wtorek, 25 października 2016

Rozdział 16

,, I am not a fucker ''

***DYLAN***

Jako jedyny siedziałem w ławce i nie zamierzałem gdziekolwiek się ruszać. To miejsce mnie przytłaczało. Byłem jedyną osobą, która chciała jak najszybciej opuścić ten budynek. Brało mnie na wymioty, powstrzymywałem płacz i tłamsiłem w sobie wybuch gniewu. Jeszcze chwila a nie wytrzymam. Jak dla mnie to to wszystko było niepotrzebne. Po co jakaś tandetna msza, która i tak nic nie wniesie do naszego życia? Po co urządzać pożegnalny obiad, zwany stypą? Uważałem, że najlepiej będzie pożegnać Ross w sposób normalny. Dlaczego tak? Ponieważ znałem ją na tyle dobrze, aby wiedzieć że to jej wystarczy. Że tak by chciała. Oczywiście nikt mnie nie słuchał, ponieważ jej rodzice byli innego zdania i to oni mieli decydujący głos. W końcu byli jej rodzicami.
Przeniosłem wzrok na osoby siedzące ławkę obok. Szczupła blondynka w spiętych włosach kurczowo trzymała dłoń wysokiego mężczyzny. Klara Evans. Matka mojej ukochanej siedziała z głową w dół nie zwracając uwagi na otaczający ją świat. Natomiast jej ojciec nie zamierzał się poddawać. W każdej sekundzie próbował ją wesprzeć i dodać otuchy żonie. Żałosne. Jakby to miało coś zmienić w ich życiu.
- Ross była osobą która w każdym widziała coś dobrego... - Podniosłem wzrok, aby skupić się na przemowie mojego przyjaciela. Nawet on został wciągnięty w ten cały cyrk. Przetarł kciukiem zmarszczone czoło i jakby nie wiedząc co mówić dalej, spojrzał na mnie. Wiedziałem do czego zmierzał, ale od razu kiwnąłem przecząco głową. Wystarczy, że tu przyszedłem. Z bitwy na spojrzenia, którą toczyłem z Alanem, wyrwał mnie płacz dziecka. Donośny dźwięk małego gówniarza rozległ się po wnętrzu kościoła niczym echo w pustym pałacu. Odruchowo zerknąłem w jego stronę. Wózek w którym się znajdował, stał tyłem do mnie więc nie było możliwości bym dostrzegł rysy jego twarzy. Wstyd przyznać, że nie wiem jak wygląda moje własne dziecko.

,,  Wolnym krokiem zbliżyłem się do ślicznej recepcjonistki, która na mój widok zaczęła się uśmiechać. Głupia krowa. Nie przyszedłem tu dla niej. Kiedy ruszyłem w stronę windy, wyskoczyła z drewnianej lady tylko po to, aby stanąć naprzeciwko mnie.
- Pan Dylan - Zaczęła nieśmiało - Tak wcześnie? - Zlustrowałem uważnie twarz dziewczyny po czym zszedłem niżej i odruchowo przygryzłem dolną wargę. Nigdy wcześniej jej tu nie widziałem. Spojrzałem na etykietkę którą nosiła przypiętą do fartucha. Sophia. Mhm. Tylko co mnie to obchodzi.
- My się znamy? - Spytałem marszcząc czoło. Tik tak. Czas leciał a ja jeszcze nie byłem przy swojej ukochanej. Postanowiłem nie marnować więcej ani chwili i stanowczym krokiem ruszyłem przed siebie. To jej nie przeszkodziło. Ruszyła za mną.
- Tak. To znaczy nie, ale ja pana znam - Parsknęła wstydliwie. Serio? Wstydziła się? Przed chwilą siłą zagrodziła mi drogę tylko po to, aby do mnie zagadać a teraz się wstydzi? Śmieszne. Ona była śmieszna.
- Sorry, ale śpieszy mi się - Kiedy chciałem odejść, spostrzegłem w oddali przyjaciela Ross. Chwila, chwila. Jak on się nazywał? Kurde. Kiedyś z nią chodził, biłem się z nim... Kurwa! Tylko dlaczego płakał? Ehm, nie żeby coś, ale płakać w szpitalu przy wszystkich? Ja przynajmniej ostatnim razem wyszedłem na zewnątrz. Jednak jego zachowanie nie dawało mi spokoju. Przekląwszy w duchu, podszedłem do niego, aby upewnić się czy wszystko w porządku. Cholera, zmieniłem się. Ona mnie zmieniła. No cóz. Potem się nad tym zastanowię.
- Czego chcesz? - Warknął kiedy tylko się do niego zbliżyłem. Uhm? Twardziel mu się włączył? Wciąż darzył mnie urazami w przeszłości? Z tego co wiem to pozbierał się po stracie Ross i w sumie to nawet znalazł sobie chyba nową dziewczynę. Przynajmniej tak mi się zdawało.
- Wszystko w porządku? - Spytałem. Kiwnął przecząco głową i odruchowo przetarł kciukiem usta. Chwile później leżałem na podłodze nie wiedząc co się właściwie stało. Jedynie czułem piekący mnie policzek i okolice oka. Ten sukinsyn mnie uderzył. Nie zamierzałem czekać. Jak najszybciej skoczyłem na równe nogi i widząc jak wymierza we mnie kolejny cios, wyprzedziłem go. Jednym mocnym ruchem chwyciłem jego gardło po czym przysunąłem jego mizerne ciało do najbliższej ściany - Masz jakiś kurwa problem? - Tym razem to ja warknąłem a żyły na mojej szyi uwydatniły się do granic możliwości.
- To przez Ciebie.... Przez-Ciebie-Ross-nie-ży,,,! - Wycharczał. Nim zdążył dokończyć swoją wypowiedź, ścisnąłem dłoń jeszcze bardziej. Kutas pierdolony.
- Coś Ty powiedział? - Nie dając mu szans na wytłumaczenie, szarpnąłem nim tak mocno, aż zachłysnął się własnym powietrzem. Dlaczego się nie bronił? Dlaczego odpuścił i wciąż płakał? - Co tu sie kurwa dzieje? - Wreszcie go puściłem i zmrużywszy oczy, cofnąłem się do recepcji.
- Zmieniłeś zdanie? - Widok śliniącej się młodej dziewczyny, wprawił mnie w jeszcze większą złość.
- O co tu do cholery chodzi? Co z Ross? Jak się czuje? - Ponagliłem. Spojrzała na mnie zaskoczona, ale nie zamierzała pytać. A ja nie zamierzałem długo czekać - Mów! - Wrzasnąłem jednocześnie waląc pięścią w drewniany blat. Podskoczyła przestraszona przez co zrobiło mi się głupio. Chciałem przeprosić, niestety widząc dziwny grymas na jej twarzy, zignorowałem to dziwne ukłucie w moim brzuchu. Wyrzuty sumienia mogły poczekać.
- Chodzi o Ross Evans? - Spytała niepewnie. Kiwnąłem twierdząco głową - Przykro mi, ale zmarła dziś w nocy...
- Słucham? To jakaś pomyłka. W którym pokoju leży? Musze ją zobaczyć...
- Panie Dylanie. Dziewczyna o imieniu Ross Evans zmarła dziś około 3 w nocy. Lekarze nie mogli nic zrobić..... - Nastała chwila ciszy. Poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Zamknąwszy oczy, wyobraziłem sobie twarz Evans. Ale nie taką jak wróciła z podróży. Przed oczyma miałem obraz dziewczyny, którą poznałem w zeszłym roku w szkole. Nagle oprzytomniałem. Wziąwszy głęboki wdech, biegiem ruszyłem na samą górę budynku. Nie zamierzałem nawet czekać na pieprzoną windę. Wpadając na którymś piętrze na Filipa, domagałem się jakiejkolwiek wiadomości. prosiłem Boga o to, aby to była pierdolona pomyłka. A przecież ja nawet w niego nie wierzyłem.
- Przykro mi... - Łza po łzie zaczęła spływać z jego policzków.
- Nie! Nie kurwa! To niemożliwe! - Wrzasnąłem nie mogąc zrozumieć tego co zostało mi przekazane. Filip nie zamierzał nic więcej mówić. Wyminął mnie i jak najszybciej odszedł ze spuszczoną głową.... ''

- Dylan, może zechcesz coś powiedzieć na pożegnanie? - Mrugnąłem kilkakrotnie oczyma słysząc swoje imię. Głos przyjaciela wyrwał mnie z rozmyśleń i przywrócił do rzeczywistości. Znów znajdowałem się w tym zakichanym kościele. Od śmierci Ross minęły trzy dni. Dziś jej pogrzeb i w sumie nie wiem po co tu przyszedłem. Chyba tylko po to, aby po prostu być.
- Nie dzięki - Warknąłem zaciskając kurczowo dłoń na kolanie. Ciche szepty wydobyły się z ludzi siedzących niedaleko mnie. Mówili o mnie i nawet się z nim specjalnie nie kryli. Matka Ross jako jedyna siedziała ze spuszczoną głową i nie mierzyła mnie pełnym nienawiści spojrzeniem. No dobra. Wstałem i rozglądając się dookoła, wolnym krokiem ruszyłem w stronę Alana. Stał tuż przy ołtarzu i czekał na mnie aż zajmę miejsce obok niego. Myślał, że potrzebuję wsparcia. W sumie prawda. Wsparcia potrzebowałem od trzech dni, ale ten dupek ponownie gdzieś zniknął.
- Ja... - Zacząłem niepewnie. Zerknąłem na rodziców mojej ukochanej, potem przejechałem wzrokiem po tłumie ludzi zajmujących wszystkie ławki i na koniec moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Michała oraz Pauli. Oni również całą mszę starali się powiedzieć mi jak bardzo mnie nienawidzą - Pierdolić to - Warknąłem. Widok zgromadzonych tu osób na moją wypowiedź, złapało się za serce.
- Synu, co Ty wyprawiasz.. - Szepnął ksiądz. Zakpiłem zrozpaczony. Miałem dość.
- To przedstawienie nie przywróci nam Ross. Mam włączyć się w ten wasz śmieszny teatrzyk i mówić jak bardzo mi jej brakuje? Otóż bardzo. Nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo. Ale pieprzenie o tym w kółko i rozpamiętywanie starych ran, nie pomoże mi w niczym dobrym.  Tylko wciąż na nowo będę doznawał bólu, który z każdym dniem staje się coraz większy. Ale jest coś z czego jestem dumny. Miałem tę przyjemność, że kochałem ją a ona mnie i tego nikt mi już nie odbierze... - Nie czekając na nic więcej ruszyłem do wyjścia. Musiałem zapalić. Jednak za nim odszedłem, musiałem załatwić jeszcze jedną sprawę. Zbliżyłem się do wózka w którym leżał rzekomo mój syn i kiedy zamierzałem spojrzeć na niego i powiedzieć jak bardzo go nienawidzę za odebranie mi Ross, ten mały gówniak otworzył oczy i spojrzał na mnie. Mimo tego, że był tak cholernie mały, że ledwo go widziałem, dostrzegłem jak się uśmiecha. Uśmiechnął się do mnie a ja dostrzegłem w nim coś niewyobrażalnego.
- Ross.. - Szepnąłem wciąż się na niego gapiąc. To była ona. Kurwa! Mógłbym przysiąc, że to była ona! Kręcąc głową, wybiegłem przerażony z kościoła. Chciałem wyć, krzyczeć i biec daleko przed siebie. Chciałem płakać...




czwartek, 9 czerwca 2016

Rozdział 15

,, I am not a fucker ''


,, Tamten nie może jej kochać tak jak on, nie może jej wielbić w taki sposób, nie jest w stanie dostrzec jej wdzięcznych ruchów ani tych szczególnych znaczków na jej twarzy. Jakby to tylko jemu było dane widzieć prawdziwy kolor jej oczu i poznawać smak jej pocałunków '' .

*** DYLAN ***

Nic się nie zmieniło, poza tym, że zrozumiałem jak bardzo kocham Ross. Stan dziewczyny nie ulegał żadnej zmianie. Od ponad trzech tygodni leży w szpitalnym łóżku nie dając nam żadnych szans na poprawę.
- Wciąż śpi - Szepnąłem zrozpaczony. Widok tak bezbronnej dziewczyny wzbudzał we mnie najgorsze uczucia. Wciąż myślałem o swojej głupocie przez którą pozwoliłem jej myśleć, że jest dla mnie nic nie warta. Może gdyby nie to, to wcale by jej tu teraz nie było? Gdyby czuła moje wsparcie, byłaby silniejsza? Odporna na chorobę?
- Obudzi się - Próbował mnie uspokoić. Każdego dnia ta sama rozmowa. Każdego dnia te same zdania i fałszywe uśmieszki. Ale ja wiedziałem swoje. Po prostu czułem. Czułem, że ją tracę. Znowu.
- Od ponad trzech  tygodni stan Ross nie uległ żadnej zmianie! - Wrzasnąłem nie mogąc już dłużej wytrzymać - Dlaczego Wy nic nie robicie?! - Obrzuciłem go groźnym spojrzeniem. W jego oczach dostrzegłem żal i współczucie. Dobrze wiedziałem co Filip miał na myśli. Aby nie popełnić żadnej głupoty, wstałem i wyszedłem na zewnątrz. Musiałem zapalić papierosa. Po prostu musiałem. Nie wiedziałem już jak powinienem się zachowywać, aby nikomu nie zrobić krzywdy. Nie panowałem nad ruchami własnych dłoni, gniew oblegał mój umysł a ja dusiłem się własnym powietrzem.
Usiadłem na jednej z ławek znajdujących się w ogrodzie szpitalnym. Najdalej jak to tylko możliwe od budynku i ludzi otaczających mnie z każdej strony. W głowie pojawiały się co rusz gorsze myśli. Powiem szczerze, że nawet chciałem się zabić. Po co? Po to, aby już nie myśleć o tym całym gównie w którym się znajduje. A siedziałem w nim po uszy. Właściwie to kiedy się to wszystko zaczęło?
Nie mogąc już dłużej tego wszystkiego znieść, łza po łzie zaczęły spływać po obu moich policzkach. Wcale nie byłem tak twardy jak przypuszczałem.
- Kurwa! - Krzyknąłem tracąc grunt pod stopami - Dlaczego Ross? Dlaczego nie ja?! - Nienawidziłem siebie za to, że ten koszmar spotkał ją a nie mnie. To naprawdę świetna dziewczyna. O wiele lepsza ode mnie a kto bardziej cierpi? Ona - Ten świat jest pojebany...
- Zgadzam się - Usłyszałem czyjś głos tuż obok mojego gównianego ciała. Nie miałem sił ani ochoty zorientować się z kim mam do czynienia. Z zamglonymi oczyma, odpaliłem kolejną fajkę. Wszystko mi jedno komu poświęcę pięć minut - Mogę się dosiąść? - Dopiero chwilę później spojrzałem na osobnika tej samej płci, który mimo, że nie dostał odpowiedzi, przysiadł się tuż obok mnie.
- Czego chcesz? - Spytałem nie mając ochoty na rozmowę z moim, jak to wszyscy mówili, bratem.
- Porozmawiać - Odparł spokojnie. Rzeczywiście był cholernie podobny do mnie. Kurwa. On wyglądał identycznie jak ja! Nigdy przedtem nie przyglądałem mu się tak uważnie jak w tej chwili.
- Daruj sobie. Nie mamy o czym - Z chwilą kiedy chciałem wstać, chwycił kurczowo za mój prawy nadgarstek, powodując, że moje ruchy stały się dosyć ograniczone.
- Nie boje się Ciebie - Wtrącił, nim zdążyłem cokolwiek dodać - Siadaj. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy - Niechętnie, ale wykonałem polecenie. Naprawdę musiałem być w złej formie, skoro czyjeś groźby na mnie zadziałały. Przestraszyłem się? Nie. W żadnych wypadku. Chodzi o to, że byłem zmęczony, aby w jakikolwiek sposób protestować. Gdyby doszło do bójki, przegrałbym już na samym początku. Przesiadywanie każdego dnia przy łóżku Ross, odbierało mi siły. Nie jadłem, nie piłem. Czuwałem przy niej dzień i noc w razie gdyby mnie potrzebowała. Przysiągłem sobie już nigdy jej nie zawieść - Jestem Sebastian.
- Wiem kim jesteś - Burknąłem - Ale mnie to nie obchodzi. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
- Słuchaj. Mi też nie podoba się ta sytuacja i to, że jesteśmy rodziną, ale chcę to wyjaśnić! Myślisz, że jestem szczęśliwy? Nie. Jednak poznanie się nie zaszkodzi. Uważam, że to będzie najlepsza decyzja jaką możemy oboje podjąć - Wziąwszy głęboki oddech, wolniutko wypuścił powietrze z płuc. Przetarłem kciukiem zmrużone powieki, które właśnie dawały znać o mojej bezsenności, a następnie posłałem mu groźne spojrzenie.
- A Ty myślisz, że mnie obchodzi Twoje zdanie? Posłuchaj mnie uważnie bo wyrażę się tylko jeden, jedyny raz! Mam w dupie Ciebie i kobietę, która rzekomo jest moją matką. Może i to prawda, że jesteśmy spokrewnieni, ale dla mnie jest to gówno ważne. Przez tyle lat wychowywałem się sam, moją jedyną rodziną był mój przyjaciel i ludzie, którzy przygarnęli mnie po narodzinach. Gdzie wtedy byliście? Gdzie wtedy do chuja była moja matka?! Szukała mnie?! Czy kiedykolwiek martwiła się o to gdzie jestem? Co robię? Jak się czuje?! Czy kiedykolwiek dała mi miłość której potrzebowałem?! Nie.... Nigdy nic takiego od niej nie dostałem. Wiesz w jaki sposób musiałem zarabiać na jedzenie? ... - Wydyszałem. Po raz kolejny w oczach miałem łzy. Czułem się cholernie źle. Od kilku dni nie przyjmowałem żadnych narkotyków, nie spożywałem alkoholu. Traciłem siły. Nie pamiętam kiedy ostatni raz zjadłem coś zdrowego Mój wybuch emocji miał wiele wspólnego z tym co dzieje się teraz z Ross.
- Chcę to wszystko naprawić... - Usłyszałem za plecami. Wstałem na równe nogi, aby zobaczyć kto dołączył się do rozmowy. Dwa kroki dalej stała osoba o której własnie rozmawialiśmy. Jakby nigdy nic, podeszła do mnie z zamiarem wtulenia się w moje ramiona. Odskoczyłem momentalnie powstrzymując się od uderzenia płci przeciwnej.
- Dajcie mi kurwa wszyscy święty spokój! - Warknąłem wkurwiony - Nie zbliżajcie się do mnie. Ross leży w szpitalu a Wy przychodzicie tu i zajmujecie się tylko swoimi sprawami? Ostatni raz powtarzam, dajcie mi kurwa spokój - Nie czekając na nic więcej, powróciłem do szpitala, aby być jak najbliżej miłości swojego życia. Dni oczywiście mijały bez zmian. Wszystko wydawało być się już wciąż takie same. Mało spałem, mało rozmawiałem z kimkolwiek i praktycznie nie opuszczałem pokoju Ross. Po co? Skoro i tak ma za niedługo umrzeć to chcę być przy niej jak najdłużej.

Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela. Wrzesień, październik, listopad. Zatrzymaliśmy się na listopadzie. Kolejne trzy miesiące w życiu Ross. W dalszym ciągu się nie obudziła. Wyglądała coraz gorzej. Jakby postarzała się o kilka lat. Naprawdę. Wyglądała okropnie. Straciła połowę włosów, schudła kolejnych pare kilogramów a na jej twarzy, same zaczęły pojawiać się ogromne siniaki. To już ten czas. Koniec życia Ross, zbliżał się niewyobrażalnie szybko.
W ostatni piątkowy wieczór, Filip zrobił spotkanie. Byli na nim wszyscy. Od rodziny Ross, do jej przyjaciół. Byłem oczywiście i ja. Niestety zabrakło jednej, ważnej osoby w życiu dziewczyny. W ostatnim czasie zbliżyła się do Alana, który nie dawał o sobie znaku życia. Rozumiałem, że chciał przemyśleć sobie wszystko na spokojnie, ale sądziłem, że obchodzi go życie mojej byłej dziewczyny. Spotkanie zorganizowane przez Filipa, miało na celu poinformowanie nas, że Ross już nigdy się nie obudzi. Jej organizm był zbyt słaby, w dodatku wciąż nosiła w sobie dziecko, które odbierało jej energię. Dlaczego do cholery nie mogli usunąć ciąży?! Wtedy miałbym szanse na chociażby pożegnanie się z nią!
- Cześć - Tuż obok mnie pojawił się nie kto inny jak mój były przyjaciel. Kilka miesięcy temu wyjechał z miasta nie tłumacząc po co i dlaczego. Jego obecność w tym miejscu wzbudziła we mnie ciekawość, ale i zarazem zdziwienie. Znika tak nagle a następnie pojawia się jakby nigdy nic? - Mogę się dosiąść?
- Cześć - Odpowiedziałem ściszonym głosem - Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Zawsze tu przychodzisz gdy masz problem - Wzruszył smętnie ramionami. Znajdowaliśmy się w pobliskim baru, jednym z najlepszych w mieście. Dochodziła dwudziesta pierwsza a ja ledwo trzymałem się na nogach. Dziś po raz pierwszy postanowiłem schlać się do nieprzytomności.
- Po co wróciłeś? - Wybełkotałem biorąc kolejnego łyka piwa,
- Dobrze wiesz. Pożegnać się z Ross.... - Spojrzałem na niego zmrużonymi oczyma. Ten skurwiel wyglądał naprawdę dobrze. W porównaniu do mnie, wyglądał zajebiście dobrze. Zero zmarszczek, jakichkolwiek siniaków, podkrążonych oczu - Poproszę to samo! - Tym razem zwrócił się do barmana. Paradoksalne jest to jak kilkanaście miesięcy temu przebywaliśmy w tym samym miejscu i zamiast prosić kogoś o cokolwiek, my po prostu żądaliśmy.
- Dobrze wyglądasz - Stwierdziłem - Widzę, że nie przejmowałeś się tym wszystkim tak samo jak ja.
- Dobrze wiesz dlaczego wyjechałem. Nie mogłem tu siedzieć tak bezczynnie. Choroba Ross, działa na mnie tak samo jak na Cie...
- Gówno prawda! - Wtrąciłem waląc pięścią w ścianę - Nikt nie rozumie co ja czuję. Nikt...
- Nie przyjechałem tu, aby się z Tobą kłócić. Musisz o czymś wiedzieć. Byłem wczoraj u Ricka, podsłuchałem jego rozmowę z jakimś gościem. Roksana nie jest w ciąży z Tobą...
- Co?
- Okłamuje Cię. Wrabia Cię w tego bachora.
- Żartujesz, prawda? - Warknąłem.
- Najgorsze jest to, że Ross nigdy nie pozna prawdy... - Pod wpływem emocji, wziąłem wielki zamach i zwaliłem z blatu wszystkie kubki. Nie chciałem marnować ani chwili dłużej - Dokąd idziesz?!
- Do Ross..
- Nie możesz prowadzić w takim stanie. Chodź, podwiozę Cię.. - Wziąwszy mnie pod ramie, zaprowadził moje gówniane ciało do swojego samochodu. Milczałem całą drogę. W głowie miałem scenę jak łamie wszystkie kości ten pierdolonej suce, która chciała wrobić mnie w tego bachora. Na miejsce dojechaliśmy w dwadzieścia minut. Nie zwracając na nic uwagi, wbiegłem na szpitalny korytarz i od razu ruszyłem w stronę widny. Nie obchodziła mnie godzina. Roksana od kilku miesięcy również przebywa w szpitalu. Jej ciąża także jest zagrożona z powodu narkotyków które ta dziwka przyjmowała.
Zataczając ogromne kółka, wreszcie dotarłem pod pokój tej wywłoki. Nie pukając, wbiegłem do środka. Nie spała. Leżała w łóżku rozmawiając jednocześnie z jakimś gościem.
- Dylan... - Uśmiechnęła się na mój widok - Tak się cieszę, że przyszedłeś...
- Od kiedy wiesz, że to nie moje dziecko - Warknąłem.
- Słucham? - Zdziwiła się - O czym Ty mówisz? Jesteś pijany..
- Od kiedy chcesz mnie w to wrobić?! - Wrzasnąłem.
- Stary, uspokój się.... - Ręka jej kolegi powędrowała na moje ramię. Odruchowo odskoczyłem w bok i mimo, że byłem pijany, z całych sił przywaliłem temu debilowi w twarz. Zakrztusił się własną krwią, ale nie odpowiedział tym samym. Wręcz przeciwnie. Wybiegł z pomieszczenia niczym tchórz.
- Co Ty wyprawiasz?! - Przestraszona, wpatrywała się w moją sylwetkę. Zbliżyłem się do niej, po czym chwyciłem dłonią jej ciemne włosy i pociągnąłem mocno, tak, że zawyła z bólu.
- Radzę Ci mówić kurwo. Od kiedy wiesz, że to nie mój bachor!
- Dylan...
- Mów! - Szarpnąłem jeszcze bardziej. Nie zdawałem sobie sprawy z tego co robię. Wciąż działała na mnie ilość alkoholu, którą wypiłem.
- Od.. Od początku..... - Wydyszała przestraszona. Chciałem, aby odpowiedź właśnie taka byłoo. Jednak kiedy te słowa padły z jej ust, przypomniałem sobie o Ross, która już nigdy nie dowie się, że nie będę miał dziecka z Roksaną. Nie mogąc kontrolować własnych uczyć, przeniosłem uścisk dłoni z jej włosów na jej szyję. Chwyciłem mocno i stanowczo, tak, że trudno było jej oddychać. Chciałem ją zabić. Chciałem, aby padła na podłogę i zdychała z bólu. W tamtej chwili, gdyby nie to, że jest kobietą, rzuciłbym nią o podłogę i skopał jak psa.
- Dylan! Kurwa! Przestań! - Do pokoju wbiegł mój przyjaciel. Odciągnął mnie od tej kretynki tylko dlatego, że byłem pijany - Co Ty wyprawiasz?! Chcesz ją zabić?!
- Niech zdycha - Warknąłem plując przy tym na podłogę.
- Dylan.. -  Jęknęła roztrzęsiona. Posyłając jej ostatnie spojrzenie, opuściłem ten przeklęty pokój.
- Wiesz co by było gdybyś ją zabił?! - Ciągnął Alan - Byłbyś trupem! Czy Ty w ogóle myślisz?!
- Bez Ross i tak nie mam po co żyć - Wzruszyłem smętnie ramionami - Chociaż wyświadczyłbym światu przysługę i zabrał ze sobą tą dziwkę. Wiesz, że spieprzyła mi życie? Wiesz, że to przez nią straciłem Ross? To ona zaszantażowała mnie, że zabije jej rodzinę, jeśli jej nie zostawię... - Widząc mój tragiczny stan, podszedł do mnie i pierwszy raz w życiu mnie przytulił. Przytulił mnie jak brat brata. Znów się rozpłakałem, Kurwa! Stałem się jebaną beksą! - Nie wiem już co ze sobą zrobić... - Szepnąłem.
- Dasz radę stary. Masz mnie... - Ruchem dłoni, poklepał moje plecy dając mi tym samym otuchy. Kilka minut później, siedzieliśmy w pokoju Ross. Pewnie dziwicie się dlaczego tak często i późno u niej jestem. To jest szpital Filipa, więc nie ma problemu, abym nawet całą noc spędzał przy jej łóżku.
- Ja naprawdę ją kocham - Powiedziałem gładząc dłonią jej prawy policzek - Nigdy nikogo tak nie kochałem i nigdy nikogo tak nie pokocham.
- Pokochasz - Odparł łagodnym tonem głosu - Twoje dziecko. Zapomniałeś? Będziesz ojcem..
- Nie chcę tego dziecka - Warknąłem - To przez nie, nie mogę się z nią pożegnać.
- Ross chciałaby, abyś je wychował. Powinieneś się cieszyć i walczyć o nie. To jedyne co Ci po niej pozostanie. Na Twoim miejscu nie zmarnowałbym kolejnej szansy - Posyłając mi szczery uśmiech, wstał i wyszedł mówiąc, że idzie po wodę. Wiedziałam, że po prostu chce mnie zostawić na chwilę samego z Ross.
- Dlaczego mnie zostawiasz? Dlaczego teraz? - Kilka dni temu, Filip powiedział, że mimo, że ona śpi, to jest szansa na to, że słyszy to co do niej mówimy. Każdego dnia powtarzam jak bardzo ją kocham i tęsknie. Czy słyszy? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak - Nie wiem czy mógłbym pokochać to dziecko.. Nawet nie wiesz jak mi bez Ciebie ciężko. Tak cholernie ciężko. 

piątek, 13 maja 2016

Rozdział 14

,, I am not a fucker ''

- Co Ty... - Alan nie zdążył powiedzieć nic więcej ponieważ poczuł na twarzy potężną dłoń przyjaciela. Od nadmiaru siły Dylana, zleciał na ziemie zderzając się tym samym z zimną podłogą. Szatyn warknął gwałtownie po czym przeniósł swój pełen nienawiści wzrok na mnie. Z uniesioną głową obdarowałam go tym samym spojrzeniem. Nie żałowałam wypowiedzianych słów. Wręcz przeciwnie. Chciałam, aby poczuł się zdradzony.
- Jesteś zwykłą dziwką - Warknął. Wzruszyłam smętnie ramionami na obelgi które kierowane były w moją stronę. Nie pierwszy raz zwrócił się do mnie w ten sposób. Było pełno podobnych sytuacji w przeszłości.
- Być może - Odpowiedziałam - Jednak Ty wcale nie jesteś lepszy.
- Jak mogłaś mi to zrobić?! - Ciągnął nie panując nad ruchem dłoni. Wymachiwał nimi tuż nad moją twarzą. Gdyby nie krok w tył, zapewne dostałabym w twarz - A Ty?! - Tym razem zwrócił się do byłego przyjaciela. Świetnie zdawałam sobie sprawę z tego, że skłóciłam ich jeszcze bardziej, ale wcale mnie to nie obchodziło. Wiedziałam bowiem, że to go zaboli a ból należał mu się od chwili kiedy go poznałam. Ten drań zasługiwał na wszystko co najgorsze. Alan spojrzał to na mnie, to na Dylana i zrezygnowany pokiwał przeczącą głową.
- Ja Tobie? - Parsknęłam - To Ty będziesz miał dziecko z Roksaną! Nie pamię.....
- Kochałem Cię... - Wtrącił nieco spokojniejszym tonem głosu. Mogłabym przysiąc, że w jego oczach dostrzegłam łzy. Z zaciśniętą mocno pięścią oraz z nieunormowanym oddechem, powtórzył swoje poprzednie słowa  - Naprawdę Cię kochałem...
- I dlatego mnie wtedy zostawiłeś?! - Wrzasnęłam również zachodząc łzami. Z całej siły naparłam na jego ciało i mocnym ruchem dłoni, odepchnęłam go do tyłu zadając przy tym niezbyt mocny strzał w klatkę piersiową. Nawet nie drgnął. Miałam wrażenie jakby w pomieszczeniu była tylko nasza dwójka. Alan z Filipem, stanęli z boku uważnie przyglądając się zaistniałej sytuacji. Nie chcieli mieszać się w nasze sprawy, ponieważ uważali, że najwyższy czas sobie wszystko wyjaśnić. Tracili cierpliwość do naszej dwójki - Gdybyś naprawdę mnie kochał, nigdy byś nie postąpił tak jak postąpiłeś! Nigdy byś mnie nie zostawił! Nie powiedział, że byłam dla Ciebie nikim! Nie zdajesz sobie sprawy z tego jak mnie skrzywdziłeś, prawda?! Prawda?! - Powtórzyłam, gdy nie odpowiadał. Stwierdziłam, że jeśli już więcej nie ma nic do powiedzenia, najlepiej będzie jak sobie pójdę. Odwróciwszy się na pięcie, ruszyłam w stronę drzwi. W międzyczasie przygryzłam dolną wargę, aby powstrzymać chęć wybuchnięcia płaczem. Dlaczego ten dupek nie może zostawić mnie w spokoju? Bawi go dręczenie mnie? Nim zdążyłam przejść trzy kroki, ktoś chwycił moje prawe ramie, następnie zmusił mnie do ponownego obrotu w jego stronę.
- Myślałem, że jesteś mądrzejsza - Szepnął. Staliśmy twarzą w twarz, ramię w ramię. Od bardzo dawna nie byliśmy przy sobie tak blisko. Tak blisko, że każdy jego oddech, wędrował na moich policzkach - Zrobiłem to bo musiałem. Tamtego dnia byłem najsmutniejszą osobą na całym świecie. Nienawidziłem samego siebie za to co zrobiłem, ale musiałem kurwa! Musiałem! Roksana zaszantażowała mnie, że jeżeli tego nie zrobię, że jeżeli Cię nie zostawię, może stać się krzywda Twojej rodzinie. Tego bym sobie nie wybaczył jeśli coś stałoby się Tobie bądź Twoim bliskim. Znienawidziłabyś mnie jeszcze bardziej. Wolałem byś myślała, że mam Cię gdzieś. Nie sądziłem, że faktycznie tak łatwo w to uwierzysz. Miałem nadzieję, że jesteś na tyle inteligentna, że zdasz sobie sprawę z tego, że to podstęp, ale Ty wolałaś odsunąć się ode mnie, zostawić mnie samego w tym całym gównie bo tak było Tobie wygodniej. Tak, zraniłem Cię. Zdaję sobie z tego sprawę, ale wiesz jak każdego dnia cholernie bolało mnie to, że nie mogę być blisko Ciebie? Że jeśli przyjadę pod Twój dom to skopiesz mi dupę i każesz wypierdalać? Ilekroć wybierałem Twój numer w telefonie, nie miałem odwagi zadzwonić. Wiedziałem, że nie chcesz mnie znać. A Roksana? Nigdy nic mnie z nią nie łączyło. Zanim poznałem Ciebie, od czasu do czasu zdarzyła się sytuacja, że wykorzystałem ją, aby sobie ulżyć. Była i jest dla mnie zwykłą dziwką. Nie wiem jak doszło do tego, że jest w ciąży, ale nie obchodzi mnie to. Nie chcę tego dziecka bo nigdy bym nie był w stanie go pokochać. Brzydziłbym się nim wiedząc, że jest spokrewnione z tą żmiją.  Ale jedno jest pewne i całkowicie szczere. Naprawdę Cię kochałem... - Wziął głęboki oddech po czym wolniutko wypuścił powietrze z płuc. Kciukiem prawej dłoni dotknął delikatnie mojego policzka. Lekki dreszcz przeszył moje ciało, aby chwilę później wywołać zawroty głowy. Czekał na moja odpowiedź. Problem polegał na tym, że ja nie wiedziałam co powiedzieć. Minęło tyle czasu. Uważałam, że mnie porzucił, zabawił się mną a on własnie teraz mówi, że zrobił to dla mojego dobra. Myślicie, że to tak łatwo pogodzić miłość z nienawiścią? Nie. To nie jest za grosz łatwe. Otworzyłam usta z zamiarem powiedzenia czegoś, byle czego, ale jedynie z moich ust wydobyło się lekkie stęknięcie. Byłam sparaliżowana jego dotykiem, bliskością. Przed oczyma pojawiła mi się moja choroba z którą walczę od dawna. Najgorsze było to, że jego w tym okresie przy mnie nie było. Nie zdawał sobie sprawy z tego, ile wydarzyło się w moim życiu od momentu kiedy straciliśmy kontakt. Nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo go potrzebowałam a on? On tak po prostu zniknął.
- Ja... - Jęknęłam. Tylko tyle potrafiłam z siebie wydusić. Moim zdaniem to i tak za dużo. Wpatrując się w jego tęczówki, nie czułam tego co kiedyś. Nie widziałam w nim chłopaka w którym się zakochałam. Kiwnął twierdząco głową jakby rozumiejąc co chciałabym mu przekazać i po prostu wyszedł. Nie trzasnął drzwiami bo po co?  Powinnam za nim pobiec? I co dalej? Powiedzieć, że jestem chora? Wykrzyczeć, że mam z nim dziecko? Nie. Za kilka miesięcy przestanę istnieć więc nie widzę sensu ponownie ingerować w jego życie. Poczułam ponowne zawroty głowy.
- Zamierzasz nic z tym nie robić? - Wtrącił poirytowany Alan. Teraz to on stał przede mną w bojowej postawie myśląc, że się go przestraszę - Co Ty w ogóle odpierdalasz?! Pierwszy raz widziałem, aby coś go obchodziło! Ty go obchodzisz!
- Zrozumcie, że między mną a nim już nic nie ma! - Nie dając mi szansy na powiedzenie czegokolwiek więcej, wyszedł za przyjacielem. Wyszedł? Wybiegł jakby właśnie się paliło. Spojrzałam na Filipa, który posłał mi współczujący wzrok. Wiedział, że poznanie zarówno Dylana jak i Alana, nie przyniosło do mojego życia niczego dobrego. Przez tą dwójkę miałam same problemy.
- Ross, dobrze się czujesz? - Spytał widząc jak mrużę oczyma. Czułam się fatalnie. Skłamałam mówiąc, że wszystko gra - Ross...?
- Wszystko okej... - Powtórzyłam tracąc ostrość widzenia. Chciałam chwycił się ramienia przyjaciela, ale był zbyt daleko. Nie miałam sił zrobić najmniejszego kroku - Albo i nie... - Dodałam już nie dając rady wytrzymać. Wszystko zaczęło się powtarzać. Po minie Filipa, zorientowałam się, że moja choroba sięga zenitu. Zaczęło się. Kilka sekund później, leżałam na zimnej podłodze popadając w coraz głębszą przepaść. Pamiętam, że ostatnią moją myślą, było, aby ochronić moje dziecko.

***DYLAN***

,, - Mam Cię szmato - Przestraszyła się. Chwyciłem jej ramię, zatykając przy tym swoją dłonią usta dziewczyny. Szarpnąłem nią na tyle mocno, że chwilę później znaleźliśmy się u woźnego. Pomieszczenie było puste, więc od razu zamknąłem drzwi na zamek, aby nie mogła uciec.
- Puść mnie! - Wrzasnęła, kiedy zabrałem swoją wielką rękę.
- Stul pysk bo pożałujesz! - Warknąłem. Zrobiła to. Zamknęła się a ja spokojnie oparłem się rękoma o ścianę blokując jej drogę ucieczki.
- Proszę... Wypuść mnie.. Nic Ci nie zrobiłam..
- Nic mi nie zrobiłaś a jednak tu jestem.
- Ja... Błagam.. Zostaw mnie...- Cała drżała. Muszę przyznać, że podobał mi się ten widok. Była niezłą laską, do tego taką niewinną, bezbronną.
- Dam Ci dobrą radę. Lepiej, abyś już nigdy nie wpadła mi w drogę i nie zgrywała bohaterki - Uderzyłem z całej siły ręką w szafkę tak, że podskoczyła. Zrobiłem to specjalnie. Gdy już myślała, że sobie pójdę, złapałem jej nadgarstek i poszukałem wzrokiem jakiegoś sznurka.
- Oszalałeś...
- Zamknij się! - Zacząłem związywać jej ręce tak, że nie mogła nimi ruszyć. ''

To był dzień, kiedy ją poznałem. Taką odważną. Mimo, że cholernie się mnie bała, uratowała przyjaciółkę. Przynajmniej starała się uratować. Wtedy właśnie zwróciła na siebie moją uwagę. Każdego dnia przyglądałem się bliżej jej poczynaniom i coraz bardziej interesowała mnie jej osoba,
Dlaczego bliskość Ross w tym cholernym gabinecie, tak na mnie zadziałała? Wieść, że jest w ciąży z moim przyjacielem, wyprowadziła mnie z równowagi. Tu nie chodzi nawet o Alana. Po prostu poczułem zazdrość, której nigdy wcześniej nie doznałem. Byłem zazdrosny o Ross. Myśl, że ktoś inny dotykał ją w sposób w jaki ja ją dotykałem, działa na mnie jak dynamit. Jeden nieostrożny ruch i wybucham.
- Kurwa! - Wrzasnąłem idąc prosto do wyjścia. Kilka starszych pań, które właśnie mijałem na korytarzu, posłało mi groźne spojrzenie mówiące, żebym zachowywał się nieco ciszej. Miałem je w dupie. Aby pokazać jak bardzo mnie obchodzą, pokazałem każdej z nich środkowy palec. Jedna nie pozostała mi dłużna. Odpowiedziała tym samym.
- Teraz będziesz dręczyć staruszki? - Usłyszałem. Przekląwszy pod nosem, kazałem mu wypierdalać - Poczekaj - Nie odpowiedziałem. Nie miałem najmniejszej ochoty wchodzić z nim w jakikolwiek konflikt. Jednak on tego nie rozumiał. Kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz, zagrodził mi drogę gotowy do bójki, byleby tylko mnie zatrzymać.
- Czego chcesz? - Warknąłem - Chyba już wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- Jest coś czego nie wiesz o Ross - Zaczął niepewnie. Zmrużyłem oczy jakby nie wiedząc o co mu chodzi. Z kieszeni spodni wyciągnął paczkę fajek po czym odpalił jedną na szpitalnym parkingu - Chcesz?
- Daruj sobie. Jeżeli myślisz, że pogratuluje Tobie dziecka to jesteś w wielkim błędzie - Chciałem odejść i raz na zawsze zniknąć z ich życia. Wiem, popełniłem błąd porzucając Ross, ale nie tylko ja przyczyniłem się do rozpadu naszej znajomości. Wina leżała po obu stronach.
- To ja powinienem Tobie pogratulować! - Krzyknął, kiedy podchodziłem do swojego samochodu. Bardzo śmieszne. Ile jeszcze razy będą dopierdalać mi Roksaną? Machnąwszy ręką, wsiadłem do środka. Muzyka rozprzestrzeniła się po wnętrzu pojazdu całkowicie zagłuszając moje myśli. Chwyciłem za kluczyki i właściwie na tym się skończyło. Chciałem odjechać, kiedy po prostu nie mogłem. Przed oczyma pojawił mi się mój pierwszy pocałunek z Evans.

,, - Co robisz?... - Szepnęła widząc jak się do niej zbliżam. Schowałem pistolet z powrotem do kieszeni i przeczesałem dłonią włosy czując jak żołądek podchodzi mi do gardła. Ledwo przełknąłem ślinę.
- Najgorszą rzecz w swoim życiu - Chwyciłem jej ramiona w obie swoje dłonie, blokując przy tym jej wszystkie ruchy. Sparaliżowało ją od stóp do głowy. Ledwo oddychała.
- Puść... - Zbliżyłem swoją twarz ku jej, przez co spojrzeliśmy sobie w oczy. Zobaczyłem, że boi się mnie. Nie ma pojęcia co zamierzam zrobić i strasznie panikuje. Jakoś tym razem nie chciało mi się śmiać. Po prostu zamknąłem oczy, aby cierpienie i obrzydzenie było mniejsze. Następnie szybkim ruchem wpiłem się w jej usta. Z początku odpychała mnie, szarpała się ze mną i szczerze mówiąc, już miałem ochotę ją od siebie odepchnąć i kazać jej spierdalać, kiedy usłyszałem głos niebieskiego skurwiela. Przytrzymałem mocniej jej głowę, by mi nie uciekła. Przez kilka minimalnych sekund, miałem wrażenie, że odpowiedziała na mój pocałunek, ale trwało to tak szybko, że pomyślałem iż to moja wyobraźnia płata mi figle. Mężczyźni spojrzeli na nas jak na parę zakochanych co było właśnie moim celem i poszli prosto przed siebie. Mając pewność, że są wystarczająco daleko, odskoczyłem od nastolatki wycierając usta dłonią - Zwariowałeś?! - Wrzasnęła oburzona. Nie zdążyłem nic powiedzieć, kiedy poczułem piekący mnie policzek. Ta suka mnie uderzyła! Uderzyła mnie!
- I to jak.. - Syknąłem wciąż czując na ustach jej szminkę. Tę cholernie dobrą szminkę ''

- Boże, Ross... - Szepnąłem. Moje oczy przeszklone były łzami, czułem jak każdy mięsień w moim ciele spina się do granic możliwości. Cholera. Ja jej wcale nie kochałem. - Ja wciąż Cie kocham... - I właśnie w tej chwili dałem upust swoim łzom. Nie patrzyłem na nic. Nie obchodzili mnie ludzie szukający swoich aut, nie zwracałem uwagi na przechodniów i miałem w dupie Alana, który właśnie w tym momencie wpakował swoją dupę na skórzany fotel mojego samochodu.
- Stary, co się z Tobą dzieje? - Spytał przerażony - Nie poznaję Cię. Jesteś wrakiem...
- Ja ją kocham, rozumiesz? - Odpowiedziałem całkowicie szczerze. Wcale nie chowałem swojej rozżalonej twarzy. Łza po łzie spływała po obu moich policzkach - I wszystko spieprzyłem... - Tym razem to ja wyciągnąłem paczkę fajek i po raz pierwszy w życiu zapaliłem w środku swojego maluszka. Miałem skończyć z tym nałogiem tak jak z każdym innym, ale to trudniejsze niż sądziłem. Zwłaszcza w takiej chwili jak ta. Byłem na skraju załamania.
- Musisz coś wiedzieć - Zaczął niepewnie.
- Kochasz ją? - Spytałem pierwszy. Bałem się odpowiedzi i zdawałem sobie sprawę z tego co powie, ale chciałem to usłyszeć. Chociaż raz musiał mi to powiedzieć a ja musiałem to usłyszeć - Kochasz? - Powtórzyłem.
- Dylan, stary...
- Będziesz dbał o nią i o Wasze dziecko? Chcę być pewien, że niczego jej nie zabraknie... - Zrozpaczony, oparłem głowę o kierownice samochodu wiedząc, że to koniec. Już nigdy nie poczuję dotyku dłoni Evans na swoim ciele. Już nigdy nie poczuję zapachu jej mokrych włosów i co najgorsze, już nigdy nie usłyszę od niej najważniejszego słowa na świecie. Nie powie mi, że mnie kocha. Znów się rozpłakałem.
- Ross to dobra dziewczyna. Kurwa, ona jest zajebista! Tyle razy co nam pomogła chociaż nie najlepiej ją traktowaliśmy.. Nie wiem co powiedzieć bo nic nie opisze tego jak wielkie jest jej serce, ale... - Tu jakby się zawahał szukając odpowiedniego słowa. Zmierzył mnie wzrokiem lustrując przy tym każdy milimetr mojego ciała - Słuchaj mnie uważnie. Ross, to naprawdę wartościowa osoba. Nie tylko Ciebie zmieniła. Jak widać mnie też. Przy niej każdy potrafi stać się lepszym. Szczerze mówiąc to bardzo ją polubiłem...
- Kochasz ją? - Wtrąciłem nie słysząc odpowiedzi - Proszę, odpowiedz szczerze...
- Przez pewien czas czułem coś do niej, ale nie nazwałbym tego miłością. Byliśmy blisko, kiedy  wyjechaliśmy i właśnie wtedy zacząłem ją lubić. Bywały chwile, kiedy miałem ochotę ją pocałować, dotknąć czy nawet poczuć w ten sposób... Ale nigdy tego nie zrobiłem. Bynajmniej nie pamiętam, aby doszło do czegoś takiego. Wiedziałem, że jest miłością Twojego życia, że mimo Waszych kłótni czy tymczasowej nienawiści, dalej ją kochasz. To mnie powstrzymywało przed zrobieniem czegokolwiek. Nie chciałem jej skrzywdzić. Między nami nie może być nic więcej niż przyjaźń. Jest pierwszą dziewczyną na którą zwróciłem uwagę i gdyby nie Ty, gdyby nie świadomość tego, że wciąż ją kochasz, może zacząłbym coś działaś bo wiem, że warto, ale to niemożliwe. Ross jest Twoja. Między mną a nią nigdy do niczego nie doszło i nie dojdzie...
- A dziecko? - Spytałem zdziwiony. Przetarłem oczy nie dowierzając w to co słyszę.
- Dziecko nie jest moje. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Myślisz, że zrobiłbym Ci coś takiego?Traktuję Cię jak brata - Uśmiechnął się - Dylan... To dziecko jest Twoje...
- Co?! -Wrzasnąłem jednocześnie szepcząc - Nie wierzę...
- Ross spała tylko z jedną osobą. Jak myślisz, o kim mowa? Ty chyba powinieneś wiedzieć najlepiej. To dziecko jest Twoje...
- Dlaczego nic mi nie powiedziała...? Kłamiesz...
- Sądziła, że Cię nie obchodzi. Jeszcze Roksana... Ale to nie koniec. Musisz coś jeszcze wiedzieć. To ta najgorsza część.
- Coś nie tak z dzieckiem?! Boże, kurwa! Przecież ja ją kocham!
- I dlatego musisz jej pomóc - Ciągnął tajemniczo. Posłałem mu groźne spojrzenie mówiące, aby jak najszybciej powiedział to co ma do powiedzenia - Ross jest chora. Ma białaczkę, poziom zaawansowany. Zostało jej ponad pół roku, może krócej. Ciąża odbiera jej siły. Ona wkrótce umrze... - Westchnąwszy ciężko, w przeciągu jednej sekundy otworzyłem drzwi pojazdu i najszybciej jak to możliwe, wyskoczyłem na zewnątrz a następnie biegiem ruszyłem przed siebie, wprost do szpitala. Musiałem ją odnaleźć i przytulić. Tak cholernie pragnąłem ją przytulić.....

czwartek, 28 kwietnia 2016

Rozdział 13

,, I am not a fucker ''

- Jest gorszym chujem niż przedtem. Nie poznaje go ... - Głos Alana do najprzyjemniejszych nie należał. Chłopak spojrzał na mnie, potarł dłonią swoją brodę i lekko palcami przeczesał swoją bujną czuprynę. Cholernie przejmował się losem przyjaciela. Więc ten dupek naprawdę miał uczucia. Wow.
Wstał, ponownie rozglądnął się po wnętrzu mojej sypialni i kiedy zdał sobie sprawę z tego, że przegrywa, użył ostatniego argumentu, który uważał za słuszny - Jeśli nie pomożemy mu teraz, będzie za późno. Dlaczego nie chcesz mu powiedzieć o chorobie? - Spytał z nadzieją, że zmienię zdanie.
- Bo wiem, że to go nie obchodzi - Odpowiedziałam oschłym tonem głosu. Sprawa między mną a Dylanem, zaczynała mnie dobitnie denerwować. Ile razy można ciągnąc to samo? Zlustrował moją twarz badawczym wzrokiem, jakby chciał odgadnąć wszystkie uczucia które gotowały się w moim wnętrzu i dopiero potem ni stąd ni zowąd, zaczął się śmiać. Uniosłam zdziwiona prawą brew ku górze a następnie zmrużyłam oczy jakby do końca nie wiedząc o co mu chodzi. W sumie to w ogóle nie miałam zielonego pojęcia dlaczego ten idiota się śmieje.
- Ile jeszcze będziecie ciągnąć tą bajkę?
- Słucham? - Zdziwiłam się odpowiadając przy tym pytaniem na pytanie.
- Kiedy gadałem z Dylanem, zarzucił mi, że coś mnie z Tobą łączy.
- Że coś mnie łączy z Tobą? - Powtórzyłam. Poczułam jak na moje policzki wkradają się małe rumieńce. Zawstydziłam się na co on zareagował lekkim uśmiechem.
- Dylan był zazdrosny. Zazdrosny o Ciebie - Dodał. Zbyłam jego słowa lekkim mruknięciem. Nie bardzo w to wszystko wierzyłam. Było tak wiele sytuacji w których Cooper pokazał mi, że jestem dla niego kupą gówna - Rozumiesz, że on Cię dalej kocha?
- Rozumiem całkiem co innego. Chcecie na siłę uratować go z tego bagna w jakie wlazł, ale on Waszej pomocy nie chce. Ile jeszcze razy ma skopać nam dupę, byśmy zdali sobie sprawę z tego, że to samolubny, egoistyczny i bezmózgi idiota? Wybrał swoją drogę i mi to wystarczy... - Wtedy niespodziewanie szybko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyłoniła się przede mną potężna sylwetka Alana. Zmarszczył czoło, wziął głęboki oddech i dopiero wtedy spojrzał w moje przyciemnione tęczówki.
- Nie zostawię go - Warknął - A Ty mi pomożesz - Przez jakiś czas oboje cisnęliśmy do siebie pełnym grozy wzrokiem tocząc walkę o to, kto się podda. Ani ja jak i zarówno on, nie mieliśmy zamiaru ustąpić.
- Dlaczego mi to robisz? - Spytałam.
- Wybacz Ross, ale nie mam innego wyjścia. - Na chwilę zamilkłam nie wiedząc jak zareagować. Nie obchodziło go moje zdanie. Myślałam, że się zmienił, że stał się dla mnie kimś bliskim, kimś w rodzaju przyjaciela, ale jak tylko było trzeba, mógł mnie wykorzystać bez żadnych skrupułów. Tak nie postępują przyjaciele.
Kiedy tylko wyszłam z pod swojej kołdry, pomaszerowałam wprost do niewielkich drewnianych drzwi od sypialni. Ta rozmowa nie miała sensu.
- Wyjdź - Nakazałam. Zamiast tego, spojrzał na mnie po czym stanął tuż obok. Chciał otrzeć kciukiem łzy, które zaczęły spływać po moich policzkach - Wyjdź! - Powtórzyłam z krzykiem. Przechylił głowę w bok jakby nad czymś się zastanawiał. Zacisnęłam dłoń w pięść gotowa wyrzucić go z tego domu, jednak nie mówiąc nic więcej, ze spuszczoną głową wykonał mój rozkaz. Na pożegnanie trzasnął drzwiami. Moje życie coraz bardziej stawało pod znakiem zapytania.
Nie potrafiłam racjonalnie myśleć, nie wiedziałam co ze sobą zrobić, do kogo udać się po radę. Miałam Paule, ale bałam się jej reakcji, zresztą moja przyjaciółka miała wiele swoich problemów na głowie, Michał? Miał dziewczynę i nią powinien się zająć. Nie chciałam wpieprzać im się w związek tym bardziej, że już zaczęli się kłócić z mojego powodu. Filip? On nic nie rozumie. Zresztą dla mnie jest zdrajcą. Moi rodzice? Załamaliby się psychicznie. Myślałam, że chociaż z Alanem będę mogła szczerze porozmawiać, wyżalić mu się i szczerze mówiąc, liczyłam na jakąś radę z jego strony. Wyszło jak zawsze. Był tym samym dupkiem co kiedyś.
Następnego dnia wstałam dosyć wcześnie. Dostałam wiadomość od Pauliny, że musi wyjechać na kilka dni w sprawach rodzinnych. Poinformowała mnie, że nie dotrze na zaplanowane przez nas spotkanie i, że od razu nadrobimy wszystko kiedy wróci. Michał również był nieosiągalny. Wyjechali na romantyczny weekend ze swoją dziewczyną. Sebastian pomagał matce a do Alana nie miałam zamiaru się odzywać. Kiedy zdawałoby się, że spędzę ten piękny, słoneczny dzień w domu, dostałam telefon od Filipa. Chciał przeprowadzić kilka rutynowych badań. Po namowie mamy, niechętnie, udałam się do jego gabinetu. Moja kochana, zbyt opiekuńcza matka zauważyła, że coś jest nie tak. Ciągle przebywam w swojej sypialni, mało jadam, ograniczam kontakty z ludźmi. Tylko powiedźcie mi do cholery jak Wy byście się zachowali na moim miejscu?!
Dojechałam do szpitala przed południem. Serdeczność pracowników tego miejsca świadczyła o tym, że zapoznali się już z moją chorobą. Nie miałam ochoty na rozmowy z kimkolwiek, więc od razu po przekroczeniu tych dużych, szklanych drzwi, udałam się do Filipa. W przeciągu dwóch godzin, stwierdził, że mój stan zdrowia nie jest idealny, ale jak na sytuację w jakiej się znajduję, mam się całkiem dobrze.
- Możemy chwilkę porozmawiać? - Spytał widząc jak zmierzam do wyjścia. Kiwnęłam twierdząco głową i wolnym krokiem pomaszerowałam do dobrze znanego mi pomieszczenia. Jak zawsze usiadłam na białym fotelu skierowanym wprost na mężczyznę w białych fartuchu. Wpatrując się w zarośniętą twarz Filipa, próbowałam przypomnieć sobie dzień w jakim go poznałam. Niestety się nie udało. W głowie miałam coraz to więcej luk ze swojej przeszłości.
- Więc o co chodzi? - Zaczęłam przerywając tą niezręczną ciszę, która narastała z każdą mijającą sekundą. Był poddenerwowany,
- Ross... - Chrząknął - Z tych wszystkich badań wynika, że nie dasz rady urodzić tego dziecka. Jesteś zbyt słaba.
- Co masz na myśli mówiąc, że nie dam rady? - Zadałam to pytanie z czystej ciekawości. Prawdę mówiąc nie podjęłam jeszcze decyzji związanej z moją ciążą. Starałam się o tym nie myśleć tak długo jak było to możliwe.
-  Musisz usunąć ciążę. Dla dziecka nie ma szans na przeżycie, natomiast Ty jeśli postanowisz je usunąć, będziesz miała więcej czasu. Cholera! - Wrzasnął waląc pięścią w swoje biurko. Podskoczyłam wystraszona nie wiedząc o co chodzi. Spojrzałam na niego, potem na jego dłoń i znów na niego. Uspokoiwszy się trochę, wstał po czym obszedł swoje krzesło i blat i zatrzymał się dopiero przy mojej osobie - Ross, nawet nie wiesz jak mi do cholery przykro!
- Nie rozu...
- To wszystko powinno przytrafić się każdemu, ale nie Tobie! - Wtrącił - Tyle już przeszłaś, tyle wycierpiałaś.. Najpierw Dylan, potem choroba i teraz jeszcze to. Dlaczego do kurwy nędzy to wszystko spotkało taką dobrą dziewczynę jak Ty?! Najgorsze jest to, że i tak nie mogę Tobie pomóc.... - Chwycił delikatnie moją dłoń starając się dodać mi tym małym gestem otuchy. Rozpłakałam się. Rozpłakałam się nie dlatego, że znajdowałam się po uszy w gównie, ale dlatego, że wzruszyły mnie słowa Filipa. On naprawdę martwił się mną. Nie jako pacjentką, ale jako przyjaciółką. Mimo, że przez ostatnie kilka dni miedzy nami nie było zbyt dobrze, wciąż mogę na niego liczyć.
- Filip, ja...
- Nie mów nic - Szepnął - To nie Twoja wina. To wszystko wina tego samolubnego gnojka, który zamiast Cię wspierać, krzywdzi Cie... - Nie mogąc dłużej wytrzymać, wtuliłam się w mojego przyjaciela czując ciepło jakie od niego biło. Tego potrzebowałam. Bliskości drugiej osoby. Siedząc w ciszy, która tym razem była nam koniecznie potrzebna, w całym pomieszczeniu rozbrzmiał dźwięk telefonu należący do Filipa. Kazałam mu odebrać na wypadek gdyby to było coś ważnego. I rzeczywiście było. Na oddział przywieziono postrzeloną kobietę, która natychmiast musiała zostać operowana. Jako iż była w ciężkim stanie, potrzebowała specjalisty. Tym specjalistą był Filip.
- Mogę tu zostać? - Spytałam wycieńczona. Zdawałam sobie sprawę z tego, że swoją rozmową zatrzymuję go w tym miejscu dłużej, ale chciałam tylko krótkiej odpowiedzi, która by mnie w pełni zadowoliła. Nie miałam ochoty wracać do domu i ponownie zamknąć się w czterech ścianach. Michała z Paulą i tak nie było, Alan miał mnie w dupie, rodzice pracowali a Sebastian gdzieś przepadł i nie daje znaku życia. Naprawdę nie chciałam wracać do tego pustego mieszkania w którym prędzej czy później bym zwariowała - Nie chcę wracać do domu. Wolę poczekać na Ciebie..
- Oczywiście, że możesz - Odpowiedział w pośpiechu. Wziął najpotrzebniejsze rzeczy i pędem ruszył w stronę drzwi - Połóż się. Kiedy wrócę to Cię obudzę - Pocałował moje czoło po czym natychmiast opuścił swój gabinet. Był potrzebny gdzieś indziej.
Zmęczenie nadeszło zaraz po tym jak wylałam tone łez. Przedtem jednak udałam się do pobliskiego bufetu na pierwszym piętrze. Wcale nie zgłodniałam jeśli o tym myślicie. Potrzebowałam szklanki zimnego soku pomarańczowego. Mój najlepszy smak. Wracając do gabinetu mojego przyjaciela, napotkałam na korytarzu kobietę, która samotnie zajmowała małe krzesełko. Rozglądnęłam się uważnie dookoła czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu.
- Wszystko w porządku? - Spytałam ściszonym głosem. Nie chciałam krzyczeć. Kobieta mająca coś około trzydziestki, spojrzała na mnie załzawionymi oczyma. Wiedziałam, że coś jej się stało, ale nie zamierzałam na siłę wypytywać o jej życie prywatne doskonale wiedząc, że sama bym tego nie chciała.
- Nic nie jest w porządku - Jęknęła ciągle trzymając dłońmi swój brzuch. Dopiero w tamtej chwili zrozumiałam, że jest w ciąży. Poczułam się cholernie dziwnie. Odruchowo sama chwyciłam prawą dłonią za swój brzuch jakby starając się ukryć fakt, że sama noszę w sobie dziecko - Nic nie jest w porządku... - Powtórzyła. Rozum podpowiadał mi bym nie ingerowała w tą rozmowę, bym jak najszybciej odeszła stamtąd i wróciła do gabinetu, ale serce kazało zostać i wybadać sprawę. Może potrzebowała pomocy?
- Pomóc Pani? - Jednak na zadanie pytanie nie otrzymałam odpowiedzi. Westchnęłam ciężko zdając sobie sprawę z tego, że to będzie trudna rozmowa. Wzięłam jedno z krzeseł i przysunęłam je do młodej kobiety, aby usiąść tuż przy niej - Mogę zawołać lekarza jeśli....
- Moja ciąża jest zagrożona - Jęknęła stłumionym głosem - Mogę stracić mojego synka..
- Przepraszam, nie wiedziałam....
- Po co mi dalej żyć skoro nie będę miała dla kogo? - Ciągnęła - Ojciec dziecka odszedł kiedy tylko dowiedział się o ciąży, rodzice nie żyją a przyjaciele? Straciłam ich z chwilą kiedy powiedziałam ,, tak '' osobie którą kochałam... - Zmarszczyłam brwi nie bardzo wiedząc jak powinnam się teraz zachować. Może lepiej jak wstanę i pójdę? To jakaś wariatka która desperacko chce z kimś pogadać.
- Przykro mi....  - Wydusiłam z trudem.
- Mi też - Odpowiedziała - Dziecko to skarb dla każdej kobiety. Mój skarb chcą mi odebrać... Proszę, zostaw mnie samą.
- Na pewno...?
- Zostaw mnie samą! - Wrzasnęła łapiąc rękami za moją bluzę - Wynoś się stąd.. Wynoś! - Kiwnęłam twierdząco głową. Wolnych ruchem wstałam na równe nogi i zaskoczona jej reakcją, odeszłam kilka kroków w tył. Żal było mi tej kobiety, ale skoro nie chciała ze mną porozmawiać to co mogę dalej zrobić? Nic. Po raz drugi chwyciłam się za brzuch wyobrażając sobie istotę, która tam mieszkała.
- Dziecko to skarb dla każdej kobiety... - Powtórzyłam coraz bardziej rozumiejąc co miała na myśli. Otrząsnęłam się słysząc ryk alarmu. Dwóch lekarzy biegło w stronę sali operacyjnej. Zdezorientowana, powróciłam do gabinetu Filipa chcąc jak najszybciej położyć się spać. Otwierając drzwi, od razu podeszłam do małego łóżka znajdującego się w drugiej części pomieszczenia. Chciałam iść spać. Byłam cholernie zmęczona, wiec nie czekając na nic więcej, wskoczyłam pod cieplutką kołderkę i w przeciągu kilku minut, pogrążyłam się w głębokim śnie. Obudził mnie trzask drzwi. Gwałtownie podniosłam powieki, jednak nikogo nie zdołałam dostrzec. Może mi się przesłyszało? Kolejny trzask.
- Filip? - Szepnęłam. Odpowiedziała mi cisza. Wstałam i ruszyłam przed siebie, aby sprawdzić czy to on.
- Ja pierdole! - Usłyszałam. Następnie ktoś z całej siły rzucił krzesłem o ścianę. Stanęłam naprzeciwko mężczyzny ubranego na czarno. Na głowie miał kaptur, więc kompletnie nie wiedziałam z kim mam do czynienia - Kurwa mać! - Wrzasnął. Słysząc moje chrząknięcie, odwrócił się do mnie twarzą.
- Dylan? - Zdziwiłam się widząc jego posiniaczoną twarz. Wyglądał koszmarnie, chociaż to i tak mało powiedziane.
- Co Ty tu robisz? - Spytał.
- Czekam na Filipa... Nie wiem kiedy wróci - Wzruszył ramionami jakby nie obchodziła go odpowiedź na pytanie które zadał -  A Ty? Co tu robisz?
- To samo co Ty - Odparł. Ignorując mnie, odszedł w bok wykonać krótki telefon. Ja natomiast nie potrafiłam spuścić wzroku z jego wychudzonej sylwetki. Boże, co się z nim stało? Aż tak się zaniedbał? To miałby być ojciec dla mojego dziecka? W dodatku nie tylko ze mną miał mieć dziecko. Roksana także zaszła w ciąży. Wtedy nieoczekiwanie dołączył do nas Filip. Zmęczony wszedł do środka a jego wyraz twarzy mówił, że nie ma humoru.
- Co się stało? - Spytałam zaniepokojona. Lekarz nie zdawał sobie sprawy z obecności Coopera, więc czuł sie dosyć swobodnie w moim towarzystwie
- Wszystko poszło nie tak. Cholera!
- Uspokój się... Musisz o czymś wiedzieć...
- Najpierw ja coś powiem - Wtrącił - Musisz jak najszybciej usunąć dziecko, albo będzie za późno. Nie pozwolę by stała Ci sie  krzywda, rozumiesz?
- Jakie dziecko? - Naszą rozmowę przerwał stanowczy głos Dylana, który teraz stał ze mną twarzą w twarz - Jakie dziecko? - Powtórzył. Spojrzał na plik papierów leżących na biurku Filipa. Wziął kilka do ręki po czym zaczął przeglądać jedno po drugim.
- Zostaw to! - Chciałam mu jakoś odebrać materiały nienależące do niego, ale był silniejszy ode mnie. Wreszcie skończył. Przełknął gwałtownie ślinę i zlustrował moje ciało włącznie z brzuchem.
- Jesteś w ciąży... - Jęknął.
- Nie powinno Cię to interesować - Warknęłam.
- Z kim? - Ciągnął - Czyje to dziecko? - Nie odpowiedziałam. Nie zamierzałam odpowiadać do momentu kiedy dołączył do nas Alan. Skąd on się tu wziął i co robił? Nie miałam pojęcia. Postanowiłam jednak wykorzystać sytuację. Zbliżyłam się do blondyna i jakby nigdy nic pocałowałam go. Zrobiłam to najczulej jak potrafiłam. Przez chwile protestował, ale w końcu poddał się trwającej chwili. W dodatku odwzajemnił go przejmując tym samym kontrole nade mną.
- Tak bardzo chcesz wiedzieć kto jest ojcem mojego dziecka? - Parsknęłam teatralnie - Proszę bardzo. Poznaj Alana. To z nim jestem w ciąży...  - I znów złożyłam na ustach blondyna długiego buziaka.






poniedziałek, 15 lutego 2016

Rozdział 12

,, I am not a fucker ''

***DYLAN***

(Przed spotkaniem z Ross. Rozdział 11 )

To było niedorzeczne. Naprzeciwko mnie siedziała kobieta, która twierdziła, że jest moją matką. Przyszła niecałe piętnaście minut temu i za chuja nie chce odejść bez przeprowadzonej ze mną rozmowy. Siedziała na małym fotelu, dokładnie naprzeciwko okna i z wytężonym wzrokiem wpatrywała się we mnie. Muszę przyznać, że miała znajomy mi wzrok, lecz za cholerę nie chciałem jej wierzyć, że jesteśmy spokrewnieni. Moja matka nie żyje a nawet jeśli by żyła to dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ to właśnie ona mnie niegdyś zostawiła i sprawiła, że jestem tym kim jestem. Zrujnowała mi życie. Sprawiła, że jestem bestią. Patrząc się w lustro, widzę najgorszą osobę na świecie jakiej się brzydzę. Samego siebie.
- Skąd znasz kurwa mój adres? - Warknąłem po raz kolejny zadając to samo pytanie. Moja cierpliwość skończyła się z chwilą, kiedy ten babsztyl wstał, zbliżył się do mnie i dotknął mojego ramienia. Nikt nie ma prawa mnie dotykać bez mojej zgody - Nigdy więcej tego nie rób - Syknąłem łapiąc jej nadgarstek i wykręcając go w drugą stronę. Pisnęła z bólu. Czułem, że się mnie boi. Drgnęła jakby zszokowana moim zachowaniem, ale prawdę mówiąc miałem to w dupie. Im więcej się mnie będzie bała, tym szybciej wyjdzie.
- Jestem Twoją matką... - Pierdoliła wciąż to samo. Odepchnąłem ją w bok a następnie ruszyłem w stronę drzwi. Jej czas się skończył.
- Wypierdalaj stąd - Nakazałem - Nie mamy o czym rozmawiać.
- Dylan... - Szepnęła - Wiem o Tobie więcej niż myślisz....
- To super - Wtrąciłem - To nie oznacza, że wylazłem z Twojej cipki. A teraz żegnam.
- Mówię prawdę! - Tym razem to ona podniosła nieco ton swojego głosu - Jesteś bezczelny. Nic nie rozumiesz....
- To Ty nic nie rozumiesz idiotko! Moja matka nie żyje! Jestem zdolny do strasznych rzeczy i jeżeli zaraz stąd nie wyjdziesz, przekonasz się o czym mó...
- Zmusili mnie bym Cię zostawiła! - Wtrąciła - Odebrali mi Ciebie! - W oczach miała łzy, ale nie obeszło mnie to. Ktoś musiał mnie cholernie nienawidzić skoro posunął się do tego kroku - Wysłuchaj mnie...
- Liczę do trzech... - Wskazałem palcem na drzwi z nadzieją, że opuści mój dom - Raz... Dwa... Trzy.. - Kiedy chciałem ją wypchnąć, zrezygnowana stęknęła pod nosem, ale ostatecznie wyszła. Opuściła moje mieszkanie i zjeżdżając windą w dół, odeszła. Nareszcie! Wkurwiony trzasnąłem drzwiami tak mocno jak tylko umiałem i chwilę później rzuciłem się na łóżko. Nie dość, że mam problem z Roksaną to jeszcze ta baba, której totalnie nie znam. To ma dziwny zbieg okoliczności z Ross. Kiedy wróciła, pojawia się również ta kobieta. Czyżby to jej sprawka? Nie mam wątpliwości. Pewnie tak. Po cholerę w ogóle wracała?! Dlaczego widok tej dziewczyny tak na mnie gwałtownie wpłynął? Ross zapłaci za to, że wpierdala się w nie swoje sprawy.
Przez to wszystko musiałem zapalić fajkę. Paczka szlug, która leżała na małym blacie przy rogu łóżka, teraz znajdowała się w mojej dłoni. LM niebieskie. Takie właśnie palę. Takie są najlepsze.
- Ja pierdole... - Wydyszałem zaraz po tym jak dym ulotnił się z mojej buzi. W mojej głowie ponownie pojawił się obraz Ross. Wyglądała całkiem inaczej niż kiedyś. Kurwa, ani trochę nie przypominała siebie! Cholera. Była zajebiście seksowna i gdyby nie to, że ją znam, że tyle nas kiedyś łączyło, chciałbym ją teraz puknąć. Jednak dostrzegłem na jej twarzy przemęczenie. Była wyczerpana i miała sporo siniaków na ciele. Myśląc sobie w ten sposób o mojej starej znajomej, usłyszałem pukanie do drzwi. Wcale nie chciało mi się wstawać, ale kiedy ktoś zaczął walić w drewnianą powłokę, wkurwiony wstałem i podszedłem do wejścia - Co jest kurwa?!.... - Myślałem, że po drugiej stronie znów będzie stała ta kobieta, ale był to ktoś zupełnie inny. Naprzeciwko mnie stał Alan z założonymi na siebie rękoma. Miał na sobie czarne okulary, skórzaną skórę, pod to białą koszulę i szerokie w kroku spodnie moro. Widać, że nieźle się dorobił.
- Cześć - Przywitał się - Mogę wejść? - Mierząc go wzrokiem, trzasnąłem drzwiami. Nie zamierzałem wpuszczać tego chuja do środka, więc po prostu zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem. Jakby to go miało powstrzymać. Gdy wróciłem na łóżko, ten kutas wszedł do mojego mieszkania i jakby nigdy nic, rozsiadł się wygodnie w moim ulubionym fotelu.
- Wypierdalaj stąd - Syknąłem wcale nie żartując.
- Możesz powiedzieć o co Ci chodzi? - Warknął - Od tygodni nie odbierasz moich telefonów...
- Nie bądź śmieszny. Myślałeś, że się nie dowiem?
- O co Ci chodzi? - Zdziwił się.
- Naprawdę chcesz to ciągnąć?
- No chyba jesteś moim przyjacielem, tak? - Uniosłem brew do góry słysząc to co do mnie mówi i muszę przyznać, że lekko się zdziwiłem. Alan nie jest typem chłopaka, który mówi wprost o swoich uczuciach. Kiedyś byliśmy naprawdę blisko, ale rzadko zwracał się do mnie w tak miły sposób.
- Nigdy nim nie byłem - Warknąłem. Aby nie musiał ciągnąć dalej tej nudnej szopki, wyciągnąłem z szuflady zdjęcia które dostałem od Roksany i wręczyłem plik dokumentów Alanowi - Nie udawaj.
- Niby co mam udawać? To tylko zdjęcia. Co z nimi nie tak? - Zlustrował fotografie którą ode mnie przed chwilą dostał, ale jakoś zbytnio się tym nie przejął.
- A to kurwa, że jesteś na nich z Ross! - Wrzasnąłem nie mogąc dłużej wytrzymać - Myślisz, że nie wiem, że jesteście razem?
- Co? - O dziwo zamiast się przyznać, wybuchnął śmiechem - Sorry, ale pierdolisz głupoty.
- Nie udawaj. Wiem wszystko. Udawałeś mojego przyjaciela a tak naprawdę to za plecami pierdoliłeś moją byłą....
- Wystarczy! - Warknął waląc pięścią w stół. Zerwał się na nogi i teraz staliśmy twarzą w twarz. Wkurwił się. Nigdy wcześniej nie widziałem, aby tak przejął się jakąkolwiek laską. Więc najwidoczniej miałem rację mówiąc, że coś ich łączy. Dostrzegłem na jego twarzy nutę zastanowienia. Myślał o czymś, ale trwało to bardzo krótko. Dopiero potem znów na mnie spojrzał - Nie waż się tak o niej mówić!
- Bo co mi zrobisz? - Parsknąłem - Teraz będziesz bronić tej suki?
- Przeginasz... - Widziałem na jego twarzy jak traci cierpliwość. Wkurwiał się coraz bardziej. Zacisnął pięść, aby powstrzymać się przed napadem na mnie, ale kiedy ponownie obraziłem Ross, poczułem jak mój policzek płonie. Ten chuj przywalił mi pięścią w twarz. Od nadmiaru jego siły, zleciałem na podłogę nie mogąc utrzymać równowagi na nogach. Szybko spróbowałem wstać, ale wtedy poczęstował mnie strzałem w brzuch. Kopnął mnie tak mocno, że splunąłem krwią na ten piękny kremowy dywan.
- Już.. nie... żyjesz... - Ledwo wydyszałem.
- Stary, coś Ty ze sobą zrobił... - Pokręcił niedowierzanie głową jakby to wszystko było dla niego czymś niemożliwym - Przez to gówno nie jesteś sobą! - Rzucił we mnie małym woreczkiem, który jeszcze niedawno leżał na szklanym blaciku a teraz znajdował się na moim ramieniu - Staczasz się!
- Chuj Cię to obchodzi... Zjeżdżaj stąd.. - Nieoczekiwanie do mieszkania weszła Roksana. Czerwona spódniczka, czarne rajstopy, wysokie szpilki i bluzka ukazująca jej sztuczny biust.
- Co tu się dzieje?! - Wrzasnęła - Oszalałeś?! - Te słowa skierowała już tylko i wyłącznie w jego stronę.
- A Ty co tu robisz? - Zdziwił się.
- Chcesz zabić ojca mojego dziecka?!
- Co? - Mrugnął gwałtownie oczyma zdziwiony jej słowami - Ojcem? - Powtórzył.
- Głuchy jesteś?! Dylan będzie miał ze mną...
- Zamknij się! - Wtrąciłem by nie mówiła nic dalej. Boże, ona naprawdę jest tak głupia?! Przecież nigdy nie mówiłem, że wychowam tego bachora. Zwykła wpadka.
- Jesteś z nim w ciąży...?
- Oczywiście!
- Nie wierzę...
- Co się tak gapisz? - Warknąłem wreszcie wstając na nogi - Czas już na Ciebie.
- A więc naprawdę jesteś debilem - Syknął - A co z Ross? Pomyślałeś o niej?
- Ross to przeszłość. Już dawno mnie nie obchodzi.
- Tak? Nie masz pojęcia co się z nią dzieje, prawda? Co słychać w jej życiu? Szkoda. Dużo byś się dowiedział...
- To Wy sprowadziliście na mnie tą kobietę..
- To Twoja matka!
- Gówno prawda!
- Nigdy wcześniej Cię nie okłamałem..- Nie odpowiedziałem, tylko spuściłem wzrok ocierając dłonią krew, która spływała z moich ust - Kiedyś byliśmy jak bracia... A Ty to wszystko spierdoliłeś! Mam nadzieję, że będziesz żałował że wpierdoliłeś się w to gówno... - Mówiąc to, wyszedł. Nie pobiegłem za nim, nie krzyknąłem by poczekał. To nie miało już sensu. W chwili kiedy Alan opuścił moje mieszkanie, zdałem sobie sprawę z tego, że to naprawdę koniec naszej przyjaźni. Zbyt wiele się wydarzyło.
- Odpowiesz mi?! - Głos tej idiotki rozniósł się po mojej głowie niczym echo w pustym pomieszczeniu. Mrugnąłem zdezorientowany oczyma powracając tym do rzeczywistości i dopiero wtedy dostrzegłem jak ta larwa stoi blisko mnie. Nawet nie wiedziałem co przedtem mówiła.
- Zbieraj się. Mam coś do załatwienia na mieście a Ty nie zostaniesz tu sama.
- Dokąd jedziesz? - Zdziwiła się.
- Wyjaśnić sprawę z tą kobietą - Narzuciłem na ramiona bluzę, wziąłem kluczyki od auta i nim wyszedłem na zewnątrz, mocno chwyciłem Roksanę za ramie - Jeszcze raz powiesz komuś, że będziemy mieli dziecko to utopię Cię razem z tym bachorem. Rozumiesz? - Kiwnęła potwierdzająco głową i dopiero wtedy ją puściłem - A teraz wynocha.
- Jadę z Tobą! - Wzruszyłem smętnie ramionami. Chciała jechać? Proszę bardzo. Może być śmiesznie gdy stanie twarzą w twarz z Ross bo tam własnie się wybieram. Do mieszkania mojej starej koleżanki.....


***ROSS***

Siedziałam skulona pod drzewem z nadzieją, że to mi pomoże, niestety pomoc nie nadchodziła z żadnej strony. Zapadał mrok a ja wciąż nie przestawałam płakać. Kiedy Filip powiedział mi o mojej niezbyt ciekawej sytuacji, nie wytrzymałam i wybiegłam z jego gabinetu. Potrzebowałam wtedy chwili samotności i to najlepiej na świeżym powietrzu. Szłam wzdłuż chodnika, nie wiedząc dokąd idę bo tak naprawdę nigdy wcześniej nie przebywałam w tej stronie miasta. Dopiero kiedy Dylan mnie tu po raz pierwszy przywiózł, zaprzyjaźniłam się z doktorkiem. I to chyba tyle. Gdy nie miałam już sił na dalszą ucieczkę od tego przeklętego miejsca, udałam się do paku, który dostrzegłam w zasięgu swojego wzroku. Nie miałam ochoty siadać na żadną ławkę, nie chciałam być na widoku, więc kucnęłam pod jednym z drzew które tu rosną i oparłam głowę o jego twardą korę. 
,, - Ross, Ty... Boże... Ty.. Jesteś w ciąży... '' Te słowa nieustannie krążyły w moich myślach. Czułam, że się duszę. Czułam, że brakuje mi wystarczającej ilości powietrza bym mogła normalnie oddychać. Traciłam widoczność a świat tracił barwę swoich kolorów. To był dla mnie za duży cios. 
- Przepraszam, wszystko w porządku? - Spytała kobieta, która przechodziła obok. Widząc mnie w takim stanie, zaniepokoiła się. Kiwnęłam potwierdzająco głową nie bardzo wiedząc o co chodzi i na szczęście nie drążyła tematu tylko odeszła. Po raz któryś odezwał się mój telefon. Nie wiedziałam kto dzwoni gdyż był schowany w kieszeni i szczerze mówiąc, miałam to gdzieś. Nie chciałam z nikim gadać. Nie teraz. 
Wiatr wiał coraz mocniej. Powietrze nie było już tak przyjazne. Mimo panującego lata, zanosiło się tego wieczoru na deszcz. 
- Jestem w ciąży... - Szepnęłam. Tak trudno było mi wypowiedzieć te słowa. Najgorsze jednak było to, czyje było dziecko. Spałam tylko z jednym mężczyzną - Boże.. - Dławiłam się własnymi łzami. Przepełnione smutkiem i goryczą, spływały po moich policzkach kapiąc tym samym na ziemie. 
Dochodziła dwudziesta. Od kilku dobrych godzin nie było mnie w domu. Czas wracać. Czy chciałam czy nie, musiałam za niedługo znaleźć się w domu. Zapewne moi rodzice odchodzili już od zmysłów.
Wezwałam wiec taksówkę i najprędzej jak tylko się dało, wróciłam do mieszkania. Na nieszczęście dziś mojego ojca odwiedził jego wspólnik z którym miał wynegocjować pewien przetarg. Zapomniałam o kolacji która miała miejsce w salonie. Dwadzieścia nieodebranych połączeń od mojej matki także nie zdołało mnie poinformować o spotkaniu biznesowym. Cholera! Mokra  niczym szczur, weszłam z zabłoconymi buciorami do mieszkania. Panowała błoga cisza. Z nadzieją, że uda mi się wślizgnąć niezauważalnie do sypialni, podreptałam w stronę schodów. 
- Mogę wiedzieć gdzie byłaś? - Surowy głos mojej matki, rozniósł się stanowczo po korytarzu. Cholera! Cholera! Cholera! - I do diaska... jak Ty wyglądasz?!
- Ja.. - Jęknęłam nie bardzo wiedząc co zrobić w tej sytuacji - Przepraszam.. Kompletnie zapomniałam...
- Nie przede mną powinnaś się tłumaczyć, lecz przed Twoim ojcem. Wiesz, ile włożył w to wysiłku i pracy? Liczył na Ciebie. Miałaś go wspierać i mu towarzyszyć a Ty go zawiodłaś...
- Naprawdę mi przykro...
- Idź się umyć i przebrać. Jak najszybciej zejdź do salonu aby nie zepsuć wszystkiego....
- Przecież nie zrobiłam tego specjalnie! - Uniosłam nieco ton swojego głosu. Zrobiłam to po raz pierwszy. Nie miałam humoru, świat mi się zawalał i jeszcze moja mama, która miała do mnie pretensje o taką wpadkę. Przecież każdemu może się zdarzyć.
- Rozalio Evans, nie podnoś więcej na mnie swojego głosu oraz mojego ciśnienia! Masz dziesięć minut aby pojawić się na dole z powrotem - Nie dając mi szansy na odpowiedź, odeszła. Wcale nie chciałam widzieć się z tymi starymi zrzędami jakimi byli znajomi moich rodziców, ale kto by mnie tam słuchał. Wykonałam polecenie mamy i szybko się umyłam. Potem włożyłam na siebie białą sukienkę i białe szpilki. Włosy wysuszyłam suszarką i jak zawsze, same się pokręciły. Wyglądałam koszmarnie i tak też się czułam. Niestety musiałam udać się na ta przeklętą kolację. Trwała ona bardzo długo. Ciągnęła się i ciągnęła. Każdy coś do mnie mówił, zaczepiał mnie, uśmiechał się. Musiałam udawać, że wszystko gra chociaż tak naprawdę rozwalało mnie od środka. Nikt nie wiedział co się dzieje.
Do sypialni wróciłam późno. Dochodziła dwudziesta czwarta nim leżałam w swoim łóżku. Przed snem odwiedziła mnie moja matka, która przeprosiła za swoje wcześniej zachowanie i zapytała czy wszystko gra. Skłamałam mówiąc, że tak. Nie chciałam ją martwić tym co nieuniknione.
Wreszcie wtuliłam się w swoją grubą podusie i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zasnęłam. Nie śniło mi się nic specjalnego. Wręcz przeciwnie, czarna pustka. Kolejne dni także mijały bez większego entuzjazmu. Praktycznie nie wychodziłam z domu, z nikim się nie widziałam tłumacząc, że jestem chora oraz nikogo nie przyjmowałam. Zamknięta w czterech ścianach, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo potrzebuję rozmowy z kimkolwiek. Coraz bardziej popadałam w depresje. Raz nawet chciałam podciąć sobie żyły z nadzieją, że wreszcie zakończę to piekło w jakim żyje, ale w ostatniej chwili powstrzymał mnie od tego Michał, który przyszedł sprawdzić moje samopoczucie. Prosiłam mamę by nikogo nie wpuszczała, jednak nie bardzo liczyła się wtedy z moim zdanie. Michał jak to Michał, wpadł w szał zaskoczony tym co zamierzam zrobić. Nikt mnie nie rozumiał. Szybko zbagatelizowałam sprawę zabójstwa tłumacząc, że jestem przemęczona, że nie wiem co robić. Tak też było. Naprawdę nie miałam pojęcia jak dalej postępować! Uwierzył. Z trudem, ale uwierzył informując mnie, że od teraz będzie przychodził do mnie dzień w dzień sprawdzając mój stan zdrowotny. Najgorsze było to, że mój umysł zaprzątała tylko jedna osoba. Dylan Cooper, ojciec mojego nienarodzonego dziecka. Nienawiść jaką czułam do tego chama, była niewyobrażalnie wielka. Brzydziłam się nim. Żałowałam, że kiedykolwiek kochałam tego dupka. Gdybym mogła tylko cofnąć czas... Nigdy bym nie spotkała się z Cooperem a już na pewno bym z nim nie poszła do łóżka. Po raz kolejny mam zrujnowane życie i to zawsze przez tą samą osobę. Przez niego... Sprzątając w szafie, znalazłam stare zdjęcie które leżało na dnie tego drewnianego prostokąta. Zaciekawiona podniosłam obrazek, ale szybko tego pożałowałam. Na fotografii znajdowałam się ja wraz z Dylanem, przytuleni do siebie. Siedzieliśmy w jego domu na białej kanapie. Łzy same napłynęły do moich oczu. Poczułam się jeszcze gorzej niż przedtem.
- Cholerny Cooper! - Nie czekając na nic, podarłam dokładnie jego twarz by nie musieć dłużej na nią patrzeć - Dlaczego tak bardzo mnie zniszczyłeś?! - Krzyknęłam - Dlaczego? - Ostatnie słowo wypowiedziałam szeptem...
Któregoś piątkowego popołudnia, jak zwykle leżałam w swoim łóżku chowając głowę w morką poduszkę, kiedy ktoś zaczął pukać w drzwi mojego pokoju. Kolejna osoba, która chce mnie wypytać o moje samopoczucie. Świetnie. Nim zdążyłam krzyknąć, że nie ma mnie w środku, do pomieszczenia wszedł blondyn ubrany na czarno. Wszedł niczym do siebie.
- Hej - Przywitał się z lekkim uśmiechem na twarzy - Jak się czujesz? - Spytał.
- Alan? - Moja mina była bezcenna. Nie widzieliśmy się odkąd wróciliśmy do kraju i nagle od tak sobie do mnie przychodzi. Widok tego chłopaka u siebie w pokoju wywołał przyjemne uczucie w moim sercu. Sama nie wiem czemu, ale to było miłe - Co tu robisz?
- Przyszedłem sprawdzić jak się masz - Rozglądnął się dookoła jakby był tu po raz pierwszy i w sumie tak też było a potem rozsiadł się wygodnie na brzegu mojego łóżka - Rozmawiałem z matką Dylana. Informuje mnie na bieżąco o całej sytuacji.
- Tylko o to chodzi?
- W sumie nie...
- Wiec o co? - Nalegałam.
- Przyszedłem sprawdzić jak się masz. Słyszałem, że nie za dobrze i widzę, że mnie nie okłamali - Spojrzał mi w oczy i przeszył na wskroś moje przemęczone ciało. Nie miałam szans okłamać go, że wszystko gra. Zdawał sobie sprawę, że walczyłam z ogromnym problemem o którym nie wie nikt. Najbardziej jednak miało dla mnie największe znaczenie to, że przyszedł do mnie, że interesował się moim zdrowiem. Alan Frycz. Ten sam, który kilkakrotnie groził mi pobiciem, śmiercią czy innym nieszczęściem - W dodatku widziałem się z Dylanem. Jest z nim coraz gorzej...


czwartek, 14 stycznia 2016

Rozdział 11

,, I am not a fucker ''

***ROSS**

Jak się nazywa takie uczucie, które siedzi w Twoim sercu a dokładniej na jego dnie i strasznie mocno Cię kuje dając tym samym o sobie we znaki? Ja tak mam od ponad godziny. Kiedy wróciłam ze swojej krótkiej wycieczki po tym niesamowicie luksusowym szpitalu, nie mogę przestać o czymś myśleć. Dokładniej to o kimś. Leżę na tym przeklętym łóżku i bezsensownie wpatruję się w sufit, jakby to miało mi w czymś pomóc. Dalej czuję jak każda kończyna mojego ciała drży a serce wciąż nie odzyskało swojego normalnego tempa. Dlaczego musiałam na niego wpaść? Nawet kiedy tak długo się nie widzieliśmy, on i tak będzie zachowywał się jak skończony dupek. Poprawka... On się tak nie zachowuje. On jest pieprzonym dupkiem.

,, 
- Co Ty tu robisz? - Zapytał wpatrując się przy tym we mnie. Miał wzrok, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Był zlodowaciały a przy tym strasznie mi obcy. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś go spotkam, ale jeśli już miałabym to zrobić to miałam chociaż nadzieję, że poczuję coś takiego jak kiedyś. Sama nie wiem co teraz czuję. Na pewno nie zadowolenie i radość.  Bardziej... lęk? Tylko, że przed czym?
- Ja.. - Zaczęłam niepewnie. Stałam przed nim w piżamie, więc na pewno domyślał się, że nie jestem tu przypadkiem, tym bardziej o tej godzinie. Lustrował mnie wzrokiem przez co nie mogłam się na niczym skupić - Rutynowe badania - Skłamałam -  A Ty? Co tu robisz? - Odbiłam piłeczkę i teraz to ja czekałam na odpowiedź, która nie bardzo mnie obchodziła. Szczerze mówiąc to nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Wciąż pamiętam jak podle mnie potraktował i wykorzystał. Prawda była taka, że chciał mnie przelecieć i najgorsze jest to, że mu się udało.
- Nie Twój interes - Odparł. Parsknęłam pod nosem i nie chcąc rozmawiać dłużej, obróciłam się na pięcie. Niestety nie pozwolił mi daleko zajść. Jego duża dłoń ścisnęła moje kruche ramię i przyszpilił moje ciało do pobliskiej ściany. Z trudem mogłam oddychać. Filip zdawał się tego wszystkiego nie widzieć. Stał obok, ale kompletnie nie przejmował się zaistniałą sytuacją. Przyjaciel, tak? Rozumiałam, że może się bał, ale kurde! Powinien coś zrobić, pomóc mi!
- Puść mnie - Warknęłam - Masz coś z głową?1
- Dlaczego wróciłaś? - Spytał zbijając mnie tym samym z tropu. Nie zadał tego pytania w sposób kulturalny i przyjazny. Przemawiała przez niego nienawiść tak mocna, że poczułam ją na własnej twarz, tak jakbym dostała przed chwilą z liścia - Nie rozumiesz, że nikt Cię tu nie chce? - Dodał coraz to mocniej ściskając moje ramię. Niby mnie nie obchodził, lecz słowa, które wydobyły się z jego ust, doszczętnie mnie zabolały. Poczułam jak do oczu napływają mi słone łzy. Za wszelką cenę nie mogłam dopuścić do tego bym się tu i teraz rozpłakała. 
- Nie wróciłam dla Ciebie! - Podniosłam nieco ton swojego głosu i mruknęłam niezadowolona. To, skąd wiedział o tym, że wyjechałam, pozostawię w tym momencie zagadką - Szkoda, że akurat musiałam wpaść na Ciebie... Jesteś ostatnią osobą, którą chcę teraz oglądać - Po tych słowach zaśmiał się podle. 
- Zabawne - Prychnął - Dalej jesteś zła o tamto? Daj spokój. Minęło dużo czasu.
- Nie jestem zła - Pokiwałam przecząco głową - Bardzo Ci dziękuję.
- Za co? - Zdziwił się.
- Za co? Uratowałeś mnie przed popełnieniem największej głupoty jaką byłoby związanie się z Tobą na zawsze - Wygarnęłam mu to prosto w twarz, ale on jak to on, miał to w dupie. Nawet nie drgnął. 
- Jesteś taka zabawna Evans - W jego głosie można było dostrzec wielką kpinę, która aż prosiła o wybuch mojej złości. Nie dałam mu się sprowokować. Uniosłam głowę do góry i jakby nigdy nic, spojrzałam mu po raz ostatni w oczy.
- A Ty jesteś taki żałosny.... ''

Tak o to w ten sposób wpatruję się w biały sufit. Powoli dupa zaczynała mnie boleć od leżenia w ciągłej pozycji. Przewróciłam się na drugi bok z nadzieją, że zasnę, że moich myśli nie będzie więcej zadręczał ten dupek, ale myliłam się. Westchnęłam ciężko i ku mojemu zdziwieniu, łzy ponownie napłynęły do moich oczu. Dlaczego to tak cholerne bolało? Dlaczego widok tego kretyna wywołał u mnie taką reakcję? Przecież go nie kochałam, miałam go w dupie, nie obchodził mnie. Niestety moje łzy tego nie rozumiały. Spływały ze mnie niczym mały strumyk i przemoczyły mi jedną czwartą poduszki. Wciąż pamiętam jak dosłownie dał mi do zrozumienia, że się mną bawił. Nigdy o tym nie zapomnę, to już zawsze będzie moim koszmarem.
W końcu nadszedł czas snu. Udało mi się na chwile zapomnieć o wszystkim i wyczerpana zamknęłam oczy, dając chwilę przerwy swoim powiekom. Zasnęłam. Nie śniło mi się nic szczególnego. 
Następnego dnia wstałam dosyć wcześniej. Obudził mnie Filip, aby przeprowadzić kilka badań i chciał przeprosić mnie za dzisiejszą noc, jednak nie zamierzałam z nim rozmawiać. Ktoś kto zachował się w taki sposób jak on w nocy, nie jest moim przyjacielem i nie zasługuje na mój szacunek a tym bardziej czas, którego nie miałam. Zaraz po nim, odwiedził mnie Sebastian z matką. Najpierw rozmawiałam z nią. Wypytywała mnie o wszystko co jest związane z jej synem i Rickiem. Nie rozumiałam reakcji tej kobiety. Nie rozumiałam tego jak mogła porzucić swoje dziecko. Trzeba być naprawdę wyrodną matką by dokonać tego czynu. Potem naszą rozmowę przerwał Sebastian, który pytał czy wszystko u mnie dobrze, jak się spało i czy czegoś potrzebuję. Na wszystko odpowiadałam z wymuszonym uśmiechem, aby nie myślał, że coś jest nie tak. Patrząc się na niego, widziałam Dylana. Widziałam tą przeklętą twarz, która wywoływała u mnie napady wściekłości i płaczu. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jak podle odzywam się do Sebastiana. Pierwszy raz byłam dla niego taka oschła i cięta na jego każde słowo. 
- Przepraszam... - Wyjaśniłam podłamana - Nie mogłam w nocy spać, ledwo zasnęłam...
- Ross - Wtrącił - Czy aby na pewno wszystko gra? Martwię się o Ciebie...Wiesz, że możesz mi powie...
- Spotkałam go - Wykrztusiłam - Spotkałam Dylana.
- Kiedy? - Zdziwił się - Mojego brata, tak? - Kiwnęłam głową na znak, że tak i ciężko westchnęłam.
- W nocy. Był u doktora i rozmawiali o czymś. Przypadkiem na niego wpadłam. Sebastian, ja nie wiem co mi się dzieje - Nie mogąc wytrzymać, rozpłakałam się. Przykucnął przy mnie po czym mocno mnie do siebie przytulił. Poczułam ciepło jakie od niego dochodziło a moje nozdrza owiał przyjemny powiem mięty. Pachniał bosko - Czuję się źle. Bardzo źle...
- To jego kochałaś? - Kiwnęłam głową, ale nie spojrzałam mu w oczy. Nie miałam odwagi bo za bardzo był do niego podobny. Cholera, oni byli tacy sami! - Dalej kochasz? - Dopiero teraz zmuszona zostałam, aby na niego spojrzeć. Niechętnie, ale to zrobiłam.
- Nie - Warknęłam - Nie kocham go.
- Na pewno? - Dopytywał - Ja bym powiedział, że jednak tak..
- Nie! - Wtrąciłam - Ja go nienawidzę z całego serca...
- On nie wie, prawda? Nie wie, że jesteś chora?
- Nie... Nie chce by wiedział. Powiedział, że nie potrzebnie wracałam bo nikt mnie tu nie chce. Ten człowiek jest dla mnie skończony....

Pod wieczór ku mojemu zdziwieniu, dostałam wypis do domu. Filip powiedział, że lepiej będzie jak spędzę więcej czasu z rodziną i zbytnio nie będę narażać swojego organizmu na niebezpieczeństwo i przemęczenie. Spod szpitala odebrali mnie rodzice, którzy udali się ze mną wprost do domu. Nie chcieli dać mi chwili prywatności, ciągle  wypytywali o moją podróż i przysięgali, że więcej ich nie opuszczę. Cieszyłam się z tego, że tak bardzo uszczęśliwił ich mój powrót. Jednak jest ktoś kto za mną tęsknił. Umyłam się, zjadłam śniadanie i zmęczona wskoczyłam do swojego ciepłego wyrka. Sen przyszedł natychmiastowo. Kolejny dzień spędziłam z moją przyjaciółką i Michałem. Rozmawialiśmy, wygłupialiśmy się i cieszyliśmy swoim towarzystwem. Zaczęły się wakacje, więc nie mieli szkoły co było plusem bo codziennie mogliśmy się widywać. Opowiedziałam im sytuację ze spotkania Dylana i na szczęście tym razem nie ryczałam, chociaż nie ukrywam, że chciałam. Szybko zmieniłam temat przez co dowiedziałam się kilku ważnych informacji. Michał powiedział nam, że się z kimś spotyka. Byłam szczęśliwa z jego szczęścia i kibicowałam mu z całych sił. Zdradził nam tylko tyle, że jego wybranka nazywa się Valerie i jest w naszym wieku. Poznał ją na jednym ze spotkań jego rodziców w domu ich wspólników i okazało się, że Valerie to córka któregoś z nich. Ależ ten świat jest mały. Obiecał, że wkrótce nam ją przedstawi. W dobrym humorze spędziłam resztę wieczoru z moimi przyjaciółmi i tym razem spokojnie zasnęłam w swoim cieplutkim łóżeczku. Tak długo tu nie spałam. Czułam się niesamowicie dobrze, móc wreszcie się porządnie wyspać. Nikt nie kazał mi wcześnie wstawać, nie hałasowali, nie naciskali na mnie. No po prostu byłam w raju. Kilka dni spędziłam w swoim przytulnym pokoju nigdzie nie wychodząc. Nie opuszczałam domu nawet na krok. Nie chodziło o to, że mi zabronili bo tak wcale nie było, ale po prostu nie chciałam. Odsypiałam te dni i zbierałam siły na walkę z tą przeklętą chorobą.
Obudził mnie dźwięk komórki, która nie dawała mi spokoju. Rodzice zapewne wyszli do pracy, chociaż nalegali by zostać. Nie muszą mnie niańczyć, zwłaszcza kiedy w domu znajduje się służba. Dzwonił Filip. Rozkazał mi jak najszybciej zjawić się w szpitalu co mnie trochę rozwścieczyło bo dopiero co z niego wyszłam. Opuściłam to okrutne miejsce pięć dni temu i od tego czasu nie miałam kontaktu z doktorkiem. Może dlatego, że miałam na niego focha za tamta akcję? Nie ważne. Spojrzałam na zegarek i obiecałam za godzinę zjawić się w jego biurze. Wzięłam do ręki krótkie, podziurawione jeansy i bluzeczkę na ramiączka. Włosy spięłam w małego koka a na oczy założyłam okulary przeciwsłoneczne. Wyglądałam idealnie i tak też się czułam. Naprawdę nabrałam sił. Miałam ochotę na lody czekoladowo śmietankowe. Mmm, moje ulubione. Po wizycie u Filipa, zajdę do jakieś dobrej lodziarni. 
Schodząc do jadalni, przywitałam się ze służbą a na stole czekało na mnie pyszne śniadanie. Cztery omlety i sok z pomarańczy. Zjadłam wszystko bez wyjątku. Podziękowałam i odeszłam od stołu. Już chciałam opuszczać dom, kiedy jeden z pracowników moich rodziców, poinformował mnie, że pod domem ktoś na mnie czeka. Zdziwiona zarzuciłam na ramiona przewiewną bluzę i pewna siebie wyszłam na zewnątrz. Z początku nie mogłam dostrzec nikogo, jednak chwilę później moim oczom ukazał się czarny samochód z przyciemnionymi, tylnymi oknami. Nie miałam pojęcia kto siedzi w środku, aż w pewnym momencie obok mnie nie wyłonił się Dylan. Zaparło mi dech w piersi. Nie wiedziałam co zrobić, jak zareagować. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to to, że chce mnie przeprosić, ale kiedy obok niego pojawiło się to przeklęte babsko, przeczuwałam kłopoty.
- Nareszcie - Wysyczała Roksana - Dłużej się nie dało? - Spojrzała na mnie jak na swojego największego wroga i ruszyła w moim kierunku, kiedy zatrzymał ją ten dupek.
- Zaczekaj - Powiedział - Sam to załatwię - Warknął obrzucając mnie tym samym wzrokiem co ona. Wkurzona ich wizytą w tym miejscu, zeszłam ze schodów na dół i stanęłam naprzeciwko tej dwójki idiotów. Dostrzegłam na twarzy szatyna mocnego siniaka w okolicy prawego oka. Ktoś mu nabił limo i to ewidentnie mocno. Ledwo co wróciłam a już mam takie nieprzyjemności. 
- Czego chcecie? Nie macie co robić ze swoim i tak już zmarnowanym życiem? - Odezwałam się by przerwać tą niezręczną ciszę - W ogóle jak mogliście tu przyjść? 
- To Ty nasłałaś na mnie tą wariatkę! - Wrzasnął zaciskając pięść - To po to wyjechałaś... Przez Ciebie mam teraz kolejny kłopot na głowie! Zresztą Ty cała jesteś jednym wielkim kłopotem.
- O kim Ty mó...
- Nie udawaj - Syknęła ta jego wywłoka - Nie ujdzie Ci to na sucho!
- Wybaczcie, ale mam ważną sprawę do załatwienia, więc... Będę już lecieć - Machnęłam ręką i ze sztucznym uśmiechem na twarzy, ruszyłam w stronę swojego samochodu. Znaczy samochodu rodziców bo ja nie posiadałam jeszcze prawka, ale co tam. Oczywiście wiedziałam też o kogo chodziło Dylanowi. Mówił o swojej matce, która najwyraźniej musiała już z nim rozmawiać, ale rozmowa ta nie przyniosła żadnych skutków.
- Zacze...... - W chwili gdy Roksana chwyciła mój nadgarstek, szybko złapała się za brzuch i stęknęła, co oznaczało, że coś ją boli. Uniosłam zdziwiona brew, ale nie zareagowałam. Stanęłam tylko z boku i przyglądałam się zaistniałej sytuacji - Pomóż mi! - Wrzasnęła do Dylana. 
- Że niby co mam kurwa robić?! 
- Nie wiem! To Twoje dziecko! - Krzyknęła a ja dopiero chwilę później zrozumiałam co dokładnie wydobyło się z jej ust. Odruchowo przeniosłam wzrok na szatyna który zrobił dokładnie to samo i również się na mnie patrzył. Zamrugałam zaskoczona nową nowiną a w sercu poczułam dziwne ukłucie. Inne od tego kiedy spotkałam się z nim w szpitalu. Tak, to było zdecydowanie inne uczucie. Cholernie nieprzyjemne uczucie. 
- Dziecko? - Wykrztusiłam ledwie słyszalnym głosem. Roksana zaczęła piszczeć jakby własnie miała rodzić, ale to niemożliwe gdyż miała na to za mały brzuch a Dylan w dalszym ciągu stał w bezruchu.
- Nigdy nie widziałaś kobiety w ciąży?! - Zwróciła się do mnie - Myślałam, że jesteś na tyle inteligentna, że wiesz jak powstaje dziecko!
- To prawda? - Spytałam - Ona jest z Tobą w ciąży? - W tej chwili zapomniałam o wszystkim co mnie otaczało. Liczyła się tylko chwila obecna. Tu i teraz. Nie odpowiedział. Milczał i tylko wpatrywał się we mnie tymi swoimi ciemnymi tęczówkami. Niespodziewanie do oczu naleciały mi łzy - To prawda? - Powtórzyłam. W myślałam kłębiło mi się tysiące myśli. Naprawdę nie wiem, dlaczego tak zareagowałam. Oblał mnie zimny pot, serce biło nieziemsko szybko a oddech stał się nierówny. 
- Nie powinno Cię to interesować - Mruknął pocierając dłonią swoje marszczące się właśnie czoło.
- Tak czy nie?! - Wrzasnęłam coraz to bardziej z załzawionymi oczyma. 
- Oczywiście, że tak idiotko! - Wtrąciła ta głupia szmata - Zróbcie coś! Muszę jechać do szpitala! - Nie chciałam jej wierzyć, wiec przeniosłam z powrotem wzrok na moją dawną miłość. 
- Co byś chciała usłyszeć? - Jęknął - Że co? Mam Ci powiedzieć, że nie? Zadowoliłaby Cię ta informacja? 
- Powiedz prawdę - Nakazałam stanowczym głosem - To Twoje dziecko...?
- Tak - Odpowiedział podobnym tonem - Postanowiliśmy z Roksaną stworzyć prawdziwą rodzinę. 
- Nie wierzę.. - Czułam jak cała płonę od środka. Jego słowa były niczym pchnięcia nożem w moje ciało. Tak bardzo to czułam. Zbliżył się do mnie tak blisko, że właściwie czułam na ustach jego miętowy zapach. Dłonią chwycił moje ramię kompletnie ignorując oszołomioną Roksanę.
- To lepiej uwierz - Syknął wprost do mojego ucha - Och Evans. Co Ty sobie myślałaś? Że mógłbym wrócić do kogoś takiego jak Ty? Po co te łzy? - Wykrzywił usta w dziwny dzióbek i lekko się uśmiechnął ocierając kciukiem moje mokre poliki - Dla mnie przestałaś istnieć od kiedy wskoczyłaś do łóżka mojemu przyjacielowi... - Nie wytrzymałam i chciałam przywalić mu z pięści w twarz. Niestety na marne był mój wysiłek bo w ostatniej chwili zdążyć odeprzeć mój atak.
- Nie ładnie, nie ładnie - Zaśmiał się. 
- Wiesz co? - Miałam w dupie to, że chce mi się płakać. Dałam upust emocjom. Łzy coraz to bardziej owiewały moje zaczerwienione poliki a katar dawał o sobie we znaki - Dla Ciebie jestem Rozalie - Wykrztusiłam to tak idealnie, że obrzydzenie było wyczuwalne na kilometr. - I jeszcze jedno.. Obyś zgnił w piekle! - Ku zaskoczeniu wszystkich, naplułam mu na twarz i dopiero wtedy odeszłam, pozostawiając tą dwójkę samą sobie. Niech cieszą się swoją pieprzoną miłością. Miałam to głęboko w dupie! 
Idąc do szpitala, całą drogę płakałam. Nie potrafiłam przestać, nie chciałam, nie mogłam. To mnie tak cholernie bolało! On mnie tak cholernie ranił! Nienawidziłam tego dupka z całego serca. Po raz któryś przez niego płaczę a on ma taki świetny ze mnie ubaw. Rodzina z tą szmatą? A ich dziecko kim zostanie? Burdel mamą? Nie. To niemożliwe aby było prawdziwe. Czułam jak serce pęka mi w pół. Byłam tak cholernie wtedy nieszczęśliwa!
Na miejsce dojechałam po 40 minutach. Na drodze były straszne korki co mi akurat wtedy nie przeszkadzało bo miałam to wszystko w dupie. Cały świat miałam w dupie! Można? Można. Ja potrafię wszystko. Od razu skierowałam się do łazienki gdzie ogarnęłam trochę swoje słone łzy i poprawiłam makijaż. Wyglądałam koszmarnie, ale to nie miało najmniejszego znaczenia. W głowie wciąż miałam przeklęty głos tej suki. 
- Suka.. - Mruknęłam pod nosem idąc do gabinetu Filipa. Znalazłam go na korytarzu i widząc mnie, od razu do mnie podszedł. Nie wyglądał na kogoś kto ma dobry humor, zresztą nie tylko on się dziś chujowo czuł - Więc o czym chciałeś gadać? - Ponagliłam go.
- Nie tu. Chodźmy do mojego gabinetu. To poważna sprawa.. - Mruknęłam zaskoczona ale zrobiłam co mi kazał. Po 2 minutach rozsiadłam się w wygodnym fotelu a on usiadł naprzeciwko mnie po drugiej stronie pięknego, szklanego stołu.
- Więc? - Nalegałam - O co chodzi?
- Ross...Nie wiem czy nie powinienem najpierw zaprosić Twoich rodziców..
- Mam prawie 18lat! Nie przesadzaj, tylko przejdź do rzeczy.
- Dalej jesteś na mnie zła?
- A jak sądzisz? Zresztą nie ważne.. Przeszło mi.. Proszę mów bo chcę jak najszybciej wrócić do domu i pójść spać.
- Ross.. To nie będzie takie proste. Nie możesz długo przebywać w domu. Będziesz musiała ponownie tu wrócić.
-Co?
- Nie wiem od czego zacząć. Sprawy się jeszcze bardziej skomplikowały ponieważ Ty... Cholera.. Ross... Ty.. Cholera!
- Mów! - Wrzasnęłam. Z każdą sekundą bałam się coraz bardziej.
- Ross, Ty... Boże... Ty.. Jesteś w ciąży... - Wyszeptał. Szklanka wody, którą właśnie zabrałam Filipowi ze stołu i kierowałam nią w stronę swoich ust, wypadła z moich rąk i z wielkim hukiem zderzyła się z ziemią. Traciłam grunt pod stopami. Traciłam oparcie i nadzieję na lepsze jutro.
- Co? - Wykrztusiłam dławiąc się własnym powietrzem.
- Jesteś w drugim miesiącu ciąży... - Przed oczyma przeleciała mi pewna noc, którą spędziłam z Cooperem w jego domu. To był jeden jedyny raz kiedy z kimś uprawiłam seks. Jeden jedyny raz i jeżeli jestem faktycznie w ciąży to nikt inny nie może być ojcem tego dziecka niż Cooper - Ross, wszystko w porządku? Potrzebujesz czegoś? Zadzwonić do Twoich rodziców?...
- Filip? - Wydyszałam.
- Tak? - Wzdrygnął się i w jednej sekundzie, stał tuż obok mnie.
- Chcę umrzeć! - Wrzasnęłam a następne dostałam napadu histerii. Nic innego nie zrobiłam jak tylko się rozpłakałam i zasłoniłam oczy rękoma. Tego było dla mnie za wiele...

,, - Dylan, nic nie rozumiem. O czym ona mówi? - Chwyciłam jego dłonie w swoje po czym wtuliłam się w jego ramiona - Bałam się o Ciebie.. - Szepnęłam, zaciągając się porządnie zapachem jego perfum. Wyczułam tytoń, ale postanowiłam to zignorować. Ku mojemu zdziwieniu, odepchnął mnie do tyłu z taką siłą, że potknęłam się o własne nogi i prawie zleciałam na ziemię a żeby tego było mało, stanął do mnie tyłem. Do oczu naleciały mi łzy.
- Nigdy więcej tego nie rób - Syknął oschle.
- Czego?
- Nigdy więcej mnie nie przytulaj, jasne?
- Ale.. Dlaczego..?
- Bo nie! - Wrzasnął. Podszedł do mnie i znów staliśmy twarzą w twarz. 
- Już mnie nie kochasz? - Spytałam patrząc mu prosto w oczy. Chciałam, aby to powiedział. Chciałam wreszcie poznać tą pieprzoną prawdę bo dość miałam uników z jego strony. Bolało mnie to wszystko i nie chciałam sobie więcej pozwolić na niepewność jaką mnie codziennie częstował.
- A kiedykolwiek kochałem? - Odparł chłodnym tonem głosu. Ponadto wyjął z kieszeni paczkę fajkę, po czym odpalił jedną sztukę. Wiedział, że nie lubiłam kiedy pali. Wiedział, że nienawidziłam tego i obiecał mi, że przestanie. Kolejne pieprzone kłamstwo. Mocno zaciągnął się dymem tej trucizny, a kiedy wypuścił powietrze z płuc, śmierdzący smród owiał moje policzki i nozdrza. Nie miał do mnie za grosz szacunku bo nawet nie odważył spojrzeć mi się ponownie w oczy. Pierdolony tchórz. Poczułam się jakbym dostała właśnie w prawy policzek porządnego liścia. A może strzał z pięści? Sama już nie wiedziałam co czuję. Straciłam grunt pod stopami a nogi stały się trzęsącą galaretą.
- Więc to wszystko... - Nie dałam rady opanować łez. Jedna po drugiej zalewały mój policzek i powodowały, że chciało mi się płakać jeszcze bardziej - To wszystko było kłamstwem....?
- A co sobie myślałaś? - Zakpił. Miałam wrażenie jakby przede mną stał ktoś znacznie inny niż mój Dylan Cooper, który każdego dnia zapewniał mnie o swojej miłości - To, że czasem Cię pieprzyłem, czy kupiłem Ci kwiatki, to nie oznacza od razu, że czuję do Ciebie chuj wie co.. - Nie dokończył, ponieważ straciłam kontrolę nad swoim ciałem i strzeliłam mu porządnego liścia w twarz. Zachwiał się a ja poczułam piekielny ból dłoni. Pierdolony dupek.
- Nienawidzę Cię... - Szepnęłam po czym zakryłam usta dłonią - Nienawidzę! - Wykrzyczałam. Łzy spływały coraz to większym strumieniem a policzki robiły się czerwone od nadmiaru mojego płaczu. Stojąc naprzeciwko niego, nie widziałam w nim chłopaka, któremu oddałam swoje serce. To nie był on. Już nie. Paula miała rację co do jego osoby.
- Przykro mi, że uważałaś, że jest inaczej..... ''