musiał tego robić. Pomógł mi, kiedy go o to nie prosiłam. Zdawało mi się, że przez ułamek sekundy zdążyłam dostrzec jak otwiera buzie i zamierza coś powiedzieć, jednak ostatecznie zamilkł, wyminął mnie i ruszył przed siebie.
- Rusz się. Zadanie mamy do wykonania - To były ostatnie słowa jakie wypowiedział kilka minut później. W dodatku zrobił to obojętnym tonem głosu.
Dochodziła szesnasta a po Anastazji ani śladu. Szukamy od dobrych pięciu godzin. Rzadko wymienialiśmy się spostrzeżeniami czy rozmawialiśmy. To było tak, że ja szukałam w jednym zakamarku a on w drugim. To był jego pomysł by się rozdzielić a ja to uszanowałam. Prawdę mówiąc to było o wiele lepiej jak nie działaliśmy razem. Mniej kłótni z naszej strony i wyzwisk. Mogłam również na spokojnie przemyśleć kilka ważnych spraw. Zgłodniałam a także nie czułam już nóg. Takie chodzenie od domu do domu jest strasznie męczące. Przeszukaliśmy już południową część Manchatanu i połowę północnej. Nikt, kompletnie nikt nie udzielił nam żadnych informacji. Nie wiedziałam czy kłamali, że jej nie znają, czy po prostu naprawdę nie wiedzieli kim jest. Byłam wykończona. Pragnęłam wrócić do hotelu, zjeść coś ciepłego i położyć się spać.
- Wracamy? - Spytałam ledwo słyszalnym głosem. Wiatr wiał coraz bardziej a bluza, którą miałam na sobie, do ciepłych nie należała. Trzęsłam się jak galareta. Mimo iż był początek czerwca, Anglia w tym roku była chłodnym państwem. Na szczęście byliśmy niedaleko hotelu.
- Możesz wrócić. Ja się jeszcze trochę pokręcę po okolicy.
- Przecież już tu szukaliśmy - Zdziwiłam się - Nikt jej nie zna.
- Ty tak uważasz. Ja mam wrażenie, że ktoś nas okłamał...
- Alan... - Wtrąciłam. Zrobiło mi się go żal. Podeszłam do niego i kiedy chciałam dotknąć dłonią jego ramię, coś mnie powstrzymało. Może to jego zimny wzrok a może moja niechęć do jego osoby? Nie wiem. Nie byłam pewna. Po prostu cofnęłam się z powrotem kilka kroków wstecz a wzrok wbiłam w ziemię.
- Dobra, nie ważne. Idź do hotelu. Później do Ciebie dołączę - Machnął ręką i odszedł. Widziałam jak szybkim krokiem odchodzi z miejsca, gdzie przed chwilą stał. Ręce schował w kieszeń a bluzę zapiął na ostatni guzik. Też musiał poczuć ten panujący chłód. To on z nas dwóch, bardziej przejmował się odnalezieniem tej kobiety. Prawdę mówiąc, ja traciłam nadzieję na cokolwiek. Wzruszyłam smętnie ramionami i zgodnie z jego rozkazem, wróciłam do naszego lokum. Wchodząc do głównego holu, wpadłam na jakąś kobietę. Z początku nie widziałam nikogo więcej, ale po chwili zorientowałam się, że nie jest sama.
- Przepraszam... Tak mi przykro... - Jęknęłam, widząc jak starsza pani podnosi się z ziemi. Kiedy nasz wzrok się napotkał, miałam wrażenie, że skądś ją znam. Te czarne oczy, których nie da się tak po prostu zapomnieć. Pytanie brzmi: skąd ją kojarzę? Za cholerę nie mogłam sobie tego przypomnieć.
- Nic się... - Nagle zamilkła. Zmierzyła mnie od stóp wzwyż i posłała ciepły uśmiech - Nic się nie stało - Dokończyła.
- Jestem Ross.. Rozalie Evans.. - Wyciągnęłam dłoń, aby się przywitać a ona zrobiła to samo.
- Ana Geran. Miło Cię poznać Rozalie - Mój wzrok przeniósł się na chłopaka stojącego obok niej. Zachłysnęłam się powietrzem. Poczułam jak pomieszczenie staje się ciaśniejsze a wszystko dookoła znika. To niemożliwe. To niemożliwe! Jak do cholery.....
- Dylan...? - Zdziwiłam się. Chłopak stojący przede mną wyglądał identycznie jak Cooper. Miał tylko inny kolor włosów, ciemne oczy, ale nie czarne i troszkę mniejszą sylwetkę. To nie znaczyło, że wyglądał źle. O nie! Wyglądał rewelacyjnie, tak samo jak Dylan. Różniły ich również rysy twarzy. Ten tu stojący przede mną, był chudszy, miał mniejszy nos i mniej widoczne wgięcie na policzku.
- Dylan? - Odpowiedział pytaniem na pytanie. Wyglądał na zaskoczonego. Ten głos... Dokładnie taki sam jak Coopera. Te idealne dźwięki, które powodowały motyle w brzuchu - Chyba mnie z kimś pomyliłaś.
- Przepraszam, masz rację.. - Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Jak to możliwe, że jest tak bardzo podobny do Coopera? Tak przystojny?
- Nic się nie stało - Uśmiechnął się. Jeszcze ten uśmiech! Moje serce nie potrafiło przestać tak strasznie szybko bić. Dławiłam się własnym powietrzem - Jestem Sebastian.
- Rozalie, poznaj mojego syna - Usłyszałam głos tej kobiety. Zamrugałam kilkakrotnie oczyma jakbym nie wiedziałam co się właściwie dzieje, ale kiedy tylko usłyszałam głos Alvina, wołającego mnie z recepcji, oprzytomniałam - Coś się stało? - Zaniepokoiła się.
- Nie.. Wszystko gra, ale muszę już iść... - Kiedy chciałam odejść, kobieta chwyciła moją dłoń i zatrzymała mnie na chwilę w miejscu.
- Do zobaczenia Rozalie - Uśmiechnęła się na co odpowiedziałam tym samym i chwilę później, odeszłam. Do zobaczenia? Co to miało znaczyć? Parę metrów dalej, obróciłam głowę do tyłu, aby po raz ostatni spojrzeć na Sebastiana, jednak już go nie było. Jego jak i zarówno jej. Zniknęli. Szybko skierowałam się do recepcji po klucze od pokoju, chcąc jak najszybciej znaleźć się u siebie i przeanalizować to co widziałam. Alvin, który pracował za ladą, machnął ręką na przywitanie i posłał mi ciepły uśmiech. Polubiłam go odkąd się tu zakwaterowałam. Dostałam to po co przyszłam i kiedy chciałam odejść, chwycił moją dłoń.
- Coś się stało? - Zdziwiłam się jego reakcją. Zawsze był miły, pocieszny i żartobliwy. A teraz? Przerażał mnie. Wyglądał na zdenerwowanego a zarazem wystraszonego.
- Nie masz się czego bać. Zajmiemy się Twoim kolegą.
- Co? - Zamrugałam kilkakrotnie oczyma, na znak, że nie bardzo go rozumiem - O czym Ty mówisz?
- Wiem co się dziś stało w windzie.
- Alvin - Zaśmiałam się - O czym Ty do cholery mówisz?
- Steven wszystko opowiedział swojemu ojcu, jak ten drań groził mu pistoletem. Policja niedługo się zjawi a Ty będziesz wolna i bezpieczna.
- Co!? - Wrzasnęłam, ale on już nie odpowiedział. Podeszła do niego kolejna osoba, prosząca o klucze, więc posłał mi lekki uśmiech i to wszystko. Zmieszana, wróciłam do siebie. Idąc wolnym krokiem, wzdłuż korytarza, myślałam o tej sytuacji. Jak to, policja tu będzie?! Jeżeli zatrzymają Alana, to będzie po nim. Dowiedzą się, że jest poszukiwany i ma niejeden wybryk na koncie. Kurwa mać! Do tego nasza misja się nie powiedzie bo samej mi się nie uda. Ross, myśl co zrobić! Wiedziałam, że z Fryczem będą same problemy. Jak zawsze zresztą! Nagle dostrzegłam za rogiem Stevena z jakąś dziewczyną. Rozmawiali a dokładniej to się kłócili. Nie chciałam podsłuchiwać, tylko podejść do niego i wyjaśnić to wszystko, kiedy usłyszałam jak chamsko odzywa się do rudowłosej.
- Nie możesz mi tego zrobić! Kocham Cię! - Jęczała rozhisteryzowana - Jesteś całym moim światem!
- Jesteś żałosna - Parsknął - I Ty masz nadzieję na związek ze mną? Są laski dużo ładniejsze niż Ty - Wybuchnął śmiechem.
- Steven, błagam... - Podszedł do niej, chwycił jej głowę i z całej siły odepchnął ją w bok. Dziewczyna upadła na podłogę, zachłystając się własnym powietrzem. Poczułam jak narasta we mnie złość. Co za skurwiel! Zacisnęłam dłoń w pięść, ale nie zamierzałam robić awantury. O nie. Miałam co innego w planach. Wstałam na równe nogi i wolnym krokiem wyszłam z ukrycia. Dwójka młodych ludzi spojrzała najpierw po sobie a dopiero później przenieśli na mnie swój wzrok. Blondyn nie wydawał się zażenowany czy zły moim widokiem. Wręcz przeciwnie.
- Hej - Przywitał się - Co tu robisz?
- Idę do pokoju. Mieszkam tu a Ty? - Udałam zaskoczoną - Nigdy wcześniej nie widziałam Cię na tym piętrze.
- Właśnie przechodziłem obok, kiedy zobaczyłem jak ta dziewczyna upada na podłogę. Chciałem jej pomóc - Wzruszył obojętnie ramionami - Gdzie masz swojego kolegę?
- Włóczy się po mieście - Odpowiedziałam jakby nigdy nic - Za niedługo się zjawi.
- Czyli teraz jesteś wolna, tak? - Ucieszył się - To dobrze, bo mam....
- Wybacz, ale jestem zmęczona i chce się położyć - Posłałam im obojga ciepły uśmiech a następnie odeszłam. Pierdolony skurwiel. W żywe oczy potrafi kłamać. Jest taki sam jak reszta facetów na tej ziemi. Zdenerwowana dotarłam do sypialni i czym prędzej napisałam wiadomość do Alana, w której poinformowałam go, że policja zamierza przeszukać go w sprawie tej broni, którą dziś groził synowi właściciela. Opowiedziałam też o wszystkim co wiem na ten temat i miałam nadzieję, że to załatwi. Wiedziałam, że coś wymyśli. Nie myślcie, że go polubiłam czy coś. O nie. Nigdy w życiu. Po prostu zamierzam w pełni wykonać nasze zadanie a przede wszystkim chcę, aby ten synalek ojczulka, zapłacił za to jak potraktował tą dziewczynę. Kiedy Alan odpisał, że się tym wszystkim zajmie, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wróciłam na korytarz z nadzieją, że zastanę tam jeszcze tą dziewczynę, ale niestety nigdzie jej nie było.
- Cholera! - Warknęłam. Zdenerwowana usiadłam na podłogę i zamknęłam oczy ze zmęczenia. Ten dzień jest cholernie dziwny. Najpierw ta kobieta i Sebastian a teraz to? Miałam dość tego wyjazdu.
- Szukasz kogoś? - Usłyszałam za plecami czyjś zachrypnięty głos. Czym prędzej spojrzałam w tamtą stronę i kamień spadł mi z serca. To ona! Ucieszyłam się jak głupia, że nie wszystko stracone.
- Tak właściwie to tak.. Szukałam Ciebie...
- Mnie? - Zdziwiła się - Po co?
- Potrzebuję Twojej pomocy.. - Zaczęłam niepewnie - Jestem Ross.
- Sabina. Jakiej pomocy? W czym? - Zaproponowałam, abyśmy udały się do mnie, w razie gdyby ktoś nas podsłuchiwał. Zgodziła się i po chwili siedziałyśmy na moim łóżku - Powiesz mi wreszcie o co chodzi? Martwię się.
- Ten chłopak.. Steven.. O niego chodzi. Przypuszczam, że byliście razem..
- Tak, ale rzucił mnie dla pierwszej lepszej blondynki - Wzruszyła smętnie ramionami - Potraktował mnie jak śmiecia.
- Co Ty na to, aby się na nim zemścić? - Spojrzała na mnie spode łba, jednak szybko chciała poznać więcej szczegółów, więc jej powiedziałam co zamierzam. Zgodziła się po krótkim namyśle. Oczywiście nie powiedziałam jej wszystkiego i pominęłam kilka faktów, jak na przykład to, że Alan faktycznie celował w niego prawdziwą bronią - Dobrze, więc o dwudziestej bądź w holu głównym. Wtedy zjawi się mój kolega.
- Jasne - Uśmiechnęła się i wyszła. Gdy zostałam sama, poczułam jak kręci mi się w głowie. To pewnie ze zmęczenia. Padłam na łóżko i zamknęłam oczy. Tyle, że zamiast poczuć się lepiej, było coraz gorzej. Szybko wychyliłam głowę zza łóżka i zwymiotowałam na podłogę. W dodatku rozbolał mnie brzuch. Czułam się cholernie źle. Chwyciłam ręką swoją głowę, aby troszkę się uspokoić i kiedy wstałam na podłogę chcąc posprzątać bałagan jaki zrobiłam, poczułam jak coś łaskocze mnie w dłoń. Spojrzałam w tamtą stronę i nie mogłam normalnie oddychać. Duża ilość moich włosów, zamiast wisieć na mojej głowie, znajdowała się na mojej ręce. Czym prędzej pobiegłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Na potwierdzenie swojej tezy, wzięłam szczotkę i wolniutko przeczesałam swoje kruczo-czarne włosy. Matko. Zaczęło się. Moja choroba! Ja... łysieje.....
Rozdział 1.
Siedziałam na łóżku a na kolanach trzymałam swojego najukochańszego laptopa. Duży, czarno-biały, najnowszej marki. Tata kupił mi go, kiedy zamieszkaliśmy w nowym mieszkaniu. Okazał się dosyć przydatny. Zawsze kiedy wracaliśmy z misji, bo tak nazwałam nasze wypady w poszukiwaniu matki Dylana, od razu kontaktowałam się z Paulą, bądź z Michałem. Czasem zdarzało się, że z obojgiem naraz. W tym momencie toczyłam rozmowę tylko z przyjaciółką. Michał miał spotkanie o pracę na wakacje. Dziwne, bo przecież ma bogatych rodziców i nigdy nie musiał pracować. Zbadam tą sprawę kiedy wrócę do miasta, gdyż przez telefon jakoś nie ciągnęło go do tej rozmowy i zawsze próbował się wymigać. Wracając do tej kobiety, to muszę przyznać, że jest bardzo ładna. Przynajmniej na zdjęciu.
- I jak? - Spytała blondynka po drugiej stronie ekranu. Wyglądała śmiesznie. Wciąż była w piżamie chociaż dziś piątek, więc raczej powinna być w szkole - Znaleźliście coś?
- Niestety nie.. - Pokręciłam głową. Nikt z pytających nie miał najmniejszego pojęcia, kim jest Anastazja Grean.
- Może Filip się pomylił? Przecież nie wiecie w stu procentach, czy ona dalej tam mieszka...
- Paula - Wtrąciłam z lekkim uśmiechem na twarzy - Wbrew pozorom, Manchester to nie jest takie małe miasto. Uwierz mi. Można się tu zgubić.
- Co jeżeli jej nie znajdziecie?
- Nie wiem - Wzruszyłam obojętnie ramionami - Wrócę do Was i spędzę z Wami ostatnie dni...
- Nawet nie dokańczaj! - Warknęła zdenerwowana - A Dylan? Co wtedy?
- Naprawdę nie wiem. Nie mam pojęcia..
- Ty go dalej kochasz, prawda? - Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam w sumie co mam jej powiedzieć - Dobra, zmieńmy lepiej temat. Jak Ci się mieszka z tym kretynem?
- No wiesz... - Mruknęłam pocierając ręką swoją brodę - Jest nieznośny, ale jeszcze nie wyprowadził mnie z równowagi.
- A próbuje? - Zaśmiała się.
- Każdego dnia - Parsknęłam na co ponownie wybuchnęła śmiechem. Kochałam ją i strasznie tęskniłam. Widzieć ją na skypie, to nie to samo co móc ją objąć, czy ucałować - Lepiej Ty opowiadaj jak się czujesz? Wybraliście już imię dla dziecka?
- Ross, kochanie, jeszcze nie znamy płci naszego skarba. Ma dopiero miesiąc i kilka dni. Takie rzeczy to po czwartym miesiącu.
- Ale musieliście już nad czymś myśleć! - Oburzyłam się - Podoba mi się ,, Lena ''. A Tobie?
- Zbieraj się. Idziemy - Brunet wparował do mojej sypialni jakby nigdy nic. Tym razem nawet nie rozejrzał się po pomieszczeniu. Przedtem robił to za każdym razem, kiedy tu był, tyle, że teraz śmiało można stwierdzić iż zna ten pokój od ściany do ściany. Dziwne, bo ja u niego byłam może raz.
- Za chwilę. Tylko skończę rozmawiać.. - Wskazałam palcem na laptopa, który teraz leżał obok mnie, aby zobaczył, że przerwał mi rozmowę z Pauliną, jednak nic sobie z tego nie zrobił. W dodatku podszedł do mnie bliżej i zatrzasnął mi klapkę przed nosem. Następnie spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi oczyma i chytrze się uśmiechnął.
- Już skończyłaś. Za minutę na korytarzu - Nie dając mi szansy na odpowiedź, wyszedł. Byłam zaskoczona jego reakcją, ale wcale nie zdziwiło mnie jego podłe zachowanie. Wiedziałam, że stać go na gorsze rzeczy, więc tylko zwlekłam się z łóżka i wykonałam szybki telefon do przyjaciółki, w którym poinformowałam ją, że zadzwonię później. Wyczułam, że jest zdenerwowana. Nienawidziła tego dupka tak samo bardzo jak ja. Może nawet bardziej?
Podeszłam do dużej szafy i wyciągnęłam z niej szarą bluzę oraz szare dresy. Jesteśmy tu od czterech dni, a ja ani razu nie byłam na zakupach. Trzeba to zmienić. Trzeba mnie zmienić. Usłyszałam puknięcie w drzwi.
- Ktoś tu się denerwuje - Mruknęłam pod nosem. Zabrałam jeszcze tylko małą torebkę ze stołu i wreszcie byłam gotowa. Alan stał na korytarzu oparty o wózek ze słodyczami. Filip postarał się jeśli chodzi o hotel. Był pięciogwiazdkowy. Najlepszy w mieście. Codziennie rano przynoszono mi śniadanie, punktualnie o godzinie ósmej. Obiad odbywał się w eleganckiej restauracji, chociaż nie zawsze na niego zdążyliśmy, więc czasem również jedliśmy w swoich pokojach. Samo to miejsce było strasznie piękne i duże. Niestety nie miałam okazji skorzystać z wielu atrakcji jakie tu oferowali.
- Nareszcie - Warknął. Przewróciłam oczyma na znak, że mnie wkurza, ale on tylko lekko się uśmiechnął.
- Idziemy? - Spytałam. Kiwnął głową i ruszył do przodu. Dżentelmen. Współczuję jego przyszłej dziewczynie, o ile tylko ją znajdzie. Weszliśmy do jednej z wind, która akurat podjechała i czekaliśmy aż spokojnie zabierze nas na sam dół. W pomieszczeniu nie byliśmy sami. Był z nami chłopak mający około dwudziestu lat, może dwudziestu dwóch. Nie znałam go, ale często widziałam w tym hotelu. Podobno to syn właściciela. Po jego ubiorze można przyznać temu rację. Miał na sobie oryginalne dresy, buty z najnowszej kolekcji, idealnie pasującą do niego białą bluzkę, która świetnie opinała jego ramiona i srebrny łańcuszek z logo hotelu.
- Hej - Przywitał się. Oczywiście swoje słowa kierował tylko w moją stronę. Zdawało się, że na Alana nawet nie zwrócił najmniejszej uwagi. Spojrzałam na niego zaskoczona jego pozytywnym nastrojem bo przecież się nie znamy i posłałam mu zdziwioną minę - Jestem Steven a Ty? - Uśmiechnął się czule. Jego zęby były idealnie białe i równe. Sam uśmiech też niczego sobie. Przystojny koleś. Urodny mu nie żałowali.
- Rozalie, ale dla przyjaciół Ross - Odwzajemniłam jego grzecznościowy gest i również się uśmiechnęłam.
- Ładne imię - Skomentował - Jak właścicielka - Poczułam że na moje policzki wkrada się ogromny rumieniec. Jeżeli w tym hotelu ludzie odnoszą się do siebie tak czule i radośnie, to jestem w niebie.
- Jestem Alan - Nagle naszą rozmowę przerwał mój gburowaty towarzysz. Spojrzałam na niego spode łba i kiedy chciałam coś wtrącić, uciszył mnie gestem dłoni. Modliłam się w duchu, aby nie palnął jakieś głupoty, ale najwidoczniej Bóg mnie nie lubi i jest po jego stronie - A Ty właśnie zarywasz do mojej dziewczyny - Warknął. Zakrztusiłam się własnym powietrzem. Co on powiedział? Opadła mi szczena. W normalnych okolicznościach wyzwałabym go od debila, ale w tej sytuacji zabrakło mi słów. Dosłownie. Byłam ciekawa co jeszcze ten idiota wymyśli. Chwycił moją dłoń, po czym przysunął mnie do siebie.
- Dziewczyny? - Powtórzył blondyn o niebieskich oczach. Oczywiście moją słabością byli szatyni z ciemną karnacją jak... Dylan. Dlaczego ja ciągle o nim myślę?! Steven spojrzał na Alana a następnie zerknął w moją stronę. Dostrzegł moje zdziwienie bo najwidoczniej w świecie zaczął się śmiać. To jeszcze bardziej wyprowadziło Alana z równowagi.
- Coś Cię bawi kretynie?
- Twoja głupota - Odparł.
- Steven.. - Wtrąciłam szybko. Chciałam załagodzić sprawę i wytłumaczyć mu, aby uważał na to co mówi bo Frycz nie jest normalnym człowiekiem, jednak było już za późno. Alan posłał mi głupi uśmieszek i odsunął się ode mnie kilka kroków, aby odetchnąć i w najmniej oczekiwanym momencie, rzucił się na blondyna. Jednym chwytem wywrócił go na ziemię i chcąc pokazać kto ma władzę, wyciągnął z tyłu spodni mały rewolwer. Wpadłam w panikę. Skąd do chuja ten imbecyl miał przy sobie broń? - Alan! - Wrzasnęłam - Co Ty wyprawiasz?! Odłóż to!
- Jesteś pojebany! - Warknął tamten. Frycz tylko puścił oczko w moją stronę i szybko powrócił do szarpania moim nowym znajomym.
- Uważałbym na słowa, które kieruje do kogoś kto przykłada mi lufę do głowy.
- Zapłacisz mi za to.... - Wychrypiał. Ledwo mówił przez siłę zaciśnięcia Alana dłoni na jego szyi.
- Oczywiście jeśli wciąż będziesz żył, czyż nie?
- Alan, proszę... - Zerknął na mnie i przeklął pod nosem. Winda była coraz niżej.
- Słuchaj skurwielu. Lepiej abyś trzymał się od niej z dala, rozumiemy się? Jeżeli kiedykolwiek spotkam Cię w jej pobliżu, nabój z tego małego gówienka, trafi Ci prosto w łeb, czaisz? Pytam czy czaisz! - Steven kiwnął głową na znak, że rozumie i w tym samym momencie winda stanęła. Alan jakby nigdy nic schował pistolet do kieszeni, chwycił mnie za dłoń i wyprowadził na zewnątrz. Kiedy byliśmy dostatecznie daleko, pchnęłam nim o jakiś samochód i stanęłam na chodniku, nie mając zamiaru nigdzie więcej iść. Dostrzegłam jak zaciska dłoń w pięść i próbuje zapanować nad wybuchem gniewu. Dobre sobie. Niech wybucha. Oboje wybuchniemy.
- Odbiło Ci?! Co Ty wyprawiasz?! - Syknęłam - Mogłeś go zabić! Każdemu kto Cię wkurzy, przykładasz lufę do głowy debilu?! I jakim cudem udało Ci się w ogóle przewieźć broń?!
- Im mniej wiesz tym lepiej dla Ciebie.
- Jesteś chory! Masz coś z głową... - Odeszłam kilka kroków do tyłu, gdzie następnie zakryłam usta dłonią - Mi też będziesz grozić? Też będziesz chciał mnie zastrzelić?!
- Już dawno chciałem to zrobić, ale mi zabronili - Wykrzywił twarz w grymas niezadowolenia - Zbieraj dupe. Idziemy.
- Nigdzie z Tobą nie idę. Mam Cię dość! Mam dość tego pieprzonego wyjazdu!- Wykrzyczałam a następnie obróciłam się tyłem w jego stronę i ruszyłam z powrotem do hotelu.
- Posłuchaj kretynko.. - Zbliżył się do mnie wystarczająco blisko i na czas, chwycił moje ramiona powodując, że musiałam stanąć. Pisnęłam z bólu, tyle, że on nawet się tym nie przejął. Nigdy nie przejmuje się bólem innej osoby. Ponadto ten dupek, sam lubi sprawiać komuś ból. Naprawdę współczuję jego przyszłej dziewczynie i dzieciom - Mam Cię w dupie, rozumiesz? Gówno obchodzi mnie Twoje życie i to co wyprawiasz...
- Więc dlaczego powiedziałeś tamtemu kolesiowi, że jesteśmy parą?! - Wtrąciłam.
- Dylan przed tym pierdolonym wyjazdem jasno dał mi do zrozumienia, że bez Ciebie nie chce żyć! - Chciał mówić dalej, miał coś więcej do powiedzenia, jednak ja nie chciałam tego słuchać. Gówno prawda. Wiedziałam jak było w rzeczywistości i jasno dostałam do zrozumienia, że jestem zerem dla Coopera.
- Nie było Cię, kiedy mówił, że jestem nikim! Ni słyszałeś tego!
- Mimo wszystko szanuję jego słowa, więc do kurwy nędzy nie oglądaj się za każdym ładnym kolesiem mającym chuja, tylko skup się na zadaniu!
- Ty świnio! - Zamachnęłam się dłonią do tyłu i wymierzyłam porządny cios w jego twarz. Niestety był szybszy i obronił się przed moim atakiem, wykręcając moją kończynę o sto osiemdziesiąt stopni. Spowodował tym, iż musiałam uklęknąć, gdyż w innym wypadku ręka byłaby złamana.
- Nigdy więcej tego nie rób bo złamię Ci tą rękę - Warknął i dopiero wtedy mnie puścił. Stanęłam w milczeniu, bojąc się, że może za chwile zrobić mi krzywdę, jednak ku mojemu zdziwieniu, posłał mi tylko smętną minę i ruszył do przodu. Szedł wolno, bym mogła go dogonić. Po szybkim namyśleniu się co dalej ze sobą począć, przeklęłam pod nosem i dołączyłam do bruneta. W głowie ciągle miałam jego słowa, że Dylan nie chce beze mnie żyć. Jaki to ma sens? Wyjaśni mi to ktoś? Bo kurwa nie rozumiem. Po co mówić komuś, że się go nie kocha, skoro później jest inaczej? No bez sensu!
- Dokąd dziś idziemy? - Zmieniłam temat.
- Będziemy szukać od końca miasta.
- Okej.. - Mruknęłam, ale nie powiedziałam nic więcej. Nie chciałam zaczynać kłótni, chociaż uważałam, że lepiej zacząć poszukiwania od innej strony bo tak będzie łatwiej, jednak odpuściłam sobie. Skoro on dowodzi, to niech sobie dowodzi. Zobaczymy jak daleko nas doprowadzi.
Dotarliśmy do najbliższego postoju taksówek i facet mający z około pięćdziesięciu lat, zawiózł nas w wyznaczone miejsce. Stary piernik, który co chwilę na mnie zerkał. Czułam się nieswobodnie. Frycza oczywiście to bawiło i ani myślał jakoś zareagować. Dziwne, bo niedawno w windzie, rzucił się na chłopaka, który ze mną flirtował.
- Jak coś ślicznotko, to wiesz gdzie mnie znaleźć - Puścił mi oczko i posłał obleśny uśmiech. Wysiadłam na zewnątrz i kiedy Alan zapłacił temu zboczeńcowi pieniądze, pokazałam mu środkowy palec a następnie trzasnęłam drzwiami tak mocno, jak tylko umiałam. Koleś był zdziwiony moją reakcją i chyba się zdenerwował. Wysiadł na zewnątrz i stanął ze mną twarzą w twarz. Zabrało mi dech w piersi. Wystraszyłam się, kiedy chwycił moją dłoń. i musnął palcami mój delikatny policzek.
- Co Ty..... - Syknęłam, jednak nie dokończyłam bo twarda ręka Alana, wylądowała na jego twarzy. Tamten cofnął się kilka kroków w tył i otarł krew spływającą z jego nosa. Spojrzałam na Frycza, który unikał mojego wzroku. Czy mi się zdaje, czy właśnie Alan uratował mnie przed tym psychopatą i pedofilem?
- Masz minutę, aby stąd zniknąć.
- Ty smarkaczu - Najwidoczniej taksówkarz nie wiedział z kim zadziera, bo kiedy Alan wyjął z kieszeni spodni swój pistolet, tamten zaczął dławić się własnym powietrzem. Nie powiedziawszy więcej nic, posłusznie wsiadł do swojego samochodu i odjechał. Staliśmy przez chwilę w milczeniu zapominając o swoim zadaniu. Miałam wrażenie jakby chłopak stojący przede mną nie był zwykłym chamem i próbował ukryć swoją złą stronę. Ta sytuacja zdawała się trwać wiecznie, aż wreszcie doszłam do wniosku, że muszę mu podziękować. Z trudem udało mi się wymówić to jedno słowo.
- Dziękuję.. - Szepnęłam stając twarzą w twarz z brunetem. Poczułam się strasznie dziwnie. Pierwszy raz zobaczyłam w nim coś dobrego. Obronił mnie, chociaż nie musiał tego robić. Pomógł mi, kiedy go o to nie prosiłam. Zdawało mi się, że przez ułamek sekundy zdążyłam dostrzec jak otwiera buzie i zamierza coś powiedzieć, jednak ostatecznie zamilkł, wyminął mnie i ruszył przed siebie.
- Rusz się. Zadanie mamy do wykonania - To były ostatnie słowa jakie wypowiedział kilka minut później. W dodatku zrobił to obojętnym tonem głosu.
Dochodziła szesnasta a po Anastazji ani śladu. Szukamy od dobrych pięciu godzin. Rzadko wymienialiśmy się spostrzeżeniami czy rozmawialiśmy. To było tak, że ja szukałam w jednym zakamarku a on w drugim. To był jego pomysł by się rozdzielić a ja to uszanowałam. Prawdę mówiąc to było o wiele lepiej jak nie działaliśmy razem. Mniej kłótni z naszej strony i wyzwisk. Mogłam również na spokojnie przemyśleć kilka ważnych spraw. Zgłodniałam a także nie czułam już nóg. Takie chodzenie od domu do domu jest strasznie męczące. Przeszukaliśmy już południową część Manchatanu i połowę północnej. Nikt, kompletnie nikt nie udzielił nam żadnych informacji. Nie wiedziałam czy kłamali, że jej nie znają, czy po prostu naprawdę nie wiedzieli kim jest. Byłam wykończona. Pragnęłam wrócić do hotelu, zjeść coś ciepłego i położyć się spać.
- Wracamy? - Spytałam ledwo słyszalnym głosem. Wiatr wiał coraz bardziej a bluza, którą miałam na sobie, do ciepłych nie należała. Trzęsłam się jak galareta. Mimo iż był początek czerwca, Anglia w tym roku była chłodnym państwem. Na szczęście byliśmy niedaleko hotelu.
- Możesz wrócić. Ja się jeszcze trochę pokręcę po okolicy.
- Przecież już tu szukaliśmy - Zdziwiłam się - Nikt jej nie zna.
- Ty tak uważasz. Ja mam wrażenie, że ktoś nas okłamał...
- Alan... - Wtrąciłam. Zrobiło mi się go żal. Podeszłam do niego i kiedy chciałam dotknąć dłonią jego ramię, coś mnie powstrzymało. Może to jego zimny wzrok a może moja niechęć do jego osoby? Nie wiem. Nie byłam pewna. Po prostu cofnęłam się z powrotem kilka kroków wstecz a wzrok wbiłam w ziemię.
- Dobra, nie ważne. Idź do hotelu. Później do Ciebie dołączę - Machnął ręką i odszedł. Widziałam jak szybkim krokiem odchodzi z miejsca, gdzie przed chwilą stał. Ręce schował w kieszeń a bluzę zapiął na ostatni guzik. Też musiał poczuć ten panujący chłód. To on z nas dwóch, bardziej przejmował się odnalezieniem tej kobiety. Prawdę mówiąc, ja traciłam nadzieję na cokolwiek. Wzruszyłam smętnie ramionami i zgodnie z jego rozkazem, wróciłam do naszego lokum. Wchodząc do głównego holu, wpadłam na jakąś kobietę. Z początku nie widziałam nikogo więcej, ale po chwili zorientowałam się, że nie jest sama.
- Przepraszam... Tak mi przykro... - Jęknęłam, widząc jak starsza pani podnosi się z ziemi. Kiedy nasz wzrok się napotkał, miałam wrażenie, że skądś ją znam. Te czarne oczy, których nie da się tak po prostu zapomnieć. Pytanie brzmi: skąd ją kojarzę? Za cholerę nie mogłam sobie tego przypomnieć.
- Nic się... - Nagle zamilkła. Zmierzyła mnie od stóp wzwyż i posłała ciepły uśmiech - Nic się nie stało - Dokończyła.
- Jestem Ross.. Rozalie Evans.. - Wyciągnęłam dłoń, aby się przywitać a ona zrobiła to samo.
- Ana Geran. Miło Cię poznać Rozalie - Mój wzrok przeniósł się na chłopaka stojącego obok niej. Zachłysnęłam się powietrzem. Poczułam jak pomieszczenie staje się ciaśniejsze a wszystko dookoła znika. To niemożliwe. To niemożliwe! Jak do cholery.....
- Dylan...? - Zdziwiłam się. Chłopak stojący przede mną wyglądał identycznie jak Cooper. Miał tylko inny kolor włosów, ciemne oczy, ale nie czarne i troszkę mniejszą sylwetkę. To nie znaczyło, że wyglądał źle. O nie! Wyglądał rewelacyjnie, tak samo jak Dylan. Różniły ich również rysy twarzy. Ten tu stojący przede mną, był chudszy, miał mniejszy nos i mniej widoczne wgięcie na policzku.
- Dylan? - Odpowiedział pytaniem na pytanie. Wyglądał na zaskoczonego. Ten głos... Dokładnie taki sam jak Coopera. Te idealne dźwięki, które powodowały motyle w brzuchu - Chyba mnie z kimś pomyliłaś.
- Przepraszam, masz rację.. - Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Jak to możliwe, że jest tak bardzo podobny do Coopera? Tak przystojny?
- Nic się nie stało - Uśmiechnął się. Jeszcze ten uśmiech! Moje serce nie potrafiło przestać tak strasznie szybko bić. Dławiłam się własnym powietrzem - Jestem Sebastian.
- Rozalie, poznaj mojego syna - Usłyszałam głos tej kobiety. Zamrugałam kilkakrotnie oczyma jakbym nie wiedziałam co się właściwie dzieje, ale kiedy tylko usłyszałam głos Alvina, wołającego mnie z recepcji, oprzytomniałam - Coś się stało? - Zaniepokoiła się.
- Nie.. Wszystko gra, ale muszę już iść... - Kiedy chciałam odejść, kobieta chwyciła moją dłoń i zatrzymała mnie na chwilę w miejscu.
- Do zobaczenia Rozalie - Uśmiechnęła się na co odpowiedziałam tym samym i chwilę później, odeszłam. Do zobaczenia? Co to miało znaczyć? Parę metrów dalej, obróciłam głowę do tyłu, aby po raz ostatni spojrzeć na Sebastiana, jednak już go nie było. Jego jak i zarówno jej. Zniknęli. Szybko skierowałam się do recepcji po klucze od pokoju, chcąc jak najszybciej znaleźć się u siebie i przeanalizować to co widziałam. Alvin, który pracował za ladą, machnął ręką na przywitanie i posłał mi ciepły uśmiech. Polubiłam go odkąd się tu zakwaterowałam. Dostałam to po co przyszłam i kiedy chciałam odejść, chwycił moją dłoń.
- Coś się stało? - Zdziwiłam się jego reakcją. Zawsze był miły, pocieszny i żartobliwy. A teraz? Przerażał mnie. Wyglądał na zdenerwowanego a zarazem wystraszonego.
- Nie masz się czego bać. Zajmiemy się Twoim kolegą.
- Co? - Zamrugałam kilkakrotnie oczyma, na znak, że nie bardzo go rozumiem - O czym Ty mówisz?
- Wiem co się dziś stało w windzie.
- Alvin - Zaśmiałam się - O czym Ty do cholery mówisz?
- Steven wszystko opowiedział swojemu ojcu, jak ten drań groził mu pistoletem. Policja niedługo się zjawi a Ty będziesz wolna i bezpieczna.
- Co!? - Wrzasnęłam, ale on już nie odpowiedział. Podeszła do niego kolejna osoba, prosząca o klucze, więc posłał mi lekki uśmiech i to wszystko. Zmieszana, wróciłam do siebie. Idąc wolnym krokiem, wzdłuż korytarza, myślałam o tej sytuacji. Jak to, policja tu będzie?! Jeżeli zatrzymają Alana, to będzie po nim. Dowiedzą się, że jest poszukiwany i ma niejeden wybryk na koncie. Kurwa mać! Do tego nasza misja się nie powiedzie bo samej mi się nie uda. Ross, myśl co zrobić! Wiedziałam, że z Fryczem będą same problemy. Jak zawsze zresztą! Nagle dostrzegłam za rogiem Stevena z jakąś dziewczyną. Rozmawiali a dokładniej to się kłócili. Nie chciałam podsłuchiwać, tylko podejść do niego i wyjaśnić to wszystko, kiedy usłyszałam jak chamsko odzywa się do rudowłosej.
- Nie możesz mi tego zrobić! Kocham Cię! - Jęczała rozhisteryzowana - Jesteś całym moim światem!
- Jesteś żałosna - Parsknął - I Ty masz nadzieję na związek ze mną? Są laski dużo ładniejsze niż Ty - Wybuchnął śmiechem.
- Steven, błagam... - Podszedł do niej, chwycił jej głowę i z całej siły odepchnął ją w bok. Dziewczyna upadła na podłogę, zachłystając się własnym powietrzem. Poczułam jak narasta we mnie złość. Co za skurwiel! Zacisnęłam dłoń w pięść, ale nie zamierzałam robić awantury. O nie. Miałam co innego w planach. Wstałam na równe nogi i wolnym krokiem wyszłam z ukrycia. Dwójka młodych ludzi spojrzała najpierw po sobie a dopiero później przenieśli na mnie swój wzrok. Blondyn nie wydawał się zażenowany czy zły moim widokiem. Wręcz przeciwnie.
- Hej - Przywitał się - Co tu robisz?
- Idę do pokoju. Mieszkam tu a Ty? - Udałam zaskoczoną - Nigdy wcześniej nie widziałam Cię na tym piętrze.
- Właśnie przechodziłem obok, kiedy zobaczyłem jak ta dziewczyna upada na podłogę. Chciałem jej pomóc - Wzruszył obojętnie ramionami - Gdzie masz swojego kolegę?
- Włóczy się po mieście - Odpowiedziałam jakby nigdy nic - Za niedługo się zjawi.
- Czyli teraz jesteś wolna, tak? - Ucieszył się - To dobrze, bo mam....
- Wybacz, ale jestem zmęczona i chce się położyć - Posłałam im obojga ciepły uśmiech a następnie odeszłam. Pierdolony skurwiel. W żywe oczy potrafi kłamać. Jest taki sam jak reszta facetów na tej ziemi. Zdenerwowana dotarłam do sypialni i czym prędzej napisałam wiadomość do Alana, w której poinformowałam go, że policja zamierza przeszukać go w sprawie tej broni, którą dziś groził synowi właściciela. Opowiedziałam też o wszystkim co wiem na ten temat i miałam nadzieję, że to załatwi. Wiedziałam, że coś wymyśli. Nie myślcie, że go polubiłam czy coś. O nie. Nigdy w życiu. Po prostu zamierzam w pełni wykonać nasze zadanie a przede wszystkim chcę, aby ten synalek ojczulka, zapłacił za to jak potraktował tą dziewczynę. Kiedy Alan odpisał, że się tym wszystkim zajmie, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wróciłam na korytarz z nadzieją, że zastanę tam jeszcze tą dziewczynę, ale niestety nigdzie jej nie było.
- Cholera! - Warknęłam. Zdenerwowana usiadłam na podłogę i zamknęłam oczy ze zmęczenia. Ten dzień jest cholernie dziwny. Najpierw ta kobieta i Sebastian a teraz to? Miałam dość tego wyjazdu.
- Szukasz kogoś? - Usłyszałam za plecami czyjś zachrypnięty głos. Czym prędzej spojrzałam w tamtą stronę i kamień spadł mi z serca. To ona! Ucieszyłam się jak głupia, że nie wszystko stracone.
- Tak właściwie to tak.. Szukałam Ciebie...
- Mnie? - Zdziwiła się - Po co?
- Potrzebuję Twojej pomocy.. - Zaczęłam niepewnie - Jestem Ross.
- Sabina. Jakiej pomocy? W czym? - Zaproponowałam, abyśmy udały się do mnie, w razie gdyby ktoś nas podsłuchiwał. Zgodziła się i po chwili siedziałyśmy na moim łóżku - Powiesz mi wreszcie o co chodzi? Martwię się.
- Ten chłopak.. Steven.. O niego chodzi. Przypuszczam, że byliście razem..
- Tak, ale rzucił mnie dla pierwszej lepszej blondynki - Wzruszyła smętnie ramionami - Potraktował mnie jak śmiecia.
- Co Ty na to, aby się na nim zemścić? - Spojrzała na mnie spode łba, jednak szybko chciała poznać więcej szczegółów, więc jej powiedziałam co zamierzam. Zgodziła się po krótkim namyśle. Oczywiście nie powiedziałam jej wszystkiego i pominęłam kilka faktów, jak na przykład to, że Alan faktycznie celował w niego prawdziwą bronią - Dobrze, więc o dwudziestej bądź w holu głównym. Wtedy zjawi się mój kolega.
- Jasne - Uśmiechnęła się i wyszła. Gdy zostałam sama, poczułam jak kręci mi się w głowie. To pewnie ze zmęczenia. Padłam na łóżko i zamknęłam oczy. Tyle, że zamiast poczuć się lepiej, było coraz gorzej. Szybko wychyliłam głowę zza łóżka i zwymiotowałam na podłogę. W dodatku rozbolał mnie brzuch. Czułam się cholernie źle. Chwyciłam ręką swoją głowę, aby troszkę się uspokoić i kiedy wstałam na podłogę chcąc posprzątać bałagan jaki zrobiłam, poczułam jak coś łaskocze mnie w dłoń. Spojrzałam w tamtą stronę i nie mogłam normalnie oddychać. Duża ilość moich włosów, zamiast wisieć na mojej głowie, znajdowała się na mojej ręce. Czym prędzej pobiegłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Na potwierdzenie swojej tezy, wzięłam szczotkę i wolniutko przeczesałam swoje kruczo-czarne włosy. Matko. Zaczęło się. Moja choroba! Ja... łysieje.....
Subskrybuj:
Posty (Atom)