,, I am not a fucker ''
***DYLAN***
(Przed spotkaniem z Ross. Rozdział 11 )
To było niedorzeczne. Naprzeciwko mnie siedziała kobieta, która twierdziła, że jest moją matką. Przyszła niecałe piętnaście minut temu i za chuja nie chce odejść bez przeprowadzonej ze mną rozmowy. Siedziała na małym fotelu, dokładnie naprzeciwko okna i z wytężonym wzrokiem wpatrywała się we mnie. Muszę przyznać, że miała znajomy mi wzrok, lecz za cholerę nie chciałem jej wierzyć, że jesteśmy spokrewnieni. Moja matka nie żyje a nawet jeśli by żyła to dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ to właśnie ona mnie niegdyś zostawiła i sprawiła, że jestem tym kim jestem. Zrujnowała mi życie. Sprawiła, że jestem bestią. Patrząc się w lustro, widzę najgorszą osobę na świecie jakiej się brzydzę. Samego siebie.
- Skąd znasz kurwa mój adres? - Warknąłem po raz kolejny zadając to samo pytanie. Moja cierpliwość skończyła się z chwilą, kiedy ten babsztyl wstał, zbliżył się do mnie i dotknął mojego ramienia. Nikt nie ma prawa mnie dotykać bez mojej zgody - Nigdy więcej tego nie rób - Syknąłem łapiąc jej nadgarstek i wykręcając go w drugą stronę. Pisnęła z bólu. Czułem, że się mnie boi. Drgnęła jakby zszokowana moim zachowaniem, ale prawdę mówiąc miałem to w dupie. Im więcej się mnie będzie bała, tym szybciej wyjdzie.
- Jestem Twoją matką... - Pierdoliła wciąż to samo. Odepchnąłem ją w bok a następnie ruszyłem w stronę drzwi. Jej czas się skończył.
- Wypierdalaj stąd - Nakazałem - Nie mamy o czym rozmawiać.
- Dylan... - Szepnęła - Wiem o Tobie więcej niż myślisz....
- To super - Wtrąciłem - To nie oznacza, że wylazłem z Twojej cipki. A teraz żegnam.
- Mówię prawdę! - Tym razem to ona podniosła nieco ton swojego głosu - Jesteś bezczelny. Nic nie rozumiesz....
- To Ty nic nie rozumiesz idiotko! Moja matka nie żyje! Jestem zdolny do strasznych rzeczy i jeżeli zaraz stąd nie wyjdziesz, przekonasz się o czym mó...
- Zmusili mnie bym Cię zostawiła! - Wtrąciła - Odebrali mi Ciebie! - W oczach miała łzy, ale nie obeszło mnie to. Ktoś musiał mnie cholernie nienawidzić skoro posunął się do tego kroku - Wysłuchaj mnie...
- Liczę do trzech... - Wskazałem palcem na drzwi z nadzieją, że opuści mój dom - Raz... Dwa... Trzy.. - Kiedy chciałem ją wypchnąć, zrezygnowana stęknęła pod nosem, ale ostatecznie wyszła. Opuściła moje mieszkanie i zjeżdżając windą w dół, odeszła. Nareszcie! Wkurwiony trzasnąłem drzwiami tak mocno jak tylko umiałem i chwilę później rzuciłem się na łóżko. Nie dość, że mam problem z Roksaną to jeszcze ta baba, której totalnie nie znam. To ma dziwny zbieg okoliczności z Ross. Kiedy wróciła, pojawia się również ta kobieta. Czyżby to jej sprawka? Nie mam wątpliwości. Pewnie tak. Po cholerę w ogóle wracała?! Dlaczego widok tej dziewczyny tak na mnie gwałtownie wpłynął? Ross zapłaci za to, że wpierdala się w nie swoje sprawy.
Przez to wszystko musiałem zapalić fajkę. Paczka szlug, która leżała na małym blacie przy rogu łóżka, teraz znajdowała się w mojej dłoni. LM niebieskie. Takie właśnie palę. Takie są najlepsze.
- Ja pierdole... - Wydyszałem zaraz po tym jak dym ulotnił się z mojej buzi. W mojej głowie ponownie pojawił się obraz Ross. Wyglądała całkiem inaczej niż kiedyś. Kurwa, ani trochę nie przypominała siebie! Cholera. Była zajebiście seksowna i gdyby nie to, że ją znam, że tyle nas kiedyś łączyło, chciałbym ją teraz puknąć. Jednak dostrzegłem na jej twarzy przemęczenie. Była wyczerpana i miała sporo siniaków na ciele. Myśląc sobie w ten sposób o mojej starej znajomej, usłyszałem pukanie do drzwi. Wcale nie chciało mi się wstawać, ale kiedy ktoś zaczął walić w drewnianą powłokę, wkurwiony wstałem i podszedłem do wejścia - Co jest kurwa?!.... - Myślałem, że po drugiej stronie znów będzie stała ta kobieta, ale był to ktoś zupełnie inny. Naprzeciwko mnie stał Alan z założonymi na siebie rękoma. Miał na sobie czarne okulary, skórzaną skórę, pod to białą koszulę i szerokie w kroku spodnie moro. Widać, że nieźle się dorobił.
- Cześć - Przywitał się - Mogę wejść? - Mierząc go wzrokiem, trzasnąłem drzwiami. Nie zamierzałem wpuszczać tego chuja do środka, więc po prostu zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem. Jakby to go miało powstrzymać. Gdy wróciłem na łóżko, ten kutas wszedł do mojego mieszkania i jakby nigdy nic, rozsiadł się wygodnie w moim ulubionym fotelu.
- Wypierdalaj stąd - Syknąłem wcale nie żartując.
- Możesz powiedzieć o co Ci chodzi? - Warknął - Od tygodni nie odbierasz moich telefonów...
- Nie bądź śmieszny. Myślałeś, że się nie dowiem?
- O co Ci chodzi? - Zdziwił się.
- Naprawdę chcesz to ciągnąć?
- No chyba jesteś moim przyjacielem, tak? - Uniosłem brew do góry słysząc to co do mnie mówi i muszę przyznać, że lekko się zdziwiłem. Alan nie jest typem chłopaka, który mówi wprost o swoich uczuciach. Kiedyś byliśmy naprawdę blisko, ale rzadko zwracał się do mnie w tak miły sposób.
- Nigdy nim nie byłem - Warknąłem. Aby nie musiał ciągnąć dalej tej nudnej szopki, wyciągnąłem z szuflady zdjęcia które dostałem od Roksany i wręczyłem plik dokumentów Alanowi - Nie udawaj.
- Niby co mam udawać? To tylko zdjęcia. Co z nimi nie tak? - Zlustrował fotografie którą ode mnie przed chwilą dostał, ale jakoś zbytnio się tym nie przejął.
- A to kurwa, że jesteś na nich z Ross! - Wrzasnąłem nie mogąc dłużej wytrzymać - Myślisz, że nie wiem, że jesteście razem?
- Co? - O dziwo zamiast się przyznać, wybuchnął śmiechem - Sorry, ale pierdolisz głupoty.
- Nie udawaj. Wiem wszystko. Udawałeś mojego przyjaciela a tak naprawdę to za plecami pierdoliłeś moją byłą....
- Wystarczy! - Warknął waląc pięścią w stół. Zerwał się na nogi i teraz staliśmy twarzą w twarz. Wkurwił się. Nigdy wcześniej nie widziałem, aby tak przejął się jakąkolwiek laską. Więc najwidoczniej miałem rację mówiąc, że coś ich łączy. Dostrzegłem na jego twarzy nutę zastanowienia. Myślał o czymś, ale trwało to bardzo krótko. Dopiero potem znów na mnie spojrzał - Nie waż się tak o niej mówić!
- Bo co mi zrobisz? - Parsknąłem - Teraz będziesz bronić tej suki?
- Przeginasz... - Widziałem na jego twarzy jak traci cierpliwość. Wkurwiał się coraz bardziej. Zacisnął pięść, aby powstrzymać się przed napadem na mnie, ale kiedy ponownie obraziłem Ross, poczułem jak mój policzek płonie. Ten chuj przywalił mi pięścią w twarz. Od nadmiaru jego siły, zleciałem na podłogę nie mogąc utrzymać równowagi na nogach. Szybko spróbowałem wstać, ale wtedy poczęstował mnie strzałem w brzuch. Kopnął mnie tak mocno, że splunąłem krwią na ten piękny kremowy dywan.
- Już.. nie... żyjesz... - Ledwo wydyszałem.
- Stary, coś Ty ze sobą zrobił... - Pokręcił niedowierzanie głową jakby to wszystko było dla niego czymś niemożliwym - Przez to gówno nie jesteś sobą! - Rzucił we mnie małym woreczkiem, który jeszcze niedawno leżał na szklanym blaciku a teraz znajdował się na moim ramieniu - Staczasz się!
- Chuj Cię to obchodzi... Zjeżdżaj stąd.. - Nieoczekiwanie do mieszkania weszła Roksana. Czerwona spódniczka, czarne rajstopy, wysokie szpilki i bluzka ukazująca jej sztuczny biust.
- Co tu się dzieje?! - Wrzasnęła - Oszalałeś?! - Te słowa skierowała już tylko i wyłącznie w jego stronę.
- A Ty co tu robisz? - Zdziwił się.
- Chcesz zabić ojca mojego dziecka?!
- Co? - Mrugnął gwałtownie oczyma zdziwiony jej słowami - Ojcem? - Powtórzył.
- Głuchy jesteś?! Dylan będzie miał ze mną...
- Zamknij się! - Wtrąciłem by nie mówiła nic dalej. Boże, ona naprawdę jest tak głupia?! Przecież nigdy nie mówiłem, że wychowam tego bachora. Zwykła wpadka.
- Jesteś z nim w ciąży...?
- Oczywiście!
- Nie wierzę...
- Co się tak gapisz? - Warknąłem wreszcie wstając na nogi - Czas już na Ciebie.
- A więc naprawdę jesteś debilem - Syknął - A co z Ross? Pomyślałeś o niej?
- Ross to przeszłość. Już dawno mnie nie obchodzi.
- Tak? Nie masz pojęcia co się z nią dzieje, prawda? Co słychać w jej życiu? Szkoda. Dużo byś się dowiedział...
- To Wy sprowadziliście na mnie tą kobietę..
- To Twoja matka!
- Gówno prawda!
- Nigdy wcześniej Cię nie okłamałem..- Nie odpowiedziałem, tylko spuściłem wzrok ocierając dłonią krew, która spływała z moich ust - Kiedyś byliśmy jak bracia... A Ty to wszystko spierdoliłeś! Mam nadzieję, że będziesz żałował że wpierdoliłeś się w to gówno... - Mówiąc to, wyszedł. Nie pobiegłem za nim, nie krzyknąłem by poczekał. To nie miało już sensu. W chwili kiedy Alan opuścił moje mieszkanie, zdałem sobie sprawę z tego, że to naprawdę koniec naszej przyjaźni. Zbyt wiele się wydarzyło.
- Odpowiesz mi?! - Głos tej idiotki rozniósł się po mojej głowie niczym echo w pustym pomieszczeniu. Mrugnąłem zdezorientowany oczyma powracając tym do rzeczywistości i dopiero wtedy dostrzegłem jak ta larwa stoi blisko mnie. Nawet nie wiedziałem co przedtem mówiła.
- Zbieraj się. Mam coś do załatwienia na mieście a Ty nie zostaniesz tu sama.
- Dokąd jedziesz? - Zdziwiła się.
- Wyjaśnić sprawę z tą kobietą - Narzuciłem na ramiona bluzę, wziąłem kluczyki od auta i nim wyszedłem na zewnątrz, mocno chwyciłem Roksanę za ramie - Jeszcze raz powiesz komuś, że będziemy mieli dziecko to utopię Cię razem z tym bachorem. Rozumiesz? - Kiwnęła potwierdzająco głową i dopiero wtedy ją puściłem - A teraz wynocha.
- Jadę z Tobą! - Wzruszyłem smętnie ramionami. Chciała jechać? Proszę bardzo. Może być śmiesznie gdy stanie twarzą w twarz z Ross bo tam własnie się wybieram. Do mieszkania mojej starej koleżanki.....
***ROSS***
Siedziałam skulona pod drzewem z nadzieją, że to mi pomoże, niestety pomoc nie nadchodziła z żadnej strony. Zapadał mrok a ja wciąż nie przestawałam płakać. Kiedy Filip powiedział mi o mojej niezbyt ciekawej sytuacji, nie wytrzymałam i wybiegłam z jego gabinetu. Potrzebowałam wtedy chwili samotności i to najlepiej na świeżym powietrzu. Szłam wzdłuż chodnika, nie wiedząc dokąd idę bo tak naprawdę nigdy wcześniej nie przebywałam w tej stronie miasta. Dopiero kiedy Dylan mnie tu po raz pierwszy przywiózł, zaprzyjaźniłam się z doktorkiem. I to chyba tyle. Gdy nie miałam już sił na dalszą ucieczkę od tego przeklętego miejsca, udałam się do paku, który dostrzegłam w zasięgu swojego wzroku. Nie miałam ochoty siadać na żadną ławkę, nie chciałam być na widoku, więc kucnęłam pod jednym z drzew które tu rosną i oparłam głowę o jego twardą korę.
***DYLAN***
(Przed spotkaniem z Ross. Rozdział 11 )
To było niedorzeczne. Naprzeciwko mnie siedziała kobieta, która twierdziła, że jest moją matką. Przyszła niecałe piętnaście minut temu i za chuja nie chce odejść bez przeprowadzonej ze mną rozmowy. Siedziała na małym fotelu, dokładnie naprzeciwko okna i z wytężonym wzrokiem wpatrywała się we mnie. Muszę przyznać, że miała znajomy mi wzrok, lecz za cholerę nie chciałem jej wierzyć, że jesteśmy spokrewnieni. Moja matka nie żyje a nawet jeśli by żyła to dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ to właśnie ona mnie niegdyś zostawiła i sprawiła, że jestem tym kim jestem. Zrujnowała mi życie. Sprawiła, że jestem bestią. Patrząc się w lustro, widzę najgorszą osobę na świecie jakiej się brzydzę. Samego siebie.
- Skąd znasz kurwa mój adres? - Warknąłem po raz kolejny zadając to samo pytanie. Moja cierpliwość skończyła się z chwilą, kiedy ten babsztyl wstał, zbliżył się do mnie i dotknął mojego ramienia. Nikt nie ma prawa mnie dotykać bez mojej zgody - Nigdy więcej tego nie rób - Syknąłem łapiąc jej nadgarstek i wykręcając go w drugą stronę. Pisnęła z bólu. Czułem, że się mnie boi. Drgnęła jakby zszokowana moim zachowaniem, ale prawdę mówiąc miałem to w dupie. Im więcej się mnie będzie bała, tym szybciej wyjdzie.
- Jestem Twoją matką... - Pierdoliła wciąż to samo. Odepchnąłem ją w bok a następnie ruszyłem w stronę drzwi. Jej czas się skończył.
- Wypierdalaj stąd - Nakazałem - Nie mamy o czym rozmawiać.
- Dylan... - Szepnęła - Wiem o Tobie więcej niż myślisz....
- To super - Wtrąciłem - To nie oznacza, że wylazłem z Twojej cipki. A teraz żegnam.
- Mówię prawdę! - Tym razem to ona podniosła nieco ton swojego głosu - Jesteś bezczelny. Nic nie rozumiesz....
- To Ty nic nie rozumiesz idiotko! Moja matka nie żyje! Jestem zdolny do strasznych rzeczy i jeżeli zaraz stąd nie wyjdziesz, przekonasz się o czym mó...
- Zmusili mnie bym Cię zostawiła! - Wtrąciła - Odebrali mi Ciebie! - W oczach miała łzy, ale nie obeszło mnie to. Ktoś musiał mnie cholernie nienawidzić skoro posunął się do tego kroku - Wysłuchaj mnie...
- Liczę do trzech... - Wskazałem palcem na drzwi z nadzieją, że opuści mój dom - Raz... Dwa... Trzy.. - Kiedy chciałem ją wypchnąć, zrezygnowana stęknęła pod nosem, ale ostatecznie wyszła. Opuściła moje mieszkanie i zjeżdżając windą w dół, odeszła. Nareszcie! Wkurwiony trzasnąłem drzwiami tak mocno jak tylko umiałem i chwilę później rzuciłem się na łóżko. Nie dość, że mam problem z Roksaną to jeszcze ta baba, której totalnie nie znam. To ma dziwny zbieg okoliczności z Ross. Kiedy wróciła, pojawia się również ta kobieta. Czyżby to jej sprawka? Nie mam wątpliwości. Pewnie tak. Po cholerę w ogóle wracała?! Dlaczego widok tej dziewczyny tak na mnie gwałtownie wpłynął? Ross zapłaci za to, że wpierdala się w nie swoje sprawy.
Przez to wszystko musiałem zapalić fajkę. Paczka szlug, która leżała na małym blacie przy rogu łóżka, teraz znajdowała się w mojej dłoni. LM niebieskie. Takie właśnie palę. Takie są najlepsze.
- Ja pierdole... - Wydyszałem zaraz po tym jak dym ulotnił się z mojej buzi. W mojej głowie ponownie pojawił się obraz Ross. Wyglądała całkiem inaczej niż kiedyś. Kurwa, ani trochę nie przypominała siebie! Cholera. Była zajebiście seksowna i gdyby nie to, że ją znam, że tyle nas kiedyś łączyło, chciałbym ją teraz puknąć. Jednak dostrzegłem na jej twarzy przemęczenie. Była wyczerpana i miała sporo siniaków na ciele. Myśląc sobie w ten sposób o mojej starej znajomej, usłyszałem pukanie do drzwi. Wcale nie chciało mi się wstawać, ale kiedy ktoś zaczął walić w drewnianą powłokę, wkurwiony wstałem i podszedłem do wejścia - Co jest kurwa?!.... - Myślałem, że po drugiej stronie znów będzie stała ta kobieta, ale był to ktoś zupełnie inny. Naprzeciwko mnie stał Alan z założonymi na siebie rękoma. Miał na sobie czarne okulary, skórzaną skórę, pod to białą koszulę i szerokie w kroku spodnie moro. Widać, że nieźle się dorobił.
- Cześć - Przywitał się - Mogę wejść? - Mierząc go wzrokiem, trzasnąłem drzwiami. Nie zamierzałem wpuszczać tego chuja do środka, więc po prostu zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem. Jakby to go miało powstrzymać. Gdy wróciłem na łóżko, ten kutas wszedł do mojego mieszkania i jakby nigdy nic, rozsiadł się wygodnie w moim ulubionym fotelu.
- Wypierdalaj stąd - Syknąłem wcale nie żartując.
- Możesz powiedzieć o co Ci chodzi? - Warknął - Od tygodni nie odbierasz moich telefonów...
- Nie bądź śmieszny. Myślałeś, że się nie dowiem?
- O co Ci chodzi? - Zdziwił się.
- Naprawdę chcesz to ciągnąć?
- No chyba jesteś moim przyjacielem, tak? - Uniosłem brew do góry słysząc to co do mnie mówi i muszę przyznać, że lekko się zdziwiłem. Alan nie jest typem chłopaka, który mówi wprost o swoich uczuciach. Kiedyś byliśmy naprawdę blisko, ale rzadko zwracał się do mnie w tak miły sposób.
- Nigdy nim nie byłem - Warknąłem. Aby nie musiał ciągnąć dalej tej nudnej szopki, wyciągnąłem z szuflady zdjęcia które dostałem od Roksany i wręczyłem plik dokumentów Alanowi - Nie udawaj.
- Niby co mam udawać? To tylko zdjęcia. Co z nimi nie tak? - Zlustrował fotografie którą ode mnie przed chwilą dostał, ale jakoś zbytnio się tym nie przejął.
- A to kurwa, że jesteś na nich z Ross! - Wrzasnąłem nie mogąc dłużej wytrzymać - Myślisz, że nie wiem, że jesteście razem?
- Co? - O dziwo zamiast się przyznać, wybuchnął śmiechem - Sorry, ale pierdolisz głupoty.
- Nie udawaj. Wiem wszystko. Udawałeś mojego przyjaciela a tak naprawdę to za plecami pierdoliłeś moją byłą....
- Wystarczy! - Warknął waląc pięścią w stół. Zerwał się na nogi i teraz staliśmy twarzą w twarz. Wkurwił się. Nigdy wcześniej nie widziałem, aby tak przejął się jakąkolwiek laską. Więc najwidoczniej miałem rację mówiąc, że coś ich łączy. Dostrzegłem na jego twarzy nutę zastanowienia. Myślał o czymś, ale trwało to bardzo krótko. Dopiero potem znów na mnie spojrzał - Nie waż się tak o niej mówić!
- Bo co mi zrobisz? - Parsknąłem - Teraz będziesz bronić tej suki?
- Przeginasz... - Widziałem na jego twarzy jak traci cierpliwość. Wkurwiał się coraz bardziej. Zacisnął pięść, aby powstrzymać się przed napadem na mnie, ale kiedy ponownie obraziłem Ross, poczułem jak mój policzek płonie. Ten chuj przywalił mi pięścią w twarz. Od nadmiaru jego siły, zleciałem na podłogę nie mogąc utrzymać równowagi na nogach. Szybko spróbowałem wstać, ale wtedy poczęstował mnie strzałem w brzuch. Kopnął mnie tak mocno, że splunąłem krwią na ten piękny kremowy dywan.
- Już.. nie... żyjesz... - Ledwo wydyszałem.
- Stary, coś Ty ze sobą zrobił... - Pokręcił niedowierzanie głową jakby to wszystko było dla niego czymś niemożliwym - Przez to gówno nie jesteś sobą! - Rzucił we mnie małym woreczkiem, który jeszcze niedawno leżał na szklanym blaciku a teraz znajdował się na moim ramieniu - Staczasz się!
- Chuj Cię to obchodzi... Zjeżdżaj stąd.. - Nieoczekiwanie do mieszkania weszła Roksana. Czerwona spódniczka, czarne rajstopy, wysokie szpilki i bluzka ukazująca jej sztuczny biust.
- Co tu się dzieje?! - Wrzasnęła - Oszalałeś?! - Te słowa skierowała już tylko i wyłącznie w jego stronę.
- A Ty co tu robisz? - Zdziwił się.
- Chcesz zabić ojca mojego dziecka?!
- Co? - Mrugnął gwałtownie oczyma zdziwiony jej słowami - Ojcem? - Powtórzył.
- Głuchy jesteś?! Dylan będzie miał ze mną...
- Zamknij się! - Wtrąciłem by nie mówiła nic dalej. Boże, ona naprawdę jest tak głupia?! Przecież nigdy nie mówiłem, że wychowam tego bachora. Zwykła wpadka.
- Jesteś z nim w ciąży...?
- Oczywiście!
- Nie wierzę...
- Co się tak gapisz? - Warknąłem wreszcie wstając na nogi - Czas już na Ciebie.
- A więc naprawdę jesteś debilem - Syknął - A co z Ross? Pomyślałeś o niej?
- Ross to przeszłość. Już dawno mnie nie obchodzi.
- Tak? Nie masz pojęcia co się z nią dzieje, prawda? Co słychać w jej życiu? Szkoda. Dużo byś się dowiedział...
- To Wy sprowadziliście na mnie tą kobietę..
- To Twoja matka!
- Gówno prawda!
- Nigdy wcześniej Cię nie okłamałem..- Nie odpowiedziałem, tylko spuściłem wzrok ocierając dłonią krew, która spływała z moich ust - Kiedyś byliśmy jak bracia... A Ty to wszystko spierdoliłeś! Mam nadzieję, że będziesz żałował że wpierdoliłeś się w to gówno... - Mówiąc to, wyszedł. Nie pobiegłem za nim, nie krzyknąłem by poczekał. To nie miało już sensu. W chwili kiedy Alan opuścił moje mieszkanie, zdałem sobie sprawę z tego, że to naprawdę koniec naszej przyjaźni. Zbyt wiele się wydarzyło.
- Odpowiesz mi?! - Głos tej idiotki rozniósł się po mojej głowie niczym echo w pustym pomieszczeniu. Mrugnąłem zdezorientowany oczyma powracając tym do rzeczywistości i dopiero wtedy dostrzegłem jak ta larwa stoi blisko mnie. Nawet nie wiedziałem co przedtem mówiła.
- Zbieraj się. Mam coś do załatwienia na mieście a Ty nie zostaniesz tu sama.
- Dokąd jedziesz? - Zdziwiła się.
- Wyjaśnić sprawę z tą kobietą - Narzuciłem na ramiona bluzę, wziąłem kluczyki od auta i nim wyszedłem na zewnątrz, mocno chwyciłem Roksanę za ramie - Jeszcze raz powiesz komuś, że będziemy mieli dziecko to utopię Cię razem z tym bachorem. Rozumiesz? - Kiwnęła potwierdzająco głową i dopiero wtedy ją puściłem - A teraz wynocha.
- Jadę z Tobą! - Wzruszyłem smętnie ramionami. Chciała jechać? Proszę bardzo. Może być śmiesznie gdy stanie twarzą w twarz z Ross bo tam własnie się wybieram. Do mieszkania mojej starej koleżanki.....
***ROSS***
Siedziałam skulona pod drzewem z nadzieją, że to mi pomoże, niestety pomoc nie nadchodziła z żadnej strony. Zapadał mrok a ja wciąż nie przestawałam płakać. Kiedy Filip powiedział mi o mojej niezbyt ciekawej sytuacji, nie wytrzymałam i wybiegłam z jego gabinetu. Potrzebowałam wtedy chwili samotności i to najlepiej na świeżym powietrzu. Szłam wzdłuż chodnika, nie wiedząc dokąd idę bo tak naprawdę nigdy wcześniej nie przebywałam w tej stronie miasta. Dopiero kiedy Dylan mnie tu po raz pierwszy przywiózł, zaprzyjaźniłam się z doktorkiem. I to chyba tyle. Gdy nie miałam już sił na dalszą ucieczkę od tego przeklętego miejsca, udałam się do paku, który dostrzegłam w zasięgu swojego wzroku. Nie miałam ochoty siadać na żadną ławkę, nie chciałam być na widoku, więc kucnęłam pod jednym z drzew które tu rosną i oparłam głowę o jego twardą korę.
,, - Ross, Ty... Boże... Ty.. Jesteś w ciąży... '' Te słowa nieustannie krążyły w moich myślach. Czułam, że się duszę. Czułam, że brakuje mi wystarczającej ilości powietrza bym mogła normalnie oddychać. Traciłam widoczność a świat tracił barwę swoich kolorów. To był dla mnie za duży cios.
- Przepraszam, wszystko w porządku? - Spytała kobieta, która przechodziła obok. Widząc mnie w takim stanie, zaniepokoiła się. Kiwnęłam potwierdzająco głową nie bardzo wiedząc o co chodzi i na szczęście nie drążyła tematu tylko odeszła. Po raz któryś odezwał się mój telefon. Nie wiedziałam kto dzwoni gdyż był schowany w kieszeni i szczerze mówiąc, miałam to gdzieś. Nie chciałam z nikim gadać. Nie teraz.
Wiatr wiał coraz mocniej. Powietrze nie było już tak przyjazne. Mimo panującego lata, zanosiło się tego wieczoru na deszcz.
- Jestem w ciąży... - Szepnęłam. Tak trudno było mi wypowiedzieć te słowa. Najgorsze jednak było to, czyje było dziecko. Spałam tylko z jednym mężczyzną - Boże.. - Dławiłam się własnymi łzami. Przepełnione smutkiem i goryczą, spływały po moich policzkach kapiąc tym samym na ziemie.
Dochodziła dwudziesta. Od kilku dobrych godzin nie było mnie w domu. Czas wracać. Czy chciałam czy nie, musiałam za niedługo znaleźć się w domu. Zapewne moi rodzice odchodzili już od zmysłów.
Wezwałam wiec taksówkę i najprędzej jak tylko się dało, wróciłam do mieszkania. Na nieszczęście dziś mojego ojca odwiedził jego wspólnik z którym miał wynegocjować pewien przetarg. Zapomniałam o kolacji która miała miejsce w salonie. Dwadzieścia nieodebranych połączeń od mojej matki także nie zdołało mnie poinformować o spotkaniu biznesowym. Cholera! Mokra niczym szczur, weszłam z zabłoconymi buciorami do mieszkania. Panowała błoga cisza. Z nadzieją, że uda mi się wślizgnąć niezauważalnie do sypialni, podreptałam w stronę schodów.
- Mogę wiedzieć gdzie byłaś? - Surowy głos mojej matki, rozniósł się stanowczo po korytarzu. Cholera! Cholera! Cholera! - I do diaska... jak Ty wyglądasz?!
- Ja.. - Jęknęłam nie bardzo wiedząc co zrobić w tej sytuacji - Przepraszam.. Kompletnie zapomniałam...
- Nie przede mną powinnaś się tłumaczyć, lecz przed Twoim ojcem. Wiesz, ile włożył w to wysiłku i pracy? Liczył na Ciebie. Miałaś go wspierać i mu towarzyszyć a Ty go zawiodłaś...
- Naprawdę mi przykro...
- Idź się umyć i przebrać. Jak najszybciej zejdź do salonu aby nie zepsuć wszystkiego....
- Przecież nie zrobiłam tego specjalnie! - Uniosłam nieco ton swojego głosu. Zrobiłam to po raz pierwszy. Nie miałam humoru, świat mi się zawalał i jeszcze moja mama, która miała do mnie pretensje o taką wpadkę. Przecież każdemu może się zdarzyć.
- Rozalio Evans, nie podnoś więcej na mnie swojego głosu oraz mojego ciśnienia! Masz dziesięć minut aby pojawić się na dole z powrotem - Nie dając mi szansy na odpowiedź, odeszła. Wcale nie chciałam widzieć się z tymi starymi zrzędami jakimi byli znajomi moich rodziców, ale kto by mnie tam słuchał. Wykonałam polecenie mamy i szybko się umyłam. Potem włożyłam na siebie białą sukienkę i białe szpilki. Włosy wysuszyłam suszarką i jak zawsze, same się pokręciły. Wyglądałam koszmarnie i tak też się czułam. Niestety musiałam udać się na ta przeklętą kolację. Trwała ona bardzo długo. Ciągnęła się i ciągnęła. Każdy coś do mnie mówił, zaczepiał mnie, uśmiechał się. Musiałam udawać, że wszystko gra chociaż tak naprawdę rozwalało mnie od środka. Nikt nie wiedział co się dzieje.
Do sypialni wróciłam późno. Dochodziła dwudziesta czwarta nim leżałam w swoim łóżku. Przed snem odwiedziła mnie moja matka, która przeprosiła za swoje wcześniej zachowanie i zapytała czy wszystko gra. Skłamałam mówiąc, że tak. Nie chciałam ją martwić tym co nieuniknione.
Wreszcie wtuliłam się w swoją grubą podusie i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zasnęłam. Nie śniło mi się nic specjalnego. Wręcz przeciwnie, czarna pustka. Kolejne dni także mijały bez większego entuzjazmu. Praktycznie nie wychodziłam z domu, z nikim się nie widziałam tłumacząc, że jestem chora oraz nikogo nie przyjmowałam. Zamknięta w czterech ścianach, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo potrzebuję rozmowy z kimkolwiek. Coraz bardziej popadałam w depresje. Raz nawet chciałam podciąć sobie żyły z nadzieją, że wreszcie zakończę to piekło w jakim żyje, ale w ostatniej chwili powstrzymał mnie od tego Michał, który przyszedł sprawdzić moje samopoczucie. Prosiłam mamę by nikogo nie wpuszczała, jednak nie bardzo liczyła się wtedy z moim zdanie. Michał jak to Michał, wpadł w szał zaskoczony tym co zamierzam zrobić. Nikt mnie nie rozumiał. Szybko zbagatelizowałam sprawę zabójstwa tłumacząc, że jestem przemęczona, że nie wiem co robić. Tak też było. Naprawdę nie miałam pojęcia jak dalej postępować! Uwierzył. Z trudem, ale uwierzył informując mnie, że od teraz będzie przychodził do mnie dzień w dzień sprawdzając mój stan zdrowotny. Najgorsze było to, że mój umysł zaprzątała tylko jedna osoba. Dylan Cooper, ojciec mojego nienarodzonego dziecka. Nienawiść jaką czułam do tego chama, była niewyobrażalnie wielka. Brzydziłam się nim. Żałowałam, że kiedykolwiek kochałam tego dupka. Gdybym mogła tylko cofnąć czas... Nigdy bym nie spotkała się z Cooperem a już na pewno bym z nim nie poszła do łóżka. Po raz kolejny mam zrujnowane życie i to zawsze przez tą samą osobę. Przez niego... Sprzątając w szafie, znalazłam stare zdjęcie które leżało na dnie tego drewnianego prostokąta. Zaciekawiona podniosłam obrazek, ale szybko tego pożałowałam. Na fotografii znajdowałam się ja wraz z Dylanem, przytuleni do siebie. Siedzieliśmy w jego domu na białej kanapie. Łzy same napłynęły do moich oczu. Poczułam się jeszcze gorzej niż przedtem.
- Cholerny Cooper! - Nie czekając na nic, podarłam dokładnie jego twarz by nie musieć dłużej na nią patrzeć - Dlaczego tak bardzo mnie zniszczyłeś?! - Krzyknęłam - Dlaczego? - Ostatnie słowo wypowiedziałam szeptem...
Któregoś piątkowego popołudnia, jak zwykle leżałam w swoim łóżku chowając głowę w morką poduszkę, kiedy ktoś zaczął pukać w drzwi mojego pokoju. Kolejna osoba, która chce mnie wypytać o moje samopoczucie. Świetnie. Nim zdążyłam krzyknąć, że nie ma mnie w środku, do pomieszczenia wszedł blondyn ubrany na czarno. Wszedł niczym do siebie.
- Hej - Przywitał się z lekkim uśmiechem na twarzy - Jak się czujesz? - Spytał.
- Alan? - Moja mina była bezcenna. Nie widzieliśmy się odkąd wróciliśmy do kraju i nagle od tak sobie do mnie przychodzi. Widok tego chłopaka u siebie w pokoju wywołał przyjemne uczucie w moim sercu. Sama nie wiem czemu, ale to było miłe - Co tu robisz?
- Przyszedłem sprawdzić jak się masz - Rozglądnął się dookoła jakby był tu po raz pierwszy i w sumie tak też było a potem rozsiadł się wygodnie na brzegu mojego łóżka - Rozmawiałem z matką Dylana. Informuje mnie na bieżąco o całej sytuacji.
- Tylko o to chodzi?
- W sumie nie...
- Wiec o co? - Nalegałam.
- Przyszedłem sprawdzić jak się masz. Słyszałem, że nie za dobrze i widzę, że mnie nie okłamali - Spojrzał mi w oczy i przeszył na wskroś moje przemęczone ciało. Nie miałam szans okłamać go, że wszystko gra. Zdawał sobie sprawę, że walczyłam z ogromnym problemem o którym nie wie nikt. Najbardziej jednak miało dla mnie największe znaczenie to, że przyszedł do mnie, że interesował się moim zdrowiem. Alan Frycz. Ten sam, który kilkakrotnie groził mi pobiciem, śmiercią czy innym nieszczęściem - W dodatku widziałem się z Dylanem. Jest z nim coraz gorzej...
- Przepraszam, wszystko w porządku? - Spytała kobieta, która przechodziła obok. Widząc mnie w takim stanie, zaniepokoiła się. Kiwnęłam potwierdzająco głową nie bardzo wiedząc o co chodzi i na szczęście nie drążyła tematu tylko odeszła. Po raz któryś odezwał się mój telefon. Nie wiedziałam kto dzwoni gdyż był schowany w kieszeni i szczerze mówiąc, miałam to gdzieś. Nie chciałam z nikim gadać. Nie teraz.
Wiatr wiał coraz mocniej. Powietrze nie było już tak przyjazne. Mimo panującego lata, zanosiło się tego wieczoru na deszcz.
- Jestem w ciąży... - Szepnęłam. Tak trudno było mi wypowiedzieć te słowa. Najgorsze jednak było to, czyje było dziecko. Spałam tylko z jednym mężczyzną - Boże.. - Dławiłam się własnymi łzami. Przepełnione smutkiem i goryczą, spływały po moich policzkach kapiąc tym samym na ziemie.
Dochodziła dwudziesta. Od kilku dobrych godzin nie było mnie w domu. Czas wracać. Czy chciałam czy nie, musiałam za niedługo znaleźć się w domu. Zapewne moi rodzice odchodzili już od zmysłów.
Wezwałam wiec taksówkę i najprędzej jak tylko się dało, wróciłam do mieszkania. Na nieszczęście dziś mojego ojca odwiedził jego wspólnik z którym miał wynegocjować pewien przetarg. Zapomniałam o kolacji która miała miejsce w salonie. Dwadzieścia nieodebranych połączeń od mojej matki także nie zdołało mnie poinformować o spotkaniu biznesowym. Cholera! Mokra niczym szczur, weszłam z zabłoconymi buciorami do mieszkania. Panowała błoga cisza. Z nadzieją, że uda mi się wślizgnąć niezauważalnie do sypialni, podreptałam w stronę schodów.
- Mogę wiedzieć gdzie byłaś? - Surowy głos mojej matki, rozniósł się stanowczo po korytarzu. Cholera! Cholera! Cholera! - I do diaska... jak Ty wyglądasz?!
- Ja.. - Jęknęłam nie bardzo wiedząc co zrobić w tej sytuacji - Przepraszam.. Kompletnie zapomniałam...
- Nie przede mną powinnaś się tłumaczyć, lecz przed Twoim ojcem. Wiesz, ile włożył w to wysiłku i pracy? Liczył na Ciebie. Miałaś go wspierać i mu towarzyszyć a Ty go zawiodłaś...
- Naprawdę mi przykro...
- Idź się umyć i przebrać. Jak najszybciej zejdź do salonu aby nie zepsuć wszystkiego....
- Przecież nie zrobiłam tego specjalnie! - Uniosłam nieco ton swojego głosu. Zrobiłam to po raz pierwszy. Nie miałam humoru, świat mi się zawalał i jeszcze moja mama, która miała do mnie pretensje o taką wpadkę. Przecież każdemu może się zdarzyć.
- Rozalio Evans, nie podnoś więcej na mnie swojego głosu oraz mojego ciśnienia! Masz dziesięć minut aby pojawić się na dole z powrotem - Nie dając mi szansy na odpowiedź, odeszła. Wcale nie chciałam widzieć się z tymi starymi zrzędami jakimi byli znajomi moich rodziców, ale kto by mnie tam słuchał. Wykonałam polecenie mamy i szybko się umyłam. Potem włożyłam na siebie białą sukienkę i białe szpilki. Włosy wysuszyłam suszarką i jak zawsze, same się pokręciły. Wyglądałam koszmarnie i tak też się czułam. Niestety musiałam udać się na ta przeklętą kolację. Trwała ona bardzo długo. Ciągnęła się i ciągnęła. Każdy coś do mnie mówił, zaczepiał mnie, uśmiechał się. Musiałam udawać, że wszystko gra chociaż tak naprawdę rozwalało mnie od środka. Nikt nie wiedział co się dzieje.
Do sypialni wróciłam późno. Dochodziła dwudziesta czwarta nim leżałam w swoim łóżku. Przed snem odwiedziła mnie moja matka, która przeprosiła za swoje wcześniej zachowanie i zapytała czy wszystko gra. Skłamałam mówiąc, że tak. Nie chciałam ją martwić tym co nieuniknione.
Wreszcie wtuliłam się w swoją grubą podusie i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zasnęłam. Nie śniło mi się nic specjalnego. Wręcz przeciwnie, czarna pustka. Kolejne dni także mijały bez większego entuzjazmu. Praktycznie nie wychodziłam z domu, z nikim się nie widziałam tłumacząc, że jestem chora oraz nikogo nie przyjmowałam. Zamknięta w czterech ścianach, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo potrzebuję rozmowy z kimkolwiek. Coraz bardziej popadałam w depresje. Raz nawet chciałam podciąć sobie żyły z nadzieją, że wreszcie zakończę to piekło w jakim żyje, ale w ostatniej chwili powstrzymał mnie od tego Michał, który przyszedł sprawdzić moje samopoczucie. Prosiłam mamę by nikogo nie wpuszczała, jednak nie bardzo liczyła się wtedy z moim zdanie. Michał jak to Michał, wpadł w szał zaskoczony tym co zamierzam zrobić. Nikt mnie nie rozumiał. Szybko zbagatelizowałam sprawę zabójstwa tłumacząc, że jestem przemęczona, że nie wiem co robić. Tak też było. Naprawdę nie miałam pojęcia jak dalej postępować! Uwierzył. Z trudem, ale uwierzył informując mnie, że od teraz będzie przychodził do mnie dzień w dzień sprawdzając mój stan zdrowotny. Najgorsze było to, że mój umysł zaprzątała tylko jedna osoba. Dylan Cooper, ojciec mojego nienarodzonego dziecka. Nienawiść jaką czułam do tego chama, była niewyobrażalnie wielka. Brzydziłam się nim. Żałowałam, że kiedykolwiek kochałam tego dupka. Gdybym mogła tylko cofnąć czas... Nigdy bym nie spotkała się z Cooperem a już na pewno bym z nim nie poszła do łóżka. Po raz kolejny mam zrujnowane życie i to zawsze przez tą samą osobę. Przez niego... Sprzątając w szafie, znalazłam stare zdjęcie które leżało na dnie tego drewnianego prostokąta. Zaciekawiona podniosłam obrazek, ale szybko tego pożałowałam. Na fotografii znajdowałam się ja wraz z Dylanem, przytuleni do siebie. Siedzieliśmy w jego domu na białej kanapie. Łzy same napłynęły do moich oczu. Poczułam się jeszcze gorzej niż przedtem.
- Cholerny Cooper! - Nie czekając na nic, podarłam dokładnie jego twarz by nie musieć dłużej na nią patrzeć - Dlaczego tak bardzo mnie zniszczyłeś?! - Krzyknęłam - Dlaczego? - Ostatnie słowo wypowiedziałam szeptem...
Któregoś piątkowego popołudnia, jak zwykle leżałam w swoim łóżku chowając głowę w morką poduszkę, kiedy ktoś zaczął pukać w drzwi mojego pokoju. Kolejna osoba, która chce mnie wypytać o moje samopoczucie. Świetnie. Nim zdążyłam krzyknąć, że nie ma mnie w środku, do pomieszczenia wszedł blondyn ubrany na czarno. Wszedł niczym do siebie.
- Hej - Przywitał się z lekkim uśmiechem na twarzy - Jak się czujesz? - Spytał.
- Alan? - Moja mina była bezcenna. Nie widzieliśmy się odkąd wróciliśmy do kraju i nagle od tak sobie do mnie przychodzi. Widok tego chłopaka u siebie w pokoju wywołał przyjemne uczucie w moim sercu. Sama nie wiem czemu, ale to było miłe - Co tu robisz?
- Przyszedłem sprawdzić jak się masz - Rozglądnął się dookoła jakby był tu po raz pierwszy i w sumie tak też było a potem rozsiadł się wygodnie na brzegu mojego łóżka - Rozmawiałem z matką Dylana. Informuje mnie na bieżąco o całej sytuacji.
- Tylko o to chodzi?
- W sumie nie...
- Wiec o co? - Nalegałam.
- Przyszedłem sprawdzić jak się masz. Słyszałem, że nie za dobrze i widzę, że mnie nie okłamali - Spojrzał mi w oczy i przeszył na wskroś moje przemęczone ciało. Nie miałam szans okłamać go, że wszystko gra. Zdawał sobie sprawę, że walczyłam z ogromnym problemem o którym nie wie nikt. Najbardziej jednak miało dla mnie największe znaczenie to, że przyszedł do mnie, że interesował się moim zdrowiem. Alan Frycz. Ten sam, który kilkakrotnie groził mi pobiciem, śmiercią czy innym nieszczęściem - W dodatku widziałem się z Dylanem. Jest z nim coraz gorzej...