Rozdział 14
,, I am not a fucker ''
- Co Ty... - Alan nie zdążył powiedzieć nic więcej ponieważ poczuł na twarzy potężną dłoń przyjaciela. Od nadmiaru siły Dylana, zleciał na ziemie zderzając się tym samym z zimną podłogą. Szatyn warknął gwałtownie po czym przeniósł swój pełen nienawiści wzrok na mnie. Z uniesioną głową obdarowałam go tym samym spojrzeniem. Nie żałowałam wypowiedzianych słów. Wręcz przeciwnie. Chciałam, aby poczuł się zdradzony.
- Jesteś zwykłą dziwką - Warknął. Wzruszyłam smętnie ramionami na obelgi które kierowane były w moją stronę. Nie pierwszy raz zwrócił się do mnie w ten sposób. Było pełno podobnych sytuacji w przeszłości.
- Być może - Odpowiedziałam - Jednak Ty wcale nie jesteś lepszy.
- Jak mogłaś mi to zrobić?! - Ciągnął nie panując nad ruchem dłoni. Wymachiwał nimi tuż nad moją twarzą. Gdyby nie krok w tył, zapewne dostałabym w twarz - A Ty?! - Tym razem zwrócił się do byłego przyjaciela. Świetnie zdawałam sobie sprawę z tego, że skłóciłam ich jeszcze bardziej, ale wcale mnie to nie obchodziło. Wiedziałam bowiem, że to go zaboli a ból należał mu się od chwili kiedy go poznałam. Ten drań zasługiwał na wszystko co najgorsze. Alan spojrzał to na mnie, to na Dylana i zrezygnowany pokiwał przeczącą głową.
- Ja Tobie? - Parsknęłam - To Ty będziesz miał dziecko z Roksaną! Nie pamię.....
- Kochałem Cię... - Wtrącił nieco spokojniejszym tonem głosu. Mogłabym przysiąc, że w jego oczach dostrzegłam łzy. Z zaciśniętą mocno pięścią oraz z nieunormowanym oddechem, powtórzył swoje poprzednie słowa - Naprawdę Cię kochałem...
- I dlatego mnie wtedy zostawiłeś?! - Wrzasnęłam również zachodząc łzami. Z całej siły naparłam na jego ciało i mocnym ruchem dłoni, odepchnęłam go do tyłu zadając przy tym niezbyt mocny strzał w klatkę piersiową. Nawet nie drgnął. Miałam wrażenie jakby w pomieszczeniu była tylko nasza dwójka. Alan z Filipem, stanęli z boku uważnie przyglądając się zaistniałej sytuacji. Nie chcieli mieszać się w nasze sprawy, ponieważ uważali, że najwyższy czas sobie wszystko wyjaśnić. Tracili cierpliwość do naszej dwójki - Gdybyś naprawdę mnie kochał, nigdy byś nie postąpił tak jak postąpiłeś! Nigdy byś mnie nie zostawił! Nie powiedział, że byłam dla Ciebie nikim! Nie zdajesz sobie sprawy z tego jak mnie skrzywdziłeś, prawda?! Prawda?! - Powtórzyłam, gdy nie odpowiadał. Stwierdziłam, że jeśli już więcej nie ma nic do powiedzenia, najlepiej będzie jak sobie pójdę. Odwróciwszy się na pięcie, ruszyłam w stronę drzwi. W międzyczasie przygryzłam dolną wargę, aby powstrzymać chęć wybuchnięcia płaczem. Dlaczego ten dupek nie może zostawić mnie w spokoju? Bawi go dręczenie mnie? Nim zdążyłam przejść trzy kroki, ktoś chwycił moje prawe ramie, następnie zmusił mnie do ponownego obrotu w jego stronę.
- Myślałem, że jesteś mądrzejsza - Szepnął. Staliśmy twarzą w twarz, ramię w ramię. Od bardzo dawna nie byliśmy przy sobie tak blisko. Tak blisko, że każdy jego oddech, wędrował na moich policzkach - Zrobiłem to bo musiałem. Tamtego dnia byłem najsmutniejszą osobą na całym świecie. Nienawidziłem samego siebie za to co zrobiłem, ale musiałem kurwa! Musiałem! Roksana zaszantażowała mnie, że jeżeli tego nie zrobię, że jeżeli Cię nie zostawię, może stać się krzywda Twojej rodzinie. Tego bym sobie nie wybaczył jeśli coś stałoby się Tobie bądź Twoim bliskim. Znienawidziłabyś mnie jeszcze bardziej. Wolałem byś myślała, że mam Cię gdzieś. Nie sądziłem, że faktycznie tak łatwo w to uwierzysz. Miałem nadzieję, że jesteś na tyle inteligentna, że zdasz sobie sprawę z tego, że to podstęp, ale Ty wolałaś odsunąć się ode mnie, zostawić mnie samego w tym całym gównie bo tak było Tobie wygodniej. Tak, zraniłem Cię. Zdaję sobie z tego sprawę, ale wiesz jak każdego dnia cholernie bolało mnie to, że nie mogę być blisko Ciebie? Że jeśli przyjadę pod Twój dom to skopiesz mi dupę i każesz wypierdalać? Ilekroć wybierałem Twój numer w telefonie, nie miałem odwagi zadzwonić. Wiedziałem, że nie chcesz mnie znać. A Roksana? Nigdy nic mnie z nią nie łączyło. Zanim poznałem Ciebie, od czasu do czasu zdarzyła się sytuacja, że wykorzystałem ją, aby sobie ulżyć. Była i jest dla mnie zwykłą dziwką. Nie wiem jak doszło do tego, że jest w ciąży, ale nie obchodzi mnie to. Nie chcę tego dziecka bo nigdy bym nie był w stanie go pokochać. Brzydziłbym się nim wiedząc, że jest spokrewnione z tą żmiją. Ale jedno jest pewne i całkowicie szczere. Naprawdę Cię kochałem... - Wziął głęboki oddech po czym wolniutko wypuścił powietrze z płuc. Kciukiem prawej dłoni dotknął delikatnie mojego policzka. Lekki dreszcz przeszył moje ciało, aby chwilę później wywołać zawroty głowy. Czekał na moja odpowiedź. Problem polegał na tym, że ja nie wiedziałam co powiedzieć. Minęło tyle czasu. Uważałam, że mnie porzucił, zabawił się mną a on własnie teraz mówi, że zrobił to dla mojego dobra. Myślicie, że to tak łatwo pogodzić miłość z nienawiścią? Nie. To nie jest za grosz łatwe. Otworzyłam usta z zamiarem powiedzenia czegoś, byle czego, ale jedynie z moich ust wydobyło się lekkie stęknięcie. Byłam sparaliżowana jego dotykiem, bliskością. Przed oczyma pojawiła mi się moja choroba z którą walczę od dawna. Najgorsze było to, że jego w tym okresie przy mnie nie było. Nie zdawał sobie sprawy z tego, ile wydarzyło się w moim życiu od momentu kiedy straciliśmy kontakt. Nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo go potrzebowałam a on? On tak po prostu zniknął.
- Ja... - Jęknęłam. Tylko tyle potrafiłam z siebie wydusić. Moim zdaniem to i tak za dużo. Wpatrując się w jego tęczówki, nie czułam tego co kiedyś. Nie widziałam w nim chłopaka w którym się zakochałam. Kiwnął twierdząco głową jakby rozumiejąc co chciałabym mu przekazać i po prostu wyszedł. Nie trzasnął drzwiami bo po co? Powinnam za nim pobiec? I co dalej? Powiedzieć, że jestem chora? Wykrzyczeć, że mam z nim dziecko? Nie. Za kilka miesięcy przestanę istnieć więc nie widzę sensu ponownie ingerować w jego życie. Poczułam ponowne zawroty głowy.
- Zamierzasz nic z tym nie robić? - Wtrącił poirytowany Alan. Teraz to on stał przede mną w bojowej postawie myśląc, że się go przestraszę - Co Ty w ogóle odpierdalasz?! Pierwszy raz widziałem, aby coś go obchodziło! Ty go obchodzisz!
- Zrozumcie, że między mną a nim już nic nie ma! - Nie dając mi szansy na powiedzenie czegokolwiek więcej, wyszedł za przyjacielem. Wyszedł? Wybiegł jakby właśnie się paliło. Spojrzałam na Filipa, który posłał mi współczujący wzrok. Wiedział, że poznanie zarówno Dylana jak i Alana, nie przyniosło do mojego życia niczego dobrego. Przez tą dwójkę miałam same problemy.
- Ross, dobrze się czujesz? - Spytał widząc jak mrużę oczyma. Czułam się fatalnie. Skłamałam mówiąc, że wszystko gra - Ross...?
- Wszystko okej... - Powtórzyłam tracąc ostrość widzenia. Chciałam chwycił się ramienia przyjaciela, ale był zbyt daleko. Nie miałam sił zrobić najmniejszego kroku - Albo i nie... - Dodałam już nie dając rady wytrzymać. Wszystko zaczęło się powtarzać. Po minie Filipa, zorientowałam się, że moja choroba sięga zenitu. Zaczęło się. Kilka sekund później, leżałam na zimnej podłodze popadając w coraz głębszą przepaść. Pamiętam, że ostatnią moją myślą, było, aby ochronić moje dziecko.
***DYLAN***
,, - Mam Cię szmato - Przestraszyła się. Chwyciłem jej ramię, zatykając przy tym swoją dłonią usta dziewczyny. Szarpnąłem nią na tyle mocno, że chwilę później znaleźliśmy się u woźnego. Pomieszczenie było puste, więc od razu zamknąłem drzwi na zamek, aby nie mogła uciec.
- Puść mnie! - Wrzasnęła, kiedy zabrałem swoją wielką rękę.
- Stul pysk bo pożałujesz! - Warknąłem. Zrobiła to. Zamknęła się a ja spokojnie oparłem się rękoma o ścianę blokując jej drogę ucieczki.
- Proszę... Wypuść mnie.. Nic Ci nie zrobiłam..
- Nic mi nie zrobiłaś a jednak tu jestem.
- Ja... Błagam.. Zostaw mnie...- Cała drżała. Muszę przyznać, że podobał mi się ten widok. Była niezłą laską, do tego taką niewinną, bezbronną.
- Dam Ci dobrą radę. Lepiej, abyś już nigdy nie wpadła mi w drogę i nie zgrywała bohaterki - Uderzyłem z całej siły ręką w szafkę tak, że podskoczyła. Zrobiłem to specjalnie. Gdy już myślała, że sobie pójdę, złapałem jej nadgarstek i poszukałem wzrokiem jakiegoś sznurka.
- Oszalałeś...
- Zamknij się! - Zacząłem związywać jej ręce tak, że nie mogła nimi ruszyć. ''
To był dzień, kiedy ją poznałem. Taką odważną. Mimo, że cholernie się mnie bała, uratowała przyjaciółkę. Przynajmniej starała się uratować. Wtedy właśnie zwróciła na siebie moją uwagę. Każdego dnia przyglądałem się bliżej jej poczynaniom i coraz bardziej interesowała mnie jej osoba,
Dlaczego bliskość Ross w tym cholernym gabinecie, tak na mnie zadziałała? Wieść, że jest w ciąży z moim przyjacielem, wyprowadziła mnie z równowagi. Tu nie chodzi nawet o Alana. Po prostu poczułem zazdrość, której nigdy wcześniej nie doznałem. Byłem zazdrosny o Ross. Myśl, że ktoś inny dotykał ją w sposób w jaki ja ją dotykałem, działa na mnie jak dynamit. Jeden nieostrożny ruch i wybucham.
- Kurwa! - Wrzasnąłem idąc prosto do wyjścia. Kilka starszych pań, które właśnie mijałem na korytarzu, posłało mi groźne spojrzenie mówiące, żebym zachowywał się nieco ciszej. Miałem je w dupie. Aby pokazać jak bardzo mnie obchodzą, pokazałem każdej z nich środkowy palec. Jedna nie pozostała mi dłużna. Odpowiedziała tym samym.
- Teraz będziesz dręczyć staruszki? - Usłyszałem. Przekląwszy pod nosem, kazałem mu wypierdalać - Poczekaj - Nie odpowiedziałem. Nie miałem najmniejszej ochoty wchodzić z nim w jakikolwiek konflikt. Jednak on tego nie rozumiał. Kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz, zagrodził mi drogę gotowy do bójki, byleby tylko mnie zatrzymać.
- Czego chcesz? - Warknąłem - Chyba już wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- Jest coś czego nie wiesz o Ross - Zaczął niepewnie. Zmrużyłem oczy jakby nie wiedząc o co mu chodzi. Z kieszeni spodni wyciągnął paczkę fajek po czym odpalił jedną na szpitalnym parkingu - Chcesz?
- Daruj sobie. Jeżeli myślisz, że pogratuluje Tobie dziecka to jesteś w wielkim błędzie - Chciałem odejść i raz na zawsze zniknąć z ich życia. Wiem, popełniłem błąd porzucając Ross, ale nie tylko ja przyczyniłem się do rozpadu naszej znajomości. Wina leżała po obu stronach.
- To ja powinienem Tobie pogratulować! - Krzyknął, kiedy podchodziłem do swojego samochodu. Bardzo śmieszne. Ile jeszcze razy będą dopierdalać mi Roksaną? Machnąwszy ręką, wsiadłem do środka. Muzyka rozprzestrzeniła się po wnętrzu pojazdu całkowicie zagłuszając moje myśli. Chwyciłem za kluczyki i właściwie na tym się skończyło. Chciałem odjechać, kiedy po prostu nie mogłem. Przed oczyma pojawił mi się mój pierwszy pocałunek z Evans.
,, - Co robisz?... - Szepnęła widząc jak się do niej zbliżam. Schowałem pistolet z powrotem do kieszeni i przeczesałem dłonią włosy czując jak żołądek podchodzi mi do gardła. Ledwo przełknąłem ślinę.
- Najgorszą rzecz w swoim życiu - Chwyciłem jej ramiona w obie swoje dłonie, blokując przy tym jej wszystkie ruchy. Sparaliżowało ją od stóp do głowy. Ledwo oddychała.
- Puść... - Zbliżyłem swoją twarz ku jej, przez co spojrzeliśmy sobie w oczy. Zobaczyłem, że boi się mnie. Nie ma pojęcia co zamierzam zrobić i strasznie panikuje. Jakoś tym razem nie chciało mi się śmiać. Po prostu zamknąłem oczy, aby cierpienie i obrzydzenie było mniejsze. Następnie szybkim ruchem wpiłem się w jej usta. Z początku odpychała mnie, szarpała się ze mną i szczerze mówiąc, już miałem ochotę ją od siebie odepchnąć i kazać jej spierdalać, kiedy usłyszałem głos niebieskiego skurwiela. Przytrzymałem mocniej jej głowę, by mi nie uciekła. Przez kilka minimalnych sekund, miałem wrażenie, że odpowiedziała na mój pocałunek, ale trwało to tak szybko, że pomyślałem iż to moja wyobraźnia płata mi figle. Mężczyźni spojrzeli na nas jak na parę zakochanych co było właśnie moim celem i poszli prosto przed siebie. Mając pewność, że są wystarczająco daleko, odskoczyłem od nastolatki wycierając usta dłonią - Zwariowałeś?! - Wrzasnęła oburzona. Nie zdążyłem nic powiedzieć, kiedy poczułem piekący mnie policzek. Ta suka mnie uderzyła! Uderzyła mnie!
- I to jak.. - Syknąłem wciąż czując na ustach jej szminkę. Tę cholernie dobrą szminkę ''
- Boże, Ross... - Szepnąłem. Moje oczy przeszklone były łzami, czułem jak każdy mięsień w moim ciele spina się do granic możliwości. Cholera. Ja jej wcale nie kochałem. - Ja wciąż Cie kocham... - I właśnie w tej chwili dałem upust swoim łzom. Nie patrzyłem na nic. Nie obchodzili mnie ludzie szukający swoich aut, nie zwracałem uwagi na przechodniów i miałem w dupie Alana, który właśnie w tym momencie wpakował swoją dupę na skórzany fotel mojego samochodu.
- Stary, co się z Tobą dzieje? - Spytał przerażony - Nie poznaję Cię. Jesteś wrakiem...
- Ja ją kocham, rozumiesz? - Odpowiedziałem całkowicie szczerze. Wcale nie chowałem swojej rozżalonej twarzy. Łza po łzie spływała po obu moich policzkach - I wszystko spieprzyłem... - Tym razem to ja wyciągnąłem paczkę fajek i po raz pierwszy w życiu zapaliłem w środku swojego maluszka. Miałem skończyć z tym nałogiem tak jak z każdym innym, ale to trudniejsze niż sądziłem. Zwłaszcza w takiej chwili jak ta. Byłem na skraju załamania.
- Musisz coś wiedzieć - Zaczął niepewnie.
- Kochasz ją? - Spytałem pierwszy. Bałem się odpowiedzi i zdawałem sobie sprawę z tego co powie, ale chciałem to usłyszeć. Chociaż raz musiał mi to powiedzieć a ja musiałem to usłyszeć - Kochasz? - Powtórzyłem.
- Dylan, stary...
- Będziesz dbał o nią i o Wasze dziecko? Chcę być pewien, że niczego jej nie zabraknie... - Zrozpaczony, oparłem głowę o kierownice samochodu wiedząc, że to koniec. Już nigdy nie poczuję dotyku dłoni Evans na swoim ciele. Już nigdy nie poczuję zapachu jej mokrych włosów i co najgorsze, już nigdy nie usłyszę od niej najważniejszego słowa na świecie. Nie powie mi, że mnie kocha. Znów się rozpłakałem.
- Ross to dobra dziewczyna. Kurwa, ona jest zajebista! Tyle razy co nam pomogła chociaż nie najlepiej ją traktowaliśmy.. Nie wiem co powiedzieć bo nic nie opisze tego jak wielkie jest jej serce, ale... - Tu jakby się zawahał szukając odpowiedniego słowa. Zmierzył mnie wzrokiem lustrując przy tym każdy milimetr mojego ciała - Słuchaj mnie uważnie. Ross, to naprawdę wartościowa osoba. Nie tylko Ciebie zmieniła. Jak widać mnie też. Przy niej każdy potrafi stać się lepszym. Szczerze mówiąc to bardzo ją polubiłem...
- Kochasz ją? - Wtrąciłem nie słysząc odpowiedzi - Proszę, odpowiedz szczerze...
- Przez pewien czas czułem coś do niej, ale nie nazwałbym tego miłością. Byliśmy blisko, kiedy wyjechaliśmy i właśnie wtedy zacząłem ją lubić. Bywały chwile, kiedy miałem ochotę ją pocałować, dotknąć czy nawet poczuć w ten sposób... Ale nigdy tego nie zrobiłem. Bynajmniej nie pamiętam, aby doszło do czegoś takiego. Wiedziałem, że jest miłością Twojego życia, że mimo Waszych kłótni czy tymczasowej nienawiści, dalej ją kochasz. To mnie powstrzymywało przed zrobieniem czegokolwiek. Nie chciałem jej skrzywdzić. Między nami nie może być nic więcej niż przyjaźń. Jest pierwszą dziewczyną na którą zwróciłem uwagę i gdyby nie Ty, gdyby nie świadomość tego, że wciąż ją kochasz, może zacząłbym coś działaś bo wiem, że warto, ale to niemożliwe. Ross jest Twoja. Między mną a nią nigdy do niczego nie doszło i nie dojdzie...
- A dziecko? - Spytałem zdziwiony. Przetarłem oczy nie dowierzając w to co słyszę.
- Dziecko nie jest moje. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Myślisz, że zrobiłbym Ci coś takiego?Traktuję Cię jak brata - Uśmiechnął się - Dylan... To dziecko jest Twoje...
- Co?! -Wrzasnąłem jednocześnie szepcząc - Nie wierzę...
- Ross spała tylko z jedną osobą. Jak myślisz, o kim mowa? Ty chyba powinieneś wiedzieć najlepiej. To dziecko jest Twoje...
- Dlaczego nic mi nie powiedziała...? Kłamiesz...
- Sądziła, że Cię nie obchodzi. Jeszcze Roksana... Ale to nie koniec. Musisz coś jeszcze wiedzieć. To ta najgorsza część.
- Coś nie tak z dzieckiem?! Boże, kurwa! Przecież ja ją kocham!
- I dlatego musisz jej pomóc - Ciągnął tajemniczo. Posłałem mu groźne spojrzenie mówiące, aby jak najszybciej powiedział to co ma do powiedzenia - Ross jest chora. Ma białaczkę, poziom zaawansowany. Zostało jej ponad pół roku, może krócej. Ciąża odbiera jej siły. Ona wkrótce umrze... - Westchnąwszy ciężko, w przeciągu jednej sekundy otworzyłem drzwi pojazdu i najszybciej jak to możliwe, wyskoczyłem na zewnątrz a następnie biegiem ruszyłem przed siebie, wprost do szpitala. Musiałem ją odnaleźć i przytulić. Tak cholernie pragnąłem ją przytulić.....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz