,, I am not a fucker ''
- Jest gorszym chujem niż przedtem. Nie poznaje go ... - Głos Alana do najprzyjemniejszych nie należał. Chłopak spojrzał na mnie, potarł dłonią swoją brodę i lekko palcami przeczesał swoją bujną czuprynę. Cholernie przejmował się losem przyjaciela. Więc ten dupek naprawdę miał uczucia. Wow.
Wstał, ponownie rozglądnął się po wnętrzu mojej sypialni i kiedy zdał sobie sprawę z tego, że przegrywa, użył ostatniego argumentu, który uważał za słuszny - Jeśli nie pomożemy mu teraz, będzie za późno. Dlaczego nie chcesz mu powiedzieć o chorobie? - Spytał z nadzieją, że zmienię zdanie.
- Bo wiem, że to go nie obchodzi - Odpowiedziałam oschłym tonem głosu. Sprawa między mną a Dylanem, zaczynała mnie dobitnie denerwować. Ile razy można ciągnąc to samo? Zlustrował moją twarz badawczym wzrokiem, jakby chciał odgadnąć wszystkie uczucia które gotowały się w moim wnętrzu i dopiero potem ni stąd ni zowąd, zaczął się śmiać. Uniosłam zdziwiona prawą brew ku górze a następnie zmrużyłam oczy jakby do końca nie wiedząc o co mu chodzi. W sumie to w ogóle nie miałam zielonego pojęcia dlaczego ten idiota się śmieje.
- Ile jeszcze będziecie ciągnąć tą bajkę?
- Słucham? - Zdziwiłam się odpowiadając przy tym pytaniem na pytanie.
- Kiedy gadałem z Dylanem, zarzucił mi, że coś mnie z Tobą łączy.
- Że coś mnie łączy z Tobą? - Powtórzyłam. Poczułam jak na moje policzki wkradają się małe rumieńce. Zawstydziłam się na co on zareagował lekkim uśmiechem.
- Dylan był zazdrosny. Zazdrosny o Ciebie - Dodał. Zbyłam jego słowa lekkim mruknięciem. Nie bardzo w to wszystko wierzyłam. Było tak wiele sytuacji w których Cooper pokazał mi, że jestem dla niego kupą gówna - Rozumiesz, że on Cię dalej kocha?
- Rozumiem całkiem co innego. Chcecie na siłę uratować go z tego bagna w jakie wlazł, ale on Waszej pomocy nie chce. Ile jeszcze razy ma skopać nam dupę, byśmy zdali sobie sprawę z tego, że to samolubny, egoistyczny i bezmózgi idiota? Wybrał swoją drogę i mi to wystarczy... - Wtedy niespodziewanie szybko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyłoniła się przede mną potężna sylwetka Alana. Zmarszczył czoło, wziął głęboki oddech i dopiero wtedy spojrzał w moje przyciemnione tęczówki.
- Nie zostawię go - Warknął - A Ty mi pomożesz - Przez jakiś czas oboje cisnęliśmy do siebie pełnym grozy wzrokiem tocząc walkę o to, kto się podda. Ani ja jak i zarówno on, nie mieliśmy zamiaru ustąpić.
- Dlaczego mi to robisz? - Spytałam.
- Wybacz Ross, ale nie mam innego wyjścia. - Na chwilę zamilkłam nie wiedząc jak zareagować. Nie obchodziło go moje zdanie. Myślałam, że się zmienił, że stał się dla mnie kimś bliskim, kimś w rodzaju przyjaciela, ale jak tylko było trzeba, mógł mnie wykorzystać bez żadnych skrupułów. Tak nie postępują przyjaciele.
Kiedy tylko wyszłam z pod swojej kołdry, pomaszerowałam wprost do niewielkich drewnianych drzwi od sypialni. Ta rozmowa nie miała sensu.
- Wyjdź - Nakazałam. Zamiast tego, spojrzał na mnie po czym stanął tuż obok. Chciał otrzeć kciukiem łzy, które zaczęły spływać po moich policzkach - Wyjdź! - Powtórzyłam z krzykiem. Przechylił głowę w bok jakby nad czymś się zastanawiał. Zacisnęłam dłoń w pięść gotowa wyrzucić go z tego domu, jednak nie mówiąc nic więcej, ze spuszczoną głową wykonał mój rozkaz. Na pożegnanie trzasnął drzwiami. Moje życie coraz bardziej stawało pod znakiem zapytania.
Nie potrafiłam racjonalnie myśleć, nie wiedziałam co ze sobą zrobić, do kogo udać się po radę. Miałam Paule, ale bałam się jej reakcji, zresztą moja przyjaciółka miała wiele swoich problemów na głowie, Michał? Miał dziewczynę i nią powinien się zająć. Nie chciałam wpieprzać im się w związek tym bardziej, że już zaczęli się kłócić z mojego powodu. Filip? On nic nie rozumie. Zresztą dla mnie jest zdrajcą. Moi rodzice? Załamaliby się psychicznie. Myślałam, że chociaż z Alanem będę mogła szczerze porozmawiać, wyżalić mu się i szczerze mówiąc, liczyłam na jakąś radę z jego strony. Wyszło jak zawsze. Był tym samym dupkiem co kiedyś.
Następnego dnia wstałam dosyć wcześnie. Dostałam wiadomość od Pauliny, że musi wyjechać na kilka dni w sprawach rodzinnych. Poinformowała mnie, że nie dotrze na zaplanowane przez nas spotkanie i, że od razu nadrobimy wszystko kiedy wróci. Michał również był nieosiągalny. Wyjechali na romantyczny weekend ze swoją dziewczyną. Sebastian pomagał matce a do Alana nie miałam zamiaru się odzywać. Kiedy zdawałoby się, że spędzę ten piękny, słoneczny dzień w domu, dostałam telefon od Filipa. Chciał przeprowadzić kilka rutynowych badań. Po namowie mamy, niechętnie, udałam się do jego gabinetu. Moja kochana, zbyt opiekuńcza matka zauważyła, że coś jest nie tak. Ciągle przebywam w swojej sypialni, mało jadam, ograniczam kontakty z ludźmi. Tylko powiedźcie mi do cholery jak Wy byście się zachowali na moim miejscu?!
Dojechałam do szpitala przed południem. Serdeczność pracowników tego miejsca świadczyła o tym, że zapoznali się już z moją chorobą. Nie miałam ochoty na rozmowy z kimkolwiek, więc od razu po przekroczeniu tych dużych, szklanych drzwi, udałam się do Filipa. W przeciągu dwóch godzin, stwierdził, że mój stan zdrowia nie jest idealny, ale jak na sytuację w jakiej się znajduję, mam się całkiem dobrze.
- Możemy chwilkę porozmawiać? - Spytał widząc jak zmierzam do wyjścia. Kiwnęłam twierdząco głową i wolnym krokiem pomaszerowałam do dobrze znanego mi pomieszczenia. Jak zawsze usiadłam na białym fotelu skierowanym wprost na mężczyznę w białych fartuchu. Wpatrując się w zarośniętą twarz Filipa, próbowałam przypomnieć sobie dzień w jakim go poznałam. Niestety się nie udało. W głowie miałam coraz to więcej luk ze swojej przeszłości.
- Więc o co chodzi? - Zaczęłam przerywając tą niezręczną ciszę, która narastała z każdą mijającą sekundą. Był poddenerwowany,
- Ross... - Chrząknął - Z tych wszystkich badań wynika, że nie dasz rady urodzić tego dziecka. Jesteś zbyt słaba.
- Co masz na myśli mówiąc, że nie dam rady? - Zadałam to pytanie z czystej ciekawości. Prawdę mówiąc nie podjęłam jeszcze decyzji związanej z moją ciążą. Starałam się o tym nie myśleć tak długo jak było to możliwe.
- Musisz usunąć ciążę. Dla dziecka nie ma szans na przeżycie, natomiast Ty jeśli postanowisz je usunąć, będziesz miała więcej czasu. Cholera! - Wrzasnął waląc pięścią w swoje biurko. Podskoczyłam wystraszona nie wiedząc o co chodzi. Spojrzałam na niego, potem na jego dłoń i znów na niego. Uspokoiwszy się trochę, wstał po czym obszedł swoje krzesło i blat i zatrzymał się dopiero przy mojej osobie - Ross, nawet nie wiesz jak mi do cholery przykro!
- Nie rozu...
- To wszystko powinno przytrafić się każdemu, ale nie Tobie! - Wtrącił - Tyle już przeszłaś, tyle wycierpiałaś.. Najpierw Dylan, potem choroba i teraz jeszcze to. Dlaczego do kurwy nędzy to wszystko spotkało taką dobrą dziewczynę jak Ty?! Najgorsze jest to, że i tak nie mogę Tobie pomóc.... - Chwycił delikatnie moją dłoń starając się dodać mi tym małym gestem otuchy. Rozpłakałam się. Rozpłakałam się nie dlatego, że znajdowałam się po uszy w gównie, ale dlatego, że wzruszyły mnie słowa Filipa. On naprawdę martwił się mną. Nie jako pacjentką, ale jako przyjaciółką. Mimo, że przez ostatnie kilka dni miedzy nami nie było zbyt dobrze, wciąż mogę na niego liczyć.
- Filip, ja...
- Nie mów nic - Szepnął - To nie Twoja wina. To wszystko wina tego samolubnego gnojka, który zamiast Cię wspierać, krzywdzi Cie... - Nie mogąc dłużej wytrzymać, wtuliłam się w mojego przyjaciela czując ciepło jakie od niego biło. Tego potrzebowałam. Bliskości drugiej osoby. Siedząc w ciszy, która tym razem była nam koniecznie potrzebna, w całym pomieszczeniu rozbrzmiał dźwięk telefonu należący do Filipa. Kazałam mu odebrać na wypadek gdyby to było coś ważnego. I rzeczywiście było. Na oddział przywieziono postrzeloną kobietę, która natychmiast musiała zostać operowana. Jako iż była w ciężkim stanie, potrzebowała specjalisty. Tym specjalistą był Filip.
- Mogę tu zostać? - Spytałam wycieńczona. Zdawałam sobie sprawę z tego, że swoją rozmową zatrzymuję go w tym miejscu dłużej, ale chciałam tylko krótkiej odpowiedzi, która by mnie w pełni zadowoliła. Nie miałam ochoty wracać do domu i ponownie zamknąć się w czterech ścianach. Michała z Paulą i tak nie było, Alan miał mnie w dupie, rodzice pracowali a Sebastian gdzieś przepadł i nie daje znaku życia. Naprawdę nie chciałam wracać do tego pustego mieszkania w którym prędzej czy później bym zwariowała - Nie chcę wracać do domu. Wolę poczekać na Ciebie..
- Oczywiście, że możesz - Odpowiedział w pośpiechu. Wziął najpotrzebniejsze rzeczy i pędem ruszył w stronę drzwi - Połóż się. Kiedy wrócę to Cię obudzę - Pocałował moje czoło po czym natychmiast opuścił swój gabinet. Był potrzebny gdzieś indziej.
Zmęczenie nadeszło zaraz po tym jak wylałam tone łez. Przedtem jednak udałam się do pobliskiego bufetu na pierwszym piętrze. Wcale nie zgłodniałam jeśli o tym myślicie. Potrzebowałam szklanki zimnego soku pomarańczowego. Mój najlepszy smak. Wracając do gabinetu mojego przyjaciela, napotkałam na korytarzu kobietę, która samotnie zajmowała małe krzesełko. Rozglądnęłam się uważnie dookoła czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu.
- Wszystko w porządku? - Spytałam ściszonym głosem. Nie chciałam krzyczeć. Kobieta mająca coś około trzydziestki, spojrzała na mnie załzawionymi oczyma. Wiedziałam, że coś jej się stało, ale nie zamierzałam na siłę wypytywać o jej życie prywatne doskonale wiedząc, że sama bym tego nie chciała.
- Nic nie jest w porządku - Jęknęła ciągle trzymając dłońmi swój brzuch. Dopiero w tamtej chwili zrozumiałam, że jest w ciąży. Poczułam się cholernie dziwnie. Odruchowo sama chwyciłam prawą dłonią za swój brzuch jakby starając się ukryć fakt, że sama noszę w sobie dziecko - Nic nie jest w porządku... - Powtórzyła. Rozum podpowiadał mi bym nie ingerowała w tą rozmowę, bym jak najszybciej odeszła stamtąd i wróciła do gabinetu, ale serce kazało zostać i wybadać sprawę. Może potrzebowała pomocy?
- Pomóc Pani? - Jednak na zadanie pytanie nie otrzymałam odpowiedzi. Westchnęłam ciężko zdając sobie sprawę z tego, że to będzie trudna rozmowa. Wzięłam jedno z krzeseł i przysunęłam je do młodej kobiety, aby usiąść tuż przy niej - Mogę zawołać lekarza jeśli....
- Moja ciąża jest zagrożona - Jęknęła stłumionym głosem - Mogę stracić mojego synka..
- Przepraszam, nie wiedziałam....
- Po co mi dalej żyć skoro nie będę miała dla kogo? - Ciągnęła - Ojciec dziecka odszedł kiedy tylko dowiedział się o ciąży, rodzice nie żyją a przyjaciele? Straciłam ich z chwilą kiedy powiedziałam ,, tak '' osobie którą kochałam... - Zmarszczyłam brwi nie bardzo wiedząc jak powinnam się teraz zachować. Może lepiej jak wstanę i pójdę? To jakaś wariatka która desperacko chce z kimś pogadać.
- Przykro mi.... - Wydusiłam z trudem.
- Mi też - Odpowiedziała - Dziecko to skarb dla każdej kobiety. Mój skarb chcą mi odebrać... Proszę, zostaw mnie samą.
- Na pewno...?
- Zostaw mnie samą! - Wrzasnęła łapiąc rękami za moją bluzę - Wynoś się stąd.. Wynoś! - Kiwnęłam twierdząco głową. Wolnych ruchem wstałam na równe nogi i zaskoczona jej reakcją, odeszłam kilka kroków w tył. Żal było mi tej kobiety, ale skoro nie chciała ze mną porozmawiać to co mogę dalej zrobić? Nic. Po raz drugi chwyciłam się za brzuch wyobrażając sobie istotę, która tam mieszkała.
- Dziecko to skarb dla każdej kobiety... - Powtórzyłam coraz bardziej rozumiejąc co miała na myśli. Otrząsnęłam się słysząc ryk alarmu. Dwóch lekarzy biegło w stronę sali operacyjnej. Zdezorientowana, powróciłam do gabinetu Filipa chcąc jak najszybciej położyć się spać. Otwierając drzwi, od razu podeszłam do małego łóżka znajdującego się w drugiej części pomieszczenia. Chciałam iść spać. Byłam cholernie zmęczona, wiec nie czekając na nic więcej, wskoczyłam pod cieplutką kołderkę i w przeciągu kilku minut, pogrążyłam się w głębokim śnie. Obudził mnie trzask drzwi. Gwałtownie podniosłam powieki, jednak nikogo nie zdołałam dostrzec. Może mi się przesłyszało? Kolejny trzask.
- Filip? - Szepnęłam. Odpowiedziała mi cisza. Wstałam i ruszyłam przed siebie, aby sprawdzić czy to on.
- Ja pierdole! - Usłyszałam. Następnie ktoś z całej siły rzucił krzesłem o ścianę. Stanęłam naprzeciwko mężczyzny ubranego na czarno. Na głowie miał kaptur, więc kompletnie nie wiedziałam z kim mam do czynienia - Kurwa mać! - Wrzasnął. Słysząc moje chrząknięcie, odwrócił się do mnie twarzą.
- Dylan? - Zdziwiłam się widząc jego posiniaczoną twarz. Wyglądał koszmarnie, chociaż to i tak mało powiedziane.
- Co Ty tu robisz? - Spytał.
- Czekam na Filipa... Nie wiem kiedy wróci - Wzruszył ramionami jakby nie obchodziła go odpowiedź na pytanie które zadał - A Ty? Co tu robisz?
- To samo co Ty - Odparł. Ignorując mnie, odszedł w bok wykonać krótki telefon. Ja natomiast nie potrafiłam spuścić wzroku z jego wychudzonej sylwetki. Boże, co się z nim stało? Aż tak się zaniedbał? To miałby być ojciec dla mojego dziecka? W dodatku nie tylko ze mną miał mieć dziecko. Roksana także zaszła w ciąży. Wtedy nieoczekiwanie dołączył do nas Filip. Zmęczony wszedł do środka a jego wyraz twarzy mówił, że nie ma humoru.
- Co się stało? - Spytałam zaniepokojona. Lekarz nie zdawał sobie sprawy z obecności Coopera, więc czuł sie dosyć swobodnie w moim towarzystwie
- Wszystko poszło nie tak. Cholera!
- Uspokój się... Musisz o czymś wiedzieć...
- Najpierw ja coś powiem - Wtrącił - Musisz jak najszybciej usunąć dziecko, albo będzie za późno. Nie pozwolę by stała Ci sie krzywda, rozumiesz?
- Jakie dziecko? - Naszą rozmowę przerwał stanowczy głos Dylana, który teraz stał ze mną twarzą w twarz - Jakie dziecko? - Powtórzył. Spojrzał na plik papierów leżących na biurku Filipa. Wziął kilka do ręki po czym zaczął przeglądać jedno po drugim.
- Zostaw to! - Chciałam mu jakoś odebrać materiały nienależące do niego, ale był silniejszy ode mnie. Wreszcie skończył. Przełknął gwałtownie ślinę i zlustrował moje ciało włącznie z brzuchem.
- Jesteś w ciąży... - Jęknął.
- Nie powinno Cię to interesować - Warknęłam.
- Z kim? - Ciągnął - Czyje to dziecko? - Nie odpowiedziałam. Nie zamierzałam odpowiadać do momentu kiedy dołączył do nas Alan. Skąd on się tu wziął i co robił? Nie miałam pojęcia. Postanowiłam jednak wykorzystać sytuację. Zbliżyłam się do blondyna i jakby nigdy nic pocałowałam go. Zrobiłam to najczulej jak potrafiłam. Przez chwile protestował, ale w końcu poddał się trwającej chwili. W dodatku odwzajemnił go przejmując tym samym kontrole nade mną.
- Tak bardzo chcesz wiedzieć kto jest ojcem mojego dziecka? - Parsknęłam teatralnie - Proszę bardzo. Poznaj Alana. To z nim jestem w ciąży... - I znów złożyłam na ustach blondyna długiego buziaka.
- Jest gorszym chujem niż przedtem. Nie poznaje go ... - Głos Alana do najprzyjemniejszych nie należał. Chłopak spojrzał na mnie, potarł dłonią swoją brodę i lekko palcami przeczesał swoją bujną czuprynę. Cholernie przejmował się losem przyjaciela. Więc ten dupek naprawdę miał uczucia. Wow.
Wstał, ponownie rozglądnął się po wnętrzu mojej sypialni i kiedy zdał sobie sprawę z tego, że przegrywa, użył ostatniego argumentu, który uważał za słuszny - Jeśli nie pomożemy mu teraz, będzie za późno. Dlaczego nie chcesz mu powiedzieć o chorobie? - Spytał z nadzieją, że zmienię zdanie.
- Bo wiem, że to go nie obchodzi - Odpowiedziałam oschłym tonem głosu. Sprawa między mną a Dylanem, zaczynała mnie dobitnie denerwować. Ile razy można ciągnąc to samo? Zlustrował moją twarz badawczym wzrokiem, jakby chciał odgadnąć wszystkie uczucia które gotowały się w moim wnętrzu i dopiero potem ni stąd ni zowąd, zaczął się śmiać. Uniosłam zdziwiona prawą brew ku górze a następnie zmrużyłam oczy jakby do końca nie wiedząc o co mu chodzi. W sumie to w ogóle nie miałam zielonego pojęcia dlaczego ten idiota się śmieje.
- Ile jeszcze będziecie ciągnąć tą bajkę?
- Słucham? - Zdziwiłam się odpowiadając przy tym pytaniem na pytanie.
- Kiedy gadałem z Dylanem, zarzucił mi, że coś mnie z Tobą łączy.
- Że coś mnie łączy z Tobą? - Powtórzyłam. Poczułam jak na moje policzki wkradają się małe rumieńce. Zawstydziłam się na co on zareagował lekkim uśmiechem.
- Dylan był zazdrosny. Zazdrosny o Ciebie - Dodał. Zbyłam jego słowa lekkim mruknięciem. Nie bardzo w to wszystko wierzyłam. Było tak wiele sytuacji w których Cooper pokazał mi, że jestem dla niego kupą gówna - Rozumiesz, że on Cię dalej kocha?
- Rozumiem całkiem co innego. Chcecie na siłę uratować go z tego bagna w jakie wlazł, ale on Waszej pomocy nie chce. Ile jeszcze razy ma skopać nam dupę, byśmy zdali sobie sprawę z tego, że to samolubny, egoistyczny i bezmózgi idiota? Wybrał swoją drogę i mi to wystarczy... - Wtedy niespodziewanie szybko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyłoniła się przede mną potężna sylwetka Alana. Zmarszczył czoło, wziął głęboki oddech i dopiero wtedy spojrzał w moje przyciemnione tęczówki.
- Nie zostawię go - Warknął - A Ty mi pomożesz - Przez jakiś czas oboje cisnęliśmy do siebie pełnym grozy wzrokiem tocząc walkę o to, kto się podda. Ani ja jak i zarówno on, nie mieliśmy zamiaru ustąpić.
- Dlaczego mi to robisz? - Spytałam.
- Wybacz Ross, ale nie mam innego wyjścia. - Na chwilę zamilkłam nie wiedząc jak zareagować. Nie obchodziło go moje zdanie. Myślałam, że się zmienił, że stał się dla mnie kimś bliskim, kimś w rodzaju przyjaciela, ale jak tylko było trzeba, mógł mnie wykorzystać bez żadnych skrupułów. Tak nie postępują przyjaciele.
Kiedy tylko wyszłam z pod swojej kołdry, pomaszerowałam wprost do niewielkich drewnianych drzwi od sypialni. Ta rozmowa nie miała sensu.
- Wyjdź - Nakazałam. Zamiast tego, spojrzał na mnie po czym stanął tuż obok. Chciał otrzeć kciukiem łzy, które zaczęły spływać po moich policzkach - Wyjdź! - Powtórzyłam z krzykiem. Przechylił głowę w bok jakby nad czymś się zastanawiał. Zacisnęłam dłoń w pięść gotowa wyrzucić go z tego domu, jednak nie mówiąc nic więcej, ze spuszczoną głową wykonał mój rozkaz. Na pożegnanie trzasnął drzwiami. Moje życie coraz bardziej stawało pod znakiem zapytania.
Nie potrafiłam racjonalnie myśleć, nie wiedziałam co ze sobą zrobić, do kogo udać się po radę. Miałam Paule, ale bałam się jej reakcji, zresztą moja przyjaciółka miała wiele swoich problemów na głowie, Michał? Miał dziewczynę i nią powinien się zająć. Nie chciałam wpieprzać im się w związek tym bardziej, że już zaczęli się kłócić z mojego powodu. Filip? On nic nie rozumie. Zresztą dla mnie jest zdrajcą. Moi rodzice? Załamaliby się psychicznie. Myślałam, że chociaż z Alanem będę mogła szczerze porozmawiać, wyżalić mu się i szczerze mówiąc, liczyłam na jakąś radę z jego strony. Wyszło jak zawsze. Był tym samym dupkiem co kiedyś.
Następnego dnia wstałam dosyć wcześnie. Dostałam wiadomość od Pauliny, że musi wyjechać na kilka dni w sprawach rodzinnych. Poinformowała mnie, że nie dotrze na zaplanowane przez nas spotkanie i, że od razu nadrobimy wszystko kiedy wróci. Michał również był nieosiągalny. Wyjechali na romantyczny weekend ze swoją dziewczyną. Sebastian pomagał matce a do Alana nie miałam zamiaru się odzywać. Kiedy zdawałoby się, że spędzę ten piękny, słoneczny dzień w domu, dostałam telefon od Filipa. Chciał przeprowadzić kilka rutynowych badań. Po namowie mamy, niechętnie, udałam się do jego gabinetu. Moja kochana, zbyt opiekuńcza matka zauważyła, że coś jest nie tak. Ciągle przebywam w swojej sypialni, mało jadam, ograniczam kontakty z ludźmi. Tylko powiedźcie mi do cholery jak Wy byście się zachowali na moim miejscu?!
Dojechałam do szpitala przed południem. Serdeczność pracowników tego miejsca świadczyła o tym, że zapoznali się już z moją chorobą. Nie miałam ochoty na rozmowy z kimkolwiek, więc od razu po przekroczeniu tych dużych, szklanych drzwi, udałam się do Filipa. W przeciągu dwóch godzin, stwierdził, że mój stan zdrowia nie jest idealny, ale jak na sytuację w jakiej się znajduję, mam się całkiem dobrze.
- Możemy chwilkę porozmawiać? - Spytał widząc jak zmierzam do wyjścia. Kiwnęłam twierdząco głową i wolnym krokiem pomaszerowałam do dobrze znanego mi pomieszczenia. Jak zawsze usiadłam na białym fotelu skierowanym wprost na mężczyznę w białych fartuchu. Wpatrując się w zarośniętą twarz Filipa, próbowałam przypomnieć sobie dzień w jakim go poznałam. Niestety się nie udało. W głowie miałam coraz to więcej luk ze swojej przeszłości.
- Więc o co chodzi? - Zaczęłam przerywając tą niezręczną ciszę, która narastała z każdą mijającą sekundą. Był poddenerwowany,
- Ross... - Chrząknął - Z tych wszystkich badań wynika, że nie dasz rady urodzić tego dziecka. Jesteś zbyt słaba.
- Co masz na myśli mówiąc, że nie dam rady? - Zadałam to pytanie z czystej ciekawości. Prawdę mówiąc nie podjęłam jeszcze decyzji związanej z moją ciążą. Starałam się o tym nie myśleć tak długo jak było to możliwe.
- Musisz usunąć ciążę. Dla dziecka nie ma szans na przeżycie, natomiast Ty jeśli postanowisz je usunąć, będziesz miała więcej czasu. Cholera! - Wrzasnął waląc pięścią w swoje biurko. Podskoczyłam wystraszona nie wiedząc o co chodzi. Spojrzałam na niego, potem na jego dłoń i znów na niego. Uspokoiwszy się trochę, wstał po czym obszedł swoje krzesło i blat i zatrzymał się dopiero przy mojej osobie - Ross, nawet nie wiesz jak mi do cholery przykro!
- Nie rozu...
- To wszystko powinno przytrafić się każdemu, ale nie Tobie! - Wtrącił - Tyle już przeszłaś, tyle wycierpiałaś.. Najpierw Dylan, potem choroba i teraz jeszcze to. Dlaczego do kurwy nędzy to wszystko spotkało taką dobrą dziewczynę jak Ty?! Najgorsze jest to, że i tak nie mogę Tobie pomóc.... - Chwycił delikatnie moją dłoń starając się dodać mi tym małym gestem otuchy. Rozpłakałam się. Rozpłakałam się nie dlatego, że znajdowałam się po uszy w gównie, ale dlatego, że wzruszyły mnie słowa Filipa. On naprawdę martwił się mną. Nie jako pacjentką, ale jako przyjaciółką. Mimo, że przez ostatnie kilka dni miedzy nami nie było zbyt dobrze, wciąż mogę na niego liczyć.
- Filip, ja...
- Nie mów nic - Szepnął - To nie Twoja wina. To wszystko wina tego samolubnego gnojka, który zamiast Cię wspierać, krzywdzi Cie... - Nie mogąc dłużej wytrzymać, wtuliłam się w mojego przyjaciela czując ciepło jakie od niego biło. Tego potrzebowałam. Bliskości drugiej osoby. Siedząc w ciszy, która tym razem była nam koniecznie potrzebna, w całym pomieszczeniu rozbrzmiał dźwięk telefonu należący do Filipa. Kazałam mu odebrać na wypadek gdyby to było coś ważnego. I rzeczywiście było. Na oddział przywieziono postrzeloną kobietę, która natychmiast musiała zostać operowana. Jako iż była w ciężkim stanie, potrzebowała specjalisty. Tym specjalistą był Filip.
- Mogę tu zostać? - Spytałam wycieńczona. Zdawałam sobie sprawę z tego, że swoją rozmową zatrzymuję go w tym miejscu dłużej, ale chciałam tylko krótkiej odpowiedzi, która by mnie w pełni zadowoliła. Nie miałam ochoty wracać do domu i ponownie zamknąć się w czterech ścianach. Michała z Paulą i tak nie było, Alan miał mnie w dupie, rodzice pracowali a Sebastian gdzieś przepadł i nie daje znaku życia. Naprawdę nie chciałam wracać do tego pustego mieszkania w którym prędzej czy później bym zwariowała - Nie chcę wracać do domu. Wolę poczekać na Ciebie..
- Oczywiście, że możesz - Odpowiedział w pośpiechu. Wziął najpotrzebniejsze rzeczy i pędem ruszył w stronę drzwi - Połóż się. Kiedy wrócę to Cię obudzę - Pocałował moje czoło po czym natychmiast opuścił swój gabinet. Był potrzebny gdzieś indziej.
Zmęczenie nadeszło zaraz po tym jak wylałam tone łez. Przedtem jednak udałam się do pobliskiego bufetu na pierwszym piętrze. Wcale nie zgłodniałam jeśli o tym myślicie. Potrzebowałam szklanki zimnego soku pomarańczowego. Mój najlepszy smak. Wracając do gabinetu mojego przyjaciela, napotkałam na korytarzu kobietę, która samotnie zajmowała małe krzesełko. Rozglądnęłam się uważnie dookoła czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu.
- Wszystko w porządku? - Spytałam ściszonym głosem. Nie chciałam krzyczeć. Kobieta mająca coś około trzydziestki, spojrzała na mnie załzawionymi oczyma. Wiedziałam, że coś jej się stało, ale nie zamierzałam na siłę wypytywać o jej życie prywatne doskonale wiedząc, że sama bym tego nie chciała.
- Nic nie jest w porządku - Jęknęła ciągle trzymając dłońmi swój brzuch. Dopiero w tamtej chwili zrozumiałam, że jest w ciąży. Poczułam się cholernie dziwnie. Odruchowo sama chwyciłam prawą dłonią za swój brzuch jakby starając się ukryć fakt, że sama noszę w sobie dziecko - Nic nie jest w porządku... - Powtórzyła. Rozum podpowiadał mi bym nie ingerowała w tą rozmowę, bym jak najszybciej odeszła stamtąd i wróciła do gabinetu, ale serce kazało zostać i wybadać sprawę. Może potrzebowała pomocy?
- Pomóc Pani? - Jednak na zadanie pytanie nie otrzymałam odpowiedzi. Westchnęłam ciężko zdając sobie sprawę z tego, że to będzie trudna rozmowa. Wzięłam jedno z krzeseł i przysunęłam je do młodej kobiety, aby usiąść tuż przy niej - Mogę zawołać lekarza jeśli....
- Moja ciąża jest zagrożona - Jęknęła stłumionym głosem - Mogę stracić mojego synka..
- Przepraszam, nie wiedziałam....
- Po co mi dalej żyć skoro nie będę miała dla kogo? - Ciągnęła - Ojciec dziecka odszedł kiedy tylko dowiedział się o ciąży, rodzice nie żyją a przyjaciele? Straciłam ich z chwilą kiedy powiedziałam ,, tak '' osobie którą kochałam... - Zmarszczyłam brwi nie bardzo wiedząc jak powinnam się teraz zachować. Może lepiej jak wstanę i pójdę? To jakaś wariatka która desperacko chce z kimś pogadać.
- Przykro mi.... - Wydusiłam z trudem.
- Mi też - Odpowiedziała - Dziecko to skarb dla każdej kobiety. Mój skarb chcą mi odebrać... Proszę, zostaw mnie samą.
- Na pewno...?
- Zostaw mnie samą! - Wrzasnęła łapiąc rękami za moją bluzę - Wynoś się stąd.. Wynoś! - Kiwnęłam twierdząco głową. Wolnych ruchem wstałam na równe nogi i zaskoczona jej reakcją, odeszłam kilka kroków w tył. Żal było mi tej kobiety, ale skoro nie chciała ze mną porozmawiać to co mogę dalej zrobić? Nic. Po raz drugi chwyciłam się za brzuch wyobrażając sobie istotę, która tam mieszkała.
- Dziecko to skarb dla każdej kobiety... - Powtórzyłam coraz bardziej rozumiejąc co miała na myśli. Otrząsnęłam się słysząc ryk alarmu. Dwóch lekarzy biegło w stronę sali operacyjnej. Zdezorientowana, powróciłam do gabinetu Filipa chcąc jak najszybciej położyć się spać. Otwierając drzwi, od razu podeszłam do małego łóżka znajdującego się w drugiej części pomieszczenia. Chciałam iść spać. Byłam cholernie zmęczona, wiec nie czekając na nic więcej, wskoczyłam pod cieplutką kołderkę i w przeciągu kilku minut, pogrążyłam się w głębokim śnie. Obudził mnie trzask drzwi. Gwałtownie podniosłam powieki, jednak nikogo nie zdołałam dostrzec. Może mi się przesłyszało? Kolejny trzask.
- Filip? - Szepnęłam. Odpowiedziała mi cisza. Wstałam i ruszyłam przed siebie, aby sprawdzić czy to on.
- Ja pierdole! - Usłyszałam. Następnie ktoś z całej siły rzucił krzesłem o ścianę. Stanęłam naprzeciwko mężczyzny ubranego na czarno. Na głowie miał kaptur, więc kompletnie nie wiedziałam z kim mam do czynienia - Kurwa mać! - Wrzasnął. Słysząc moje chrząknięcie, odwrócił się do mnie twarzą.
- Dylan? - Zdziwiłam się widząc jego posiniaczoną twarz. Wyglądał koszmarnie, chociaż to i tak mało powiedziane.
- Co Ty tu robisz? - Spytał.
- Czekam na Filipa... Nie wiem kiedy wróci - Wzruszył ramionami jakby nie obchodziła go odpowiedź na pytanie które zadał - A Ty? Co tu robisz?
- To samo co Ty - Odparł. Ignorując mnie, odszedł w bok wykonać krótki telefon. Ja natomiast nie potrafiłam spuścić wzroku z jego wychudzonej sylwetki. Boże, co się z nim stało? Aż tak się zaniedbał? To miałby być ojciec dla mojego dziecka? W dodatku nie tylko ze mną miał mieć dziecko. Roksana także zaszła w ciąży. Wtedy nieoczekiwanie dołączył do nas Filip. Zmęczony wszedł do środka a jego wyraz twarzy mówił, że nie ma humoru.
- Co się stało? - Spytałam zaniepokojona. Lekarz nie zdawał sobie sprawy z obecności Coopera, więc czuł sie dosyć swobodnie w moim towarzystwie
- Wszystko poszło nie tak. Cholera!
- Uspokój się... Musisz o czymś wiedzieć...
- Najpierw ja coś powiem - Wtrącił - Musisz jak najszybciej usunąć dziecko, albo będzie za późno. Nie pozwolę by stała Ci sie krzywda, rozumiesz?
- Jakie dziecko? - Naszą rozmowę przerwał stanowczy głos Dylana, który teraz stał ze mną twarzą w twarz - Jakie dziecko? - Powtórzył. Spojrzał na plik papierów leżących na biurku Filipa. Wziął kilka do ręki po czym zaczął przeglądać jedno po drugim.
- Zostaw to! - Chciałam mu jakoś odebrać materiały nienależące do niego, ale był silniejszy ode mnie. Wreszcie skończył. Przełknął gwałtownie ślinę i zlustrował moje ciało włącznie z brzuchem.
- Jesteś w ciąży... - Jęknął.
- Nie powinno Cię to interesować - Warknęłam.
- Z kim? - Ciągnął - Czyje to dziecko? - Nie odpowiedziałam. Nie zamierzałam odpowiadać do momentu kiedy dołączył do nas Alan. Skąd on się tu wziął i co robił? Nie miałam pojęcia. Postanowiłam jednak wykorzystać sytuację. Zbliżyłam się do blondyna i jakby nigdy nic pocałowałam go. Zrobiłam to najczulej jak potrafiłam. Przez chwile protestował, ale w końcu poddał się trwającej chwili. W dodatku odwzajemnił go przejmując tym samym kontrole nade mną.
- Tak bardzo chcesz wiedzieć kto jest ojcem mojego dziecka? - Parsknęłam teatralnie - Proszę bardzo. Poznaj Alana. To z nim jestem w ciąży... - I znów złożyłam na ustach blondyna długiego buziaka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz