,, I am not a fucker ''
***DYLAN***
Jako jedyny siedziałem w ławce i nie zamierzałem gdziekolwiek się ruszać. To miejsce mnie przytłaczało. Byłem jedyną osobą, która chciała jak najszybciej opuścić ten budynek. Brało mnie na wymioty, powstrzymywałem płacz i tłamsiłem w sobie wybuch gniewu. Jeszcze chwila a nie wytrzymam. Jak dla mnie to to wszystko było niepotrzebne. Po co jakaś tandetna msza, która i tak nic nie wniesie do naszego życia? Po co urządzać pożegnalny obiad, zwany stypą? Uważałem, że najlepiej będzie pożegnać Ross w sposób normalny. Dlaczego tak? Ponieważ znałem ją na tyle dobrze, aby wiedzieć że to jej wystarczy. Że tak by chciała. Oczywiście nikt mnie nie słuchał, ponieważ jej rodzice byli innego zdania i to oni mieli decydujący głos. W końcu byli jej rodzicami.
Przeniosłem wzrok na osoby siedzące ławkę obok. Szczupła blondynka w spiętych włosach kurczowo trzymała dłoń wysokiego mężczyzny. Klara Evans. Matka mojej ukochanej siedziała z głową w dół nie zwracając uwagi na otaczający ją świat. Natomiast jej ojciec nie zamierzał się poddawać. W każdej sekundzie próbował ją wesprzeć i dodać otuchy żonie. Żałosne. Jakby to miało coś zmienić w ich życiu.
- Ross była osobą która w każdym widziała coś dobrego... - Podniosłem wzrok, aby skupić się na przemowie mojego przyjaciela. Nawet on został wciągnięty w ten cały cyrk. Przetarł kciukiem zmarszczone czoło i jakby nie wiedząc co mówić dalej, spojrzał na mnie. Wiedziałem do czego zmierzał, ale od razu kiwnąłem przecząco głową. Wystarczy, że tu przyszedłem. Z bitwy na spojrzenia, którą toczyłem z Alanem, wyrwał mnie płacz dziecka. Donośny dźwięk małego gówniarza rozległ się po wnętrzu kościoła niczym echo w pustym pałacu. Odruchowo zerknąłem w jego stronę. Wózek w którym się znajdował, stał tyłem do mnie więc nie było możliwości bym dostrzegł rysy jego twarzy. Wstyd przyznać, że nie wiem jak wygląda moje własne dziecko.
,, Wolnym krokiem zbliżyłem się do ślicznej recepcjonistki, która na mój widok zaczęła się uśmiechać. Głupia krowa. Nie przyszedłem tu dla niej. Kiedy ruszyłem w stronę windy, wyskoczyła z drewnianej lady tylko po to, aby stanąć naprzeciwko mnie.
- Pan Dylan - Zaczęła nieśmiało - Tak wcześnie? - Zlustrowałem uważnie twarz dziewczyny po czym zszedłem niżej i odruchowo przygryzłem dolną wargę. Nigdy wcześniej jej tu nie widziałem. Spojrzałem na etykietkę którą nosiła przypiętą do fartucha. Sophia. Mhm. Tylko co mnie to obchodzi.
- My się znamy? - Spytałem marszcząc czoło. Tik tak. Czas leciał a ja jeszcze nie byłem przy swojej ukochanej. Postanowiłem nie marnować więcej ani chwili i stanowczym krokiem ruszyłem przed siebie. To jej nie przeszkodziło. Ruszyła za mną.
- Tak. To znaczy nie, ale ja pana znam - Parsknęła wstydliwie. Serio? Wstydziła się? Przed chwilą siłą zagrodziła mi drogę tylko po to, aby do mnie zagadać a teraz się wstydzi? Śmieszne. Ona była śmieszna.
- Sorry, ale śpieszy mi się - Kiedy chciałem odejść, spostrzegłem w oddali przyjaciela Ross. Chwila, chwila. Jak on się nazywał? Kurde. Kiedyś z nią chodził, biłem się z nim... Kurwa! Tylko dlaczego płakał? Ehm, nie żeby coś, ale płakać w szpitalu przy wszystkich? Ja przynajmniej ostatnim razem wyszedłem na zewnątrz. Jednak jego zachowanie nie dawało mi spokoju. Przekląwszy w duchu, podszedłem do niego, aby upewnić się czy wszystko w porządku. Cholera, zmieniłem się. Ona mnie zmieniła. No cóz. Potem się nad tym zastanowię.
- Czego chcesz? - Warknął kiedy tylko się do niego zbliżyłem. Uhm? Twardziel mu się włączył? Wciąż darzył mnie urazami w przeszłości? Z tego co wiem to pozbierał się po stracie Ross i w sumie to nawet znalazł sobie chyba nową dziewczynę. Przynajmniej tak mi się zdawało.
- Wszystko w porządku? - Spytałem. Kiwnął przecząco głową i odruchowo przetarł kciukiem usta. Chwile później leżałem na podłodze nie wiedząc co się właściwie stało. Jedynie czułem piekący mnie policzek i okolice oka. Ten sukinsyn mnie uderzył. Nie zamierzałem czekać. Jak najszybciej skoczyłem na równe nogi i widząc jak wymierza we mnie kolejny cios, wyprzedziłem go. Jednym mocnym ruchem chwyciłem jego gardło po czym przysunąłem jego mizerne ciało do najbliższej ściany - Masz jakiś kurwa problem? - Tym razem to ja warknąłem a żyły na mojej szyi uwydatniły się do granic możliwości.
- To przez Ciebie.... Przez-Ciebie-Ross-nie-ży,,,! - Wycharczał. Nim zdążył dokończyć swoją wypowiedź, ścisnąłem dłoń jeszcze bardziej. Kutas pierdolony.
- Coś Ty powiedział? - Nie dając mu szans na wytłumaczenie, szarpnąłem nim tak mocno, aż zachłysnął się własnym powietrzem. Dlaczego się nie bronił? Dlaczego odpuścił i wciąż płakał? - Co tu sie kurwa dzieje? - Wreszcie go puściłem i zmrużywszy oczy, cofnąłem się do recepcji.
- Zmieniłeś zdanie? - Widok śliniącej się młodej dziewczyny, wprawił mnie w jeszcze większą złość.
- O co tu do cholery chodzi? Co z Ross? Jak się czuje? - Ponagliłem. Spojrzała na mnie zaskoczona, ale nie zamierzała pytać. A ja nie zamierzałem długo czekać - Mów! - Wrzasnąłem jednocześnie waląc pięścią w drewniany blat. Podskoczyła przestraszona przez co zrobiło mi się głupio. Chciałem przeprosić, niestety widząc dziwny grymas na jej twarzy, zignorowałem to dziwne ukłucie w moim brzuchu. Wyrzuty sumienia mogły poczekać.
- Chodzi o Ross Evans? - Spytała niepewnie. Kiwnąłem twierdząco głową - Przykro mi, ale zmarła dziś w nocy...
- Słucham? To jakaś pomyłka. W którym pokoju leży? Musze ją zobaczyć...
- Panie Dylanie. Dziewczyna o imieniu Ross Evans zmarła dziś około 3 w nocy. Lekarze nie mogli nic zrobić..... - Nastała chwila ciszy. Poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Zamknąwszy oczy, wyobraziłem sobie twarz Evans. Ale nie taką jak wróciła z podróży. Przed oczyma miałem obraz dziewczyny, którą poznałem w zeszłym roku w szkole. Nagle oprzytomniałem. Wziąwszy głęboki wdech, biegiem ruszyłem na samą górę budynku. Nie zamierzałem nawet czekać na pieprzoną windę. Wpadając na którymś piętrze na Filipa, domagałem się jakiejkolwiek wiadomości. prosiłem Boga o to, aby to była pierdolona pomyłka. A przecież ja nawet w niego nie wierzyłem.
- Przykro mi... - Łza po łzie zaczęła spływać z jego policzków.
- Nie! Nie kurwa! To niemożliwe! - Wrzasnąłem nie mogąc zrozumieć tego co zostało mi przekazane. Filip nie zamierzał nic więcej mówić. Wyminął mnie i jak najszybciej odszedł ze spuszczoną głową.... ''
- Dylan, może zechcesz coś powiedzieć na pożegnanie? - Mrugnąłem kilkakrotnie oczyma słysząc swoje imię. Głos przyjaciela wyrwał mnie z rozmyśleń i przywrócił do rzeczywistości. Znów znajdowałem się w tym zakichanym kościele. Od śmierci Ross minęły trzy dni. Dziś jej pogrzeb i w sumie nie wiem po co tu przyszedłem. Chyba tylko po to, aby po prostu być.
- Nie dzięki - Warknąłem zaciskając kurczowo dłoń na kolanie. Ciche szepty wydobyły się z ludzi siedzących niedaleko mnie. Mówili o mnie i nawet się z nim specjalnie nie kryli. Matka Ross jako jedyna siedziała ze spuszczoną głową i nie mierzyła mnie pełnym nienawiści spojrzeniem. No dobra. Wstałem i rozglądając się dookoła, wolnym krokiem ruszyłem w stronę Alana. Stał tuż przy ołtarzu i czekał na mnie aż zajmę miejsce obok niego. Myślał, że potrzebuję wsparcia. W sumie prawda. Wsparcia potrzebowałem od trzech dni, ale ten dupek ponownie gdzieś zniknął.
- Ja... - Zacząłem niepewnie. Zerknąłem na rodziców mojej ukochanej, potem przejechałem wzrokiem po tłumie ludzi zajmujących wszystkie ławki i na koniec moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Michała oraz Pauli. Oni również całą mszę starali się powiedzieć mi jak bardzo mnie nienawidzą - Pierdolić to - Warknąłem. Widok zgromadzonych tu osób na moją wypowiedź, złapało się za serce.
- Synu, co Ty wyprawiasz.. - Szepnął ksiądz. Zakpiłem zrozpaczony. Miałem dość.
- To przedstawienie nie przywróci nam Ross. Mam włączyć się w ten wasz śmieszny teatrzyk i mówić jak bardzo mi jej brakuje? Otóż bardzo. Nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo. Ale pieprzenie o tym w kółko i rozpamiętywanie starych ran, nie pomoże mi w niczym dobrym. Tylko wciąż na nowo będę doznawał bólu, który z każdym dniem staje się coraz większy. Ale jest coś z czego jestem dumny. Miałem tę przyjemność, że kochałem ją a ona mnie i tego nikt mi już nie odbierze... - Nie czekając na nic więcej ruszyłem do wyjścia. Musiałem zapalić. Jednak za nim odszedłem, musiałem załatwić jeszcze jedną sprawę. Zbliżyłem się do wózka w którym leżał rzekomo mój syn i kiedy zamierzałem spojrzeć na niego i powiedzieć jak bardzo go nienawidzę za odebranie mi Ross, ten mały gówniak otworzył oczy i spojrzał na mnie. Mimo tego, że był tak cholernie mały, że ledwo go widziałem, dostrzegłem jak się uśmiecha. Uśmiechnął się do mnie a ja dostrzegłem w nim coś niewyobrażalnego.
- Ross.. - Szepnąłem wciąż się na niego gapiąc. To była ona. Kurwa! Mógłbym przysiąc, że to była ona! Kręcąc głową, wybiegłem przerażony z kościoła. Chciałem wyć, krzyczeć i biec daleko przed siebie. Chciałem płakać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz