czwartek, 14 stycznia 2016

Rozdział 11

,, I am not a fucker ''

***ROSS**

Jak się nazywa takie uczucie, które siedzi w Twoim sercu a dokładniej na jego dnie i strasznie mocno Cię kuje dając tym samym o sobie we znaki? Ja tak mam od ponad godziny. Kiedy wróciłam ze swojej krótkiej wycieczki po tym niesamowicie luksusowym szpitalu, nie mogę przestać o czymś myśleć. Dokładniej to o kimś. Leżę na tym przeklętym łóżku i bezsensownie wpatruję się w sufit, jakby to miało mi w czymś pomóc. Dalej czuję jak każda kończyna mojego ciała drży a serce wciąż nie odzyskało swojego normalnego tempa. Dlaczego musiałam na niego wpaść? Nawet kiedy tak długo się nie widzieliśmy, on i tak będzie zachowywał się jak skończony dupek. Poprawka... On się tak nie zachowuje. On jest pieprzonym dupkiem.

,, 
- Co Ty tu robisz? - Zapytał wpatrując się przy tym we mnie. Miał wzrok, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Był zlodowaciały a przy tym strasznie mi obcy. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś go spotkam, ale jeśli już miałabym to zrobić to miałam chociaż nadzieję, że poczuję coś takiego jak kiedyś. Sama nie wiem co teraz czuję. Na pewno nie zadowolenie i radość.  Bardziej... lęk? Tylko, że przed czym?
- Ja.. - Zaczęłam niepewnie. Stałam przed nim w piżamie, więc na pewno domyślał się, że nie jestem tu przypadkiem, tym bardziej o tej godzinie. Lustrował mnie wzrokiem przez co nie mogłam się na niczym skupić - Rutynowe badania - Skłamałam -  A Ty? Co tu robisz? - Odbiłam piłeczkę i teraz to ja czekałam na odpowiedź, która nie bardzo mnie obchodziła. Szczerze mówiąc to nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Wciąż pamiętam jak podle mnie potraktował i wykorzystał. Prawda była taka, że chciał mnie przelecieć i najgorsze jest to, że mu się udało.
- Nie Twój interes - Odparł. Parsknęłam pod nosem i nie chcąc rozmawiać dłużej, obróciłam się na pięcie. Niestety nie pozwolił mi daleko zajść. Jego duża dłoń ścisnęła moje kruche ramię i przyszpilił moje ciało do pobliskiej ściany. Z trudem mogłam oddychać. Filip zdawał się tego wszystkiego nie widzieć. Stał obok, ale kompletnie nie przejmował się zaistniałą sytuacją. Przyjaciel, tak? Rozumiałam, że może się bał, ale kurde! Powinien coś zrobić, pomóc mi!
- Puść mnie - Warknęłam - Masz coś z głową?1
- Dlaczego wróciłaś? - Spytał zbijając mnie tym samym z tropu. Nie zadał tego pytania w sposób kulturalny i przyjazny. Przemawiała przez niego nienawiść tak mocna, że poczułam ją na własnej twarz, tak jakbym dostała przed chwilą z liścia - Nie rozumiesz, że nikt Cię tu nie chce? - Dodał coraz to mocniej ściskając moje ramię. Niby mnie nie obchodził, lecz słowa, które wydobyły się z jego ust, doszczętnie mnie zabolały. Poczułam jak do oczu napływają mi słone łzy. Za wszelką cenę nie mogłam dopuścić do tego bym się tu i teraz rozpłakała. 
- Nie wróciłam dla Ciebie! - Podniosłam nieco ton swojego głosu i mruknęłam niezadowolona. To, skąd wiedział o tym, że wyjechałam, pozostawię w tym momencie zagadką - Szkoda, że akurat musiałam wpaść na Ciebie... Jesteś ostatnią osobą, którą chcę teraz oglądać - Po tych słowach zaśmiał się podle. 
- Zabawne - Prychnął - Dalej jesteś zła o tamto? Daj spokój. Minęło dużo czasu.
- Nie jestem zła - Pokiwałam przecząco głową - Bardzo Ci dziękuję.
- Za co? - Zdziwił się.
- Za co? Uratowałeś mnie przed popełnieniem największej głupoty jaką byłoby związanie się z Tobą na zawsze - Wygarnęłam mu to prosto w twarz, ale on jak to on, miał to w dupie. Nawet nie drgnął. 
- Jesteś taka zabawna Evans - W jego głosie można było dostrzec wielką kpinę, która aż prosiła o wybuch mojej złości. Nie dałam mu się sprowokować. Uniosłam głowę do góry i jakby nigdy nic, spojrzałam mu po raz ostatni w oczy.
- A Ty jesteś taki żałosny.... ''

Tak o to w ten sposób wpatruję się w biały sufit. Powoli dupa zaczynała mnie boleć od leżenia w ciągłej pozycji. Przewróciłam się na drugi bok z nadzieją, że zasnę, że moich myśli nie będzie więcej zadręczał ten dupek, ale myliłam się. Westchnęłam ciężko i ku mojemu zdziwieniu, łzy ponownie napłynęły do moich oczu. Dlaczego to tak cholerne bolało? Dlaczego widok tego kretyna wywołał u mnie taką reakcję? Przecież go nie kochałam, miałam go w dupie, nie obchodził mnie. Niestety moje łzy tego nie rozumiały. Spływały ze mnie niczym mały strumyk i przemoczyły mi jedną czwartą poduszki. Wciąż pamiętam jak dosłownie dał mi do zrozumienia, że się mną bawił. Nigdy o tym nie zapomnę, to już zawsze będzie moim koszmarem.
W końcu nadszedł czas snu. Udało mi się na chwile zapomnieć o wszystkim i wyczerpana zamknęłam oczy, dając chwilę przerwy swoim powiekom. Zasnęłam. Nie śniło mi się nic szczególnego. 
Następnego dnia wstałam dosyć wcześniej. Obudził mnie Filip, aby przeprowadzić kilka badań i chciał przeprosić mnie za dzisiejszą noc, jednak nie zamierzałam z nim rozmawiać. Ktoś kto zachował się w taki sposób jak on w nocy, nie jest moim przyjacielem i nie zasługuje na mój szacunek a tym bardziej czas, którego nie miałam. Zaraz po nim, odwiedził mnie Sebastian z matką. Najpierw rozmawiałam z nią. Wypytywała mnie o wszystko co jest związane z jej synem i Rickiem. Nie rozumiałam reakcji tej kobiety. Nie rozumiałam tego jak mogła porzucić swoje dziecko. Trzeba być naprawdę wyrodną matką by dokonać tego czynu. Potem naszą rozmowę przerwał Sebastian, który pytał czy wszystko u mnie dobrze, jak się spało i czy czegoś potrzebuję. Na wszystko odpowiadałam z wymuszonym uśmiechem, aby nie myślał, że coś jest nie tak. Patrząc się na niego, widziałam Dylana. Widziałam tą przeklętą twarz, która wywoływała u mnie napady wściekłości i płaczu. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jak podle odzywam się do Sebastiana. Pierwszy raz byłam dla niego taka oschła i cięta na jego każde słowo. 
- Przepraszam... - Wyjaśniłam podłamana - Nie mogłam w nocy spać, ledwo zasnęłam...
- Ross - Wtrącił - Czy aby na pewno wszystko gra? Martwię się o Ciebie...Wiesz, że możesz mi powie...
- Spotkałam go - Wykrztusiłam - Spotkałam Dylana.
- Kiedy? - Zdziwił się - Mojego brata, tak? - Kiwnęłam głową na znak, że tak i ciężko westchnęłam.
- W nocy. Był u doktora i rozmawiali o czymś. Przypadkiem na niego wpadłam. Sebastian, ja nie wiem co mi się dzieje - Nie mogąc wytrzymać, rozpłakałam się. Przykucnął przy mnie po czym mocno mnie do siebie przytulił. Poczułam ciepło jakie od niego dochodziło a moje nozdrza owiał przyjemny powiem mięty. Pachniał bosko - Czuję się źle. Bardzo źle...
- To jego kochałaś? - Kiwnęłam głową, ale nie spojrzałam mu w oczy. Nie miałam odwagi bo za bardzo był do niego podobny. Cholera, oni byli tacy sami! - Dalej kochasz? - Dopiero teraz zmuszona zostałam, aby na niego spojrzeć. Niechętnie, ale to zrobiłam.
- Nie - Warknęłam - Nie kocham go.
- Na pewno? - Dopytywał - Ja bym powiedział, że jednak tak..
- Nie! - Wtrąciłam - Ja go nienawidzę z całego serca...
- On nie wie, prawda? Nie wie, że jesteś chora?
- Nie... Nie chce by wiedział. Powiedział, że nie potrzebnie wracałam bo nikt mnie tu nie chce. Ten człowiek jest dla mnie skończony....

Pod wieczór ku mojemu zdziwieniu, dostałam wypis do domu. Filip powiedział, że lepiej będzie jak spędzę więcej czasu z rodziną i zbytnio nie będę narażać swojego organizmu na niebezpieczeństwo i przemęczenie. Spod szpitala odebrali mnie rodzice, którzy udali się ze mną wprost do domu. Nie chcieli dać mi chwili prywatności, ciągle  wypytywali o moją podróż i przysięgali, że więcej ich nie opuszczę. Cieszyłam się z tego, że tak bardzo uszczęśliwił ich mój powrót. Jednak jest ktoś kto za mną tęsknił. Umyłam się, zjadłam śniadanie i zmęczona wskoczyłam do swojego ciepłego wyrka. Sen przyszedł natychmiastowo. Kolejny dzień spędziłam z moją przyjaciółką i Michałem. Rozmawialiśmy, wygłupialiśmy się i cieszyliśmy swoim towarzystwem. Zaczęły się wakacje, więc nie mieli szkoły co było plusem bo codziennie mogliśmy się widywać. Opowiedziałam im sytuację ze spotkania Dylana i na szczęście tym razem nie ryczałam, chociaż nie ukrywam, że chciałam. Szybko zmieniłam temat przez co dowiedziałam się kilku ważnych informacji. Michał powiedział nam, że się z kimś spotyka. Byłam szczęśliwa z jego szczęścia i kibicowałam mu z całych sił. Zdradził nam tylko tyle, że jego wybranka nazywa się Valerie i jest w naszym wieku. Poznał ją na jednym ze spotkań jego rodziców w domu ich wspólników i okazało się, że Valerie to córka któregoś z nich. Ależ ten świat jest mały. Obiecał, że wkrótce nam ją przedstawi. W dobrym humorze spędziłam resztę wieczoru z moimi przyjaciółmi i tym razem spokojnie zasnęłam w swoim cieplutkim łóżeczku. Tak długo tu nie spałam. Czułam się niesamowicie dobrze, móc wreszcie się porządnie wyspać. Nikt nie kazał mi wcześnie wstawać, nie hałasowali, nie naciskali na mnie. No po prostu byłam w raju. Kilka dni spędziłam w swoim przytulnym pokoju nigdzie nie wychodząc. Nie opuszczałam domu nawet na krok. Nie chodziło o to, że mi zabronili bo tak wcale nie było, ale po prostu nie chciałam. Odsypiałam te dni i zbierałam siły na walkę z tą przeklętą chorobą.
Obudził mnie dźwięk komórki, która nie dawała mi spokoju. Rodzice zapewne wyszli do pracy, chociaż nalegali by zostać. Nie muszą mnie niańczyć, zwłaszcza kiedy w domu znajduje się służba. Dzwonił Filip. Rozkazał mi jak najszybciej zjawić się w szpitalu co mnie trochę rozwścieczyło bo dopiero co z niego wyszłam. Opuściłam to okrutne miejsce pięć dni temu i od tego czasu nie miałam kontaktu z doktorkiem. Może dlatego, że miałam na niego focha za tamta akcję? Nie ważne. Spojrzałam na zegarek i obiecałam za godzinę zjawić się w jego biurze. Wzięłam do ręki krótkie, podziurawione jeansy i bluzeczkę na ramiączka. Włosy spięłam w małego koka a na oczy założyłam okulary przeciwsłoneczne. Wyglądałam idealnie i tak też się czułam. Naprawdę nabrałam sił. Miałam ochotę na lody czekoladowo śmietankowe. Mmm, moje ulubione. Po wizycie u Filipa, zajdę do jakieś dobrej lodziarni. 
Schodząc do jadalni, przywitałam się ze służbą a na stole czekało na mnie pyszne śniadanie. Cztery omlety i sok z pomarańczy. Zjadłam wszystko bez wyjątku. Podziękowałam i odeszłam od stołu. Już chciałam opuszczać dom, kiedy jeden z pracowników moich rodziców, poinformował mnie, że pod domem ktoś na mnie czeka. Zdziwiona zarzuciłam na ramiona przewiewną bluzę i pewna siebie wyszłam na zewnątrz. Z początku nie mogłam dostrzec nikogo, jednak chwilę później moim oczom ukazał się czarny samochód z przyciemnionymi, tylnymi oknami. Nie miałam pojęcia kto siedzi w środku, aż w pewnym momencie obok mnie nie wyłonił się Dylan. Zaparło mi dech w piersi. Nie wiedziałam co zrobić, jak zareagować. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to to, że chce mnie przeprosić, ale kiedy obok niego pojawiło się to przeklęte babsko, przeczuwałam kłopoty.
- Nareszcie - Wysyczała Roksana - Dłużej się nie dało? - Spojrzała na mnie jak na swojego największego wroga i ruszyła w moim kierunku, kiedy zatrzymał ją ten dupek.
- Zaczekaj - Powiedział - Sam to załatwię - Warknął obrzucając mnie tym samym wzrokiem co ona. Wkurzona ich wizytą w tym miejscu, zeszłam ze schodów na dół i stanęłam naprzeciwko tej dwójki idiotów. Dostrzegłam na twarzy szatyna mocnego siniaka w okolicy prawego oka. Ktoś mu nabił limo i to ewidentnie mocno. Ledwo co wróciłam a już mam takie nieprzyjemności. 
- Czego chcecie? Nie macie co robić ze swoim i tak już zmarnowanym życiem? - Odezwałam się by przerwać tą niezręczną ciszę - W ogóle jak mogliście tu przyjść? 
- To Ty nasłałaś na mnie tą wariatkę! - Wrzasnął zaciskając pięść - To po to wyjechałaś... Przez Ciebie mam teraz kolejny kłopot na głowie! Zresztą Ty cała jesteś jednym wielkim kłopotem.
- O kim Ty mó...
- Nie udawaj - Syknęła ta jego wywłoka - Nie ujdzie Ci to na sucho!
- Wybaczcie, ale mam ważną sprawę do załatwienia, więc... Będę już lecieć - Machnęłam ręką i ze sztucznym uśmiechem na twarzy, ruszyłam w stronę swojego samochodu. Znaczy samochodu rodziców bo ja nie posiadałam jeszcze prawka, ale co tam. Oczywiście wiedziałam też o kogo chodziło Dylanowi. Mówił o swojej matce, która najwyraźniej musiała już z nim rozmawiać, ale rozmowa ta nie przyniosła żadnych skutków.
- Zacze...... - W chwili gdy Roksana chwyciła mój nadgarstek, szybko złapała się za brzuch i stęknęła, co oznaczało, że coś ją boli. Uniosłam zdziwiona brew, ale nie zareagowałam. Stanęłam tylko z boku i przyglądałam się zaistniałej sytuacji - Pomóż mi! - Wrzasnęła do Dylana. 
- Że niby co mam kurwa robić?! 
- Nie wiem! To Twoje dziecko! - Krzyknęła a ja dopiero chwilę później zrozumiałam co dokładnie wydobyło się z jej ust. Odruchowo przeniosłam wzrok na szatyna który zrobił dokładnie to samo i również się na mnie patrzył. Zamrugałam zaskoczona nową nowiną a w sercu poczułam dziwne ukłucie. Inne od tego kiedy spotkałam się z nim w szpitalu. Tak, to było zdecydowanie inne uczucie. Cholernie nieprzyjemne uczucie. 
- Dziecko? - Wykrztusiłam ledwie słyszalnym głosem. Roksana zaczęła piszczeć jakby własnie miała rodzić, ale to niemożliwe gdyż miała na to za mały brzuch a Dylan w dalszym ciągu stał w bezruchu.
- Nigdy nie widziałaś kobiety w ciąży?! - Zwróciła się do mnie - Myślałam, że jesteś na tyle inteligentna, że wiesz jak powstaje dziecko!
- To prawda? - Spytałam - Ona jest z Tobą w ciąży? - W tej chwili zapomniałam o wszystkim co mnie otaczało. Liczyła się tylko chwila obecna. Tu i teraz. Nie odpowiedział. Milczał i tylko wpatrywał się we mnie tymi swoimi ciemnymi tęczówkami. Niespodziewanie do oczu naleciały mi łzy - To prawda? - Powtórzyłam. W myślałam kłębiło mi się tysiące myśli. Naprawdę nie wiem, dlaczego tak zareagowałam. Oblał mnie zimny pot, serce biło nieziemsko szybko a oddech stał się nierówny. 
- Nie powinno Cię to interesować - Mruknął pocierając dłonią swoje marszczące się właśnie czoło.
- Tak czy nie?! - Wrzasnęłam coraz to bardziej z załzawionymi oczyma. 
- Oczywiście, że tak idiotko! - Wtrąciła ta głupia szmata - Zróbcie coś! Muszę jechać do szpitala! - Nie chciałam jej wierzyć, wiec przeniosłam z powrotem wzrok na moją dawną miłość. 
- Co byś chciała usłyszeć? - Jęknął - Że co? Mam Ci powiedzieć, że nie? Zadowoliłaby Cię ta informacja? 
- Powiedz prawdę - Nakazałam stanowczym głosem - To Twoje dziecko...?
- Tak - Odpowiedział podobnym tonem - Postanowiliśmy z Roksaną stworzyć prawdziwą rodzinę. 
- Nie wierzę.. - Czułam jak cała płonę od środka. Jego słowa były niczym pchnięcia nożem w moje ciało. Tak bardzo to czułam. Zbliżył się do mnie tak blisko, że właściwie czułam na ustach jego miętowy zapach. Dłonią chwycił moje ramię kompletnie ignorując oszołomioną Roksanę.
- To lepiej uwierz - Syknął wprost do mojego ucha - Och Evans. Co Ty sobie myślałaś? Że mógłbym wrócić do kogoś takiego jak Ty? Po co te łzy? - Wykrzywił usta w dziwny dzióbek i lekko się uśmiechnął ocierając kciukiem moje mokre poliki - Dla mnie przestałaś istnieć od kiedy wskoczyłaś do łóżka mojemu przyjacielowi... - Nie wytrzymałam i chciałam przywalić mu z pięści w twarz. Niestety na marne był mój wysiłek bo w ostatniej chwili zdążyć odeprzeć mój atak.
- Nie ładnie, nie ładnie - Zaśmiał się. 
- Wiesz co? - Miałam w dupie to, że chce mi się płakać. Dałam upust emocjom. Łzy coraz to bardziej owiewały moje zaczerwienione poliki a katar dawał o sobie we znaki - Dla Ciebie jestem Rozalie - Wykrztusiłam to tak idealnie, że obrzydzenie było wyczuwalne na kilometr. - I jeszcze jedno.. Obyś zgnił w piekle! - Ku zaskoczeniu wszystkich, naplułam mu na twarz i dopiero wtedy odeszłam, pozostawiając tą dwójkę samą sobie. Niech cieszą się swoją pieprzoną miłością. Miałam to głęboko w dupie! 
Idąc do szpitala, całą drogę płakałam. Nie potrafiłam przestać, nie chciałam, nie mogłam. To mnie tak cholernie bolało! On mnie tak cholernie ranił! Nienawidziłam tego dupka z całego serca. Po raz któryś przez niego płaczę a on ma taki świetny ze mnie ubaw. Rodzina z tą szmatą? A ich dziecko kim zostanie? Burdel mamą? Nie. To niemożliwe aby było prawdziwe. Czułam jak serce pęka mi w pół. Byłam tak cholernie wtedy nieszczęśliwa!
Na miejsce dojechałam po 40 minutach. Na drodze były straszne korki co mi akurat wtedy nie przeszkadzało bo miałam to wszystko w dupie. Cały świat miałam w dupie! Można? Można. Ja potrafię wszystko. Od razu skierowałam się do łazienki gdzie ogarnęłam trochę swoje słone łzy i poprawiłam makijaż. Wyglądałam koszmarnie, ale to nie miało najmniejszego znaczenia. W głowie wciąż miałam przeklęty głos tej suki. 
- Suka.. - Mruknęłam pod nosem idąc do gabinetu Filipa. Znalazłam go na korytarzu i widząc mnie, od razu do mnie podszedł. Nie wyglądał na kogoś kto ma dobry humor, zresztą nie tylko on się dziś chujowo czuł - Więc o czym chciałeś gadać? - Ponagliłam go.
- Nie tu. Chodźmy do mojego gabinetu. To poważna sprawa.. - Mruknęłam zaskoczona ale zrobiłam co mi kazał. Po 2 minutach rozsiadłam się w wygodnym fotelu a on usiadł naprzeciwko mnie po drugiej stronie pięknego, szklanego stołu.
- Więc? - Nalegałam - O co chodzi?
- Ross...Nie wiem czy nie powinienem najpierw zaprosić Twoich rodziców..
- Mam prawie 18lat! Nie przesadzaj, tylko przejdź do rzeczy.
- Dalej jesteś na mnie zła?
- A jak sądzisz? Zresztą nie ważne.. Przeszło mi.. Proszę mów bo chcę jak najszybciej wrócić do domu i pójść spać.
- Ross.. To nie będzie takie proste. Nie możesz długo przebywać w domu. Będziesz musiała ponownie tu wrócić.
-Co?
- Nie wiem od czego zacząć. Sprawy się jeszcze bardziej skomplikowały ponieważ Ty... Cholera.. Ross... Ty.. Cholera!
- Mów! - Wrzasnęłam. Z każdą sekundą bałam się coraz bardziej.
- Ross, Ty... Boże... Ty.. Jesteś w ciąży... - Wyszeptał. Szklanka wody, którą właśnie zabrałam Filipowi ze stołu i kierowałam nią w stronę swoich ust, wypadła z moich rąk i z wielkim hukiem zderzyła się z ziemią. Traciłam grunt pod stopami. Traciłam oparcie i nadzieję na lepsze jutro.
- Co? - Wykrztusiłam dławiąc się własnym powietrzem.
- Jesteś w drugim miesiącu ciąży... - Przed oczyma przeleciała mi pewna noc, którą spędziłam z Cooperem w jego domu. To był jeden jedyny raz kiedy z kimś uprawiłam seks. Jeden jedyny raz i jeżeli jestem faktycznie w ciąży to nikt inny nie może być ojcem tego dziecka niż Cooper - Ross, wszystko w porządku? Potrzebujesz czegoś? Zadzwonić do Twoich rodziców?...
- Filip? - Wydyszałam.
- Tak? - Wzdrygnął się i w jednej sekundzie, stał tuż obok mnie.
- Chcę umrzeć! - Wrzasnęłam a następne dostałam napadu histerii. Nic innego nie zrobiłam jak tylko się rozpłakałam i zasłoniłam oczy rękoma. Tego było dla mnie za wiele...

,, - Dylan, nic nie rozumiem. O czym ona mówi? - Chwyciłam jego dłonie w swoje po czym wtuliłam się w jego ramiona - Bałam się o Ciebie.. - Szepnęłam, zaciągając się porządnie zapachem jego perfum. Wyczułam tytoń, ale postanowiłam to zignorować. Ku mojemu zdziwieniu, odepchnął mnie do tyłu z taką siłą, że potknęłam się o własne nogi i prawie zleciałam na ziemię a żeby tego było mało, stanął do mnie tyłem. Do oczu naleciały mi łzy.
- Nigdy więcej tego nie rób - Syknął oschle.
- Czego?
- Nigdy więcej mnie nie przytulaj, jasne?
- Ale.. Dlaczego..?
- Bo nie! - Wrzasnął. Podszedł do mnie i znów staliśmy twarzą w twarz. 
- Już mnie nie kochasz? - Spytałam patrząc mu prosto w oczy. Chciałam, aby to powiedział. Chciałam wreszcie poznać tą pieprzoną prawdę bo dość miałam uników z jego strony. Bolało mnie to wszystko i nie chciałam sobie więcej pozwolić na niepewność jaką mnie codziennie częstował.
- A kiedykolwiek kochałem? - Odparł chłodnym tonem głosu. Ponadto wyjął z kieszeni paczkę fajkę, po czym odpalił jedną sztukę. Wiedział, że nie lubiłam kiedy pali. Wiedział, że nienawidziłam tego i obiecał mi, że przestanie. Kolejne pieprzone kłamstwo. Mocno zaciągnął się dymem tej trucizny, a kiedy wypuścił powietrze z płuc, śmierdzący smród owiał moje policzki i nozdrza. Nie miał do mnie za grosz szacunku bo nawet nie odważył spojrzeć mi się ponownie w oczy. Pierdolony tchórz. Poczułam się jakbym dostała właśnie w prawy policzek porządnego liścia. A może strzał z pięści? Sama już nie wiedziałam co czuję. Straciłam grunt pod stopami a nogi stały się trzęsącą galaretą.
- Więc to wszystko... - Nie dałam rady opanować łez. Jedna po drugiej zalewały mój policzek i powodowały, że chciało mi się płakać jeszcze bardziej - To wszystko było kłamstwem....?
- A co sobie myślałaś? - Zakpił. Miałam wrażenie jakby przede mną stał ktoś znacznie inny niż mój Dylan Cooper, który każdego dnia zapewniał mnie o swojej miłości - To, że czasem Cię pieprzyłem, czy kupiłem Ci kwiatki, to nie oznacza od razu, że czuję do Ciebie chuj wie co.. - Nie dokończył, ponieważ straciłam kontrolę nad swoim ciałem i strzeliłam mu porządnego liścia w twarz. Zachwiał się a ja poczułam piekielny ból dłoni. Pierdolony dupek.
- Nienawidzę Cię... - Szepnęłam po czym zakryłam usta dłonią - Nienawidzę! - Wykrzyczałam. Łzy spływały coraz to większym strumieniem a policzki robiły się czerwone od nadmiaru mojego płaczu. Stojąc naprzeciwko niego, nie widziałam w nim chłopaka, któremu oddałam swoje serce. To nie był on. Już nie. Paula miała rację co do jego osoby.
- Przykro mi, że uważałaś, że jest inaczej..... '' 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz