poniedziałek, 3 sierpnia 2015

,, I am not a fucker ''

Rozdział 1.

Siedziałam na łóżku a na kolanach trzymałam swojego najukochańszego laptopa. Duży, czarno-biały, najnowszej marki. Tata kupił mi go, kiedy zamieszkaliśmy w nowym mieszkaniu. Okazał się dosyć przydatny. Zawsze kiedy wracaliśmy z misji, bo tak nazwałam nasze wypady w poszukiwaniu matki Dylana, od razu kontaktowałam się z Paulą, bądź z Michałem. Czasem zdarzało się, że z obojgiem naraz. W tym momencie toczyłam rozmowę tylko z przyjaciółką. Michał miał spotkanie o pracę na wakacje. Dziwne, bo przecież ma bogatych rodziców i nigdy nie musiał pracować. Zbadam tą sprawę kiedy wrócę do miasta, gdyż przez telefon jakoś nie ciągnęło go do tej rozmowy i zawsze próbował się wymigać. Wracając do tej kobiety, to muszę przyznać, że jest bardzo ładna. Przynajmniej na zdjęciu.
- I jak? - Spytała blondynka po drugiej stronie ekranu. Wyglądała śmiesznie. Wciąż była w piżamie chociaż dziś piątek, więc raczej powinna być w szkole - Znaleźliście coś?
- Niestety nie.. - Pokręciłam głową. Nikt z pytających nie miał najmniejszego pojęcia, kim jest Anastazja Grean.
- Może Filip się pomylił? Przecież nie wiecie w stu procentach, czy ona dalej tam mieszka...
- Paula - Wtrąciłam z lekkim uśmiechem na twarzy - Wbrew pozorom, Manchester to nie jest takie małe miasto. Uwierz mi. Można się tu zgubić.
- Co jeżeli jej nie znajdziecie?
- Nie wiem - Wzruszyłam obojętnie ramionami - Wrócę do Was i spędzę z Wami ostatnie dni...
- Nawet nie dokańczaj! - Warknęła zdenerwowana - A Dylan? Co wtedy?
- Naprawdę nie wiem. Nie mam pojęcia..
- Ty go dalej kochasz, prawda? - Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam w sumie co mam jej powiedzieć - Dobra, zmieńmy lepiej temat. Jak Ci się mieszka z tym kretynem?
- No wiesz... - Mruknęłam pocierając ręką swoją brodę - Jest nieznośny, ale jeszcze nie wyprowadził mnie z równowagi.
- A próbuje? - Zaśmiała się.
- Każdego dnia - Parsknęłam na co ponownie wybuchnęła śmiechem. Kochałam ją i strasznie tęskniłam. Widzieć ją na skypie, to nie to samo co móc ją objąć, czy ucałować - Lepiej Ty opowiadaj jak się czujesz? Wybraliście już imię dla dziecka? 
- Ross, kochanie, jeszcze nie znamy płci naszego skarba. Ma dopiero miesiąc i kilka dni. Takie rzeczy to po czwartym miesiącu. 
- Ale musieliście już nad czymś myśleć! - Oburzyłam się - Podoba mi się ,, Lena ''. A Tobie?
- Zbieraj się. Idziemy - Brunet wparował do mojej sypialni jakby nigdy nic. Tym razem nawet nie rozejrzał się po pomieszczeniu. Przedtem robił to za każdym razem, kiedy tu był, tyle, że teraz śmiało można stwierdzić iż zna ten pokój od ściany do ściany. Dziwne, bo ja u niego byłam może raz.
- Za chwilę. Tylko skończę rozmawiać.. - Wskazałam palcem na laptopa, który teraz leżał obok mnie, aby zobaczył, że przerwał mi rozmowę z Pauliną, jednak nic sobie z tego nie zrobił. W dodatku podszedł do mnie bliżej i zatrzasnął mi klapkę przed nosem. Następnie spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi oczyma i chytrze się uśmiechnął.
- Już skończyłaś. Za minutę na korytarzu - Nie dając mi szansy na odpowiedź, wyszedł. Byłam zaskoczona jego reakcją, ale wcale nie zdziwiło mnie jego podłe zachowanie. Wiedziałam, że stać go na gorsze rzeczy, więc tylko zwlekłam się z łóżka i wykonałam szybki telefon do przyjaciółki, w którym poinformowałam ją, że zadzwonię później. Wyczułam, że jest zdenerwowana. Nienawidziła tego dupka tak samo bardzo jak ja. Może nawet bardziej?
Podeszłam do dużej szafy i wyciągnęłam z niej szarą bluzę oraz szare dresy. Jesteśmy tu od czterech dni, a ja ani razu nie byłam na zakupach. Trzeba to zmienić. Trzeba mnie zmienić. Usłyszałam puknięcie w drzwi.
- Ktoś tu się denerwuje - Mruknęłam pod nosem. Zabrałam jeszcze tylko małą torebkę ze stołu i wreszcie byłam gotowa. Alan stał na korytarzu oparty o wózek ze słodyczami. Filip postarał się jeśli chodzi o hotel. Był pięciogwiazdkowy. Najlepszy w mieście. Codziennie rano przynoszono mi śniadanie, punktualnie o godzinie ósmej. Obiad odbywał się w eleganckiej restauracji, chociaż nie zawsze na niego zdążyliśmy, więc czasem również jedliśmy w swoich pokojach. Samo to miejsce było strasznie piękne i duże. Niestety nie miałam okazji skorzystać z wielu atrakcji jakie tu oferowali.
- Nareszcie - Warknął. Przewróciłam oczyma na znak, że mnie wkurza, ale on tylko lekko się uśmiechnął.
- Idziemy? - Spytałam. Kiwnął głową i ruszył do przodu. Dżentelmen. Współczuję jego przyszłej dziewczynie, o ile tylko ją znajdzie. Weszliśmy do jednej z wind, która akurat podjechała i czekaliśmy aż spokojnie zabierze nas na sam dół. W pomieszczeniu nie byliśmy sami. Był z nami chłopak mający około dwudziestu lat, może dwudziestu dwóch. Nie znałam go, ale często widziałam w tym hotelu. Podobno to syn właściciela. Po jego ubiorze można przyznać temu rację. Miał na sobie oryginalne dresy, buty z najnowszej kolekcji, idealnie pasującą do niego białą bluzkę, która świetnie opinała jego ramiona i srebrny łańcuszek z logo hotelu.
- Hej - Przywitał się. Oczywiście swoje słowa kierował tylko w moją stronę. Zdawało się, że na Alana nawet nie zwrócił najmniejszej uwagi. Spojrzałam na niego zaskoczona jego pozytywnym nastrojem bo przecież się nie znamy i posłałam mu zdziwioną minę - Jestem Steven a Ty? - Uśmiechnął się czule. Jego zęby były idealnie białe i równe. Sam uśmiech też niczego sobie. Przystojny koleś. Urodny mu nie żałowali.
- Rozalie, ale dla przyjaciół Ross - Odwzajemniłam jego grzecznościowy gest i również się uśmiechnęłam.
- Ładne imię - Skomentował - Jak właścicielka  - Poczułam że na moje policzki wkrada się ogromny rumieniec. Jeżeli w tym hotelu ludzie odnoszą się do siebie tak czule i radośnie, to jestem w niebie.
- Jestem Alan - Nagle naszą rozmowę przerwał mój gburowaty towarzysz. Spojrzałam na niego spode łba i kiedy chciałam coś wtrącić, uciszył mnie gestem dłoni. Modliłam się w duchu, aby nie palnął jakieś głupoty, ale najwidoczniej Bóg mnie nie lubi i jest po jego stronie - A Ty właśnie zarywasz do mojej dziewczyny - Warknął. Zakrztusiłam się własnym powietrzem. Co on powiedział? Opadła mi szczena. W normalnych okolicznościach wyzwałabym go od debila, ale w tej sytuacji zabrakło mi słów. Dosłownie. Byłam ciekawa co jeszcze ten idiota wymyśli. Chwycił moją dłoń, po czym przysunął mnie do siebie.
- Dziewczyny? - Powtórzył blondyn o niebieskich oczach. Oczywiście moją słabością byli szatyni z ciemną karnacją jak... Dylan. Dlaczego ja ciągle o nim myślę?! Steven spojrzał na Alana a następnie zerknął w moją stronę. Dostrzegł moje zdziwienie bo najwidoczniej w świecie zaczął się śmiać. To jeszcze bardziej wyprowadziło Alana z równowagi.
- Coś Cię bawi kretynie?
- Twoja głupota - Odparł.
- Steven.. - Wtrąciłam szybko. Chciałam załagodzić sprawę i wytłumaczyć mu, aby uważał na to co mówi bo Frycz nie jest normalnym człowiekiem, jednak było już za późno. Alan posłał mi głupi uśmieszek i odsunął się ode mnie kilka kroków, aby odetchnąć i w najmniej oczekiwanym momencie, rzucił się na blondyna. Jednym chwytem wywrócił go na ziemię i chcąc pokazać kto ma władzę, wyciągnął z tyłu spodni mały rewolwer. Wpadłam w panikę. Skąd do chuja ten imbecyl miał przy sobie broń? - Alan! - Wrzasnęłam - Co Ty wyprawiasz?! Odłóż to!
- Jesteś pojebany! - Warknął tamten. Frycz tylko puścił oczko w moją stronę i szybko powrócił do szarpania moim nowym znajomym.
- Uważałbym na słowa, które kieruje do kogoś kto przykłada mi lufę do głowy.
- Zapłacisz mi za to.... - Wychrypiał. Ledwo mówił przez siłę zaciśnięcia Alana dłoni na jego szyi.
- Oczywiście jeśli wciąż będziesz żył, czyż nie?
- Alan, proszę... - Zerknął na mnie i przeklął pod nosem. Winda była coraz niżej.
- Słuchaj skurwielu. Lepiej abyś trzymał się od niej z dala, rozumiemy się? Jeżeli kiedykolwiek spotkam Cię w jej pobliżu, nabój z tego małego gówienka, trafi Ci prosto w łeb, czaisz? Pytam czy czaisz! - Steven kiwnął głową na znak, że rozumie i w tym samym momencie winda stanęła. Alan jakby nigdy nic schował pistolet do kieszeni, chwycił mnie za dłoń i wyprowadził na zewnątrz. Kiedy byliśmy dostatecznie daleko, pchnęłam nim o jakiś samochód i stanęłam na chodniku, nie mając zamiaru nigdzie więcej iść. Dostrzegłam jak zaciska dłoń w pięść i próbuje zapanować nad wybuchem gniewu. Dobre sobie. Niech wybucha. Oboje wybuchniemy.
- Odbiło Ci?! Co Ty wyprawiasz?! - Syknęłam - Mogłeś go zabić! Każdemu kto Cię wkurzy, przykładasz lufę do głowy debilu?! I jakim cudem udało Ci się w ogóle przewieźć broń?!
- Im mniej wiesz tym lepiej dla Ciebie.
- Jesteś chory! Masz coś z głową... - Odeszłam kilka kroków do tyłu, gdzie następnie zakryłam usta dłonią - Mi też będziesz grozić? Też będziesz chciał mnie zastrzelić?!
- Już dawno chciałem to zrobić, ale mi zabronili - Wykrzywił twarz w grymas niezadowolenia - Zbieraj dupe. Idziemy.
- Nigdzie z Tobą nie idę. Mam Cię dość! Mam dość tego pieprzonego wyjazdu!- Wykrzyczałam a następnie obróciłam się tyłem w jego stronę i ruszyłam z powrotem do hotelu.
- Posłuchaj kretynko.. - Zbliżył się do mnie wystarczająco blisko i na czas, chwycił moje ramiona powodując, że musiałam stanąć. Pisnęłam z bólu, tyle, że on nawet się tym nie przejął. Nigdy nie przejmuje się bólem innej osoby. Ponadto ten dupek, sam lubi sprawiać komuś ból. Naprawdę współczuję jego przyszłej dziewczynie i dzieciom - Mam Cię w dupie, rozumiesz? Gówno obchodzi mnie Twoje życie i to co wyprawiasz...
- Więc dlaczego powiedziałeś tamtemu kolesiowi, że jesteśmy parą?! - Wtrąciłam.
- Dylan przed tym pierdolonym wyjazdem jasno dał mi do zrozumienia, że bez Ciebie nie chce żyć!  - Chciał mówić dalej, miał coś więcej do powiedzenia, jednak ja nie chciałam tego słuchać. Gówno prawda. Wiedziałam jak było w rzeczywistości i jasno dostałam do zrozumienia, że jestem zerem dla Coopera.
- Nie było Cię, kiedy mówił, że jestem nikim! Ni słyszałeś tego!
- Mimo wszystko szanuję jego słowa, więc do kurwy nędzy nie oglądaj się za każdym ładnym kolesiem mającym chuja, tylko skup się na zadaniu!
- Ty świnio! - Zamachnęłam się dłonią do tyłu i wymierzyłam porządny cios w jego twarz. Niestety był szybszy i obronił się przed moim atakiem, wykręcając moją kończynę o sto osiemdziesiąt stopni. Spowodował tym, iż musiałam uklęknąć, gdyż w innym wypadku ręka byłaby złamana.
- Nigdy więcej tego nie rób bo złamię Ci tą rękę - Warknął i dopiero wtedy mnie puścił. Stanęłam w milczeniu, bojąc się, że może za chwile zrobić mi krzywdę, jednak ku mojemu zdziwieniu, posłał mi tylko smętną minę i ruszył do przodu. Szedł wolno, bym mogła go dogonić. Po szybkim namyśleniu się co dalej ze sobą począć, przeklęłam pod nosem i dołączyłam do bruneta. W głowie ciągle miałam jego słowa, że Dylan nie chce beze mnie żyć. Jaki to ma sens? Wyjaśni mi to ktoś? Bo kurwa nie rozumiem. Po co mówić komuś, że się go nie kocha, skoro później jest inaczej? No bez sensu!
- Dokąd dziś idziemy? - Zmieniłam temat.
- Będziemy szukać od końca miasta.
- Okej.. - Mruknęłam, ale nie powiedziałam nic więcej. Nie chciałam zaczynać kłótni, chociaż uważałam, że lepiej zacząć poszukiwania od innej strony bo tak będzie łatwiej, jednak odpuściłam sobie. Skoro on dowodzi, to niech sobie dowodzi. Zobaczymy jak daleko nas doprowadzi.
Dotarliśmy do najbliższego postoju taksówek i facet mający z około pięćdziesięciu lat, zawiózł nas w wyznaczone miejsce. Stary piernik, który co chwilę na mnie zerkał. Czułam się nieswobodnie. Frycza oczywiście to bawiło i ani myślał jakoś zareagować. Dziwne, bo niedawno w windzie, rzucił się na chłopaka, który ze mną flirtował.
- Jak coś ślicznotko, to wiesz gdzie mnie znaleźć - Puścił mi oczko i posłał obleśny uśmiech. Wysiadłam na zewnątrz i kiedy Alan zapłacił temu zboczeńcowi pieniądze, pokazałam mu środkowy palec a następnie trzasnęłam drzwiami tak mocno, jak tylko umiałam. Koleś był zdziwiony moją reakcją i chyba się zdenerwował. Wysiadł na zewnątrz i stanął ze mną twarzą w twarz. Zabrało mi dech w piersi. Wystraszyłam się, kiedy chwycił moją dłoń. i musnął palcami mój delikatny policzek.
- Co Ty..... - Syknęłam, jednak nie dokończyłam bo twarda ręka Alana, wylądowała na jego twarzy. Tamten cofnął się kilka kroków w tył i otarł krew spływającą z jego nosa. Spojrzałam na Frycza, który unikał mojego wzroku. Czy mi się zdaje, czy właśnie Alan uratował mnie przed tym psychopatą i pedofilem?
- Masz minutę, aby stąd zniknąć.
- Ty smarkaczu - Najwidoczniej taksówkarz nie wiedział z kim zadziera, bo kiedy Alan wyjął z kieszeni spodni swój pistolet, tamten zaczął dławić się własnym powietrzem. Nie powiedziawszy więcej nic, posłusznie wsiadł do swojego samochodu i odjechał. Staliśmy przez chwilę w milczeniu zapominając o swoim zadaniu. Miałam wrażenie jakby chłopak stojący przede mną nie był zwykłym chamem i próbował ukryć swoją złą stronę. Ta sytuacja zdawała się trwać wiecznie, aż wreszcie doszłam do wniosku, że muszę mu podziękować. Z trudem udało mi się wymówić to jedno słowo.
- Dziękuję.. - Szepnęłam stając twarzą w twarz z brunetem. Poczułam się strasznie dziwnie. Pierwszy raz zobaczyłam w nim coś dobrego. Obronił mnie, chociaż nie musiał tego robić. Pomógł mi, kiedy go o to nie prosiłam. Zdawało mi się, że przez ułamek sekundy zdążyłam dostrzec jak otwiera buzie i zamierza coś powiedzieć, jednak ostatecznie zamilkł, wyminął mnie i ruszył przed siebie.
- Rusz się. Zadanie mamy do wykonania - To były ostatnie słowa jakie wypowiedział kilka minut później. W dodatku zrobił to obojętnym tonem głosu.
Dochodziła szesnasta a po Anastazji ani śladu. Szukamy od dobrych pięciu godzin. Rzadko wymienialiśmy się spostrzeżeniami czy rozmawialiśmy. To było tak, że ja szukałam w jednym zakamarku a on w drugim. To był jego pomysł by się rozdzielić a ja to uszanowałam. Prawdę mówiąc to było o wiele lepiej jak nie działaliśmy razem. Mniej kłótni z naszej strony i wyzwisk. Mogłam również na spokojnie przemyśleć kilka ważnych spraw. Zgłodniałam a także nie czułam już nóg. Takie chodzenie od domu do domu jest strasznie męczące. Przeszukaliśmy już południową część Manchatanu i połowę północnej. Nikt, kompletnie nikt nie udzielił nam żadnych informacji. Nie wiedziałam czy kłamali, że jej nie znają, czy po prostu naprawdę nie wiedzieli kim jest. Byłam wykończona. Pragnęłam wrócić do hotelu, zjeść coś ciepłego i położyć się spać.
- Wracamy? - Spytałam ledwo słyszalnym głosem. Wiatr wiał coraz bardziej a bluza, którą miałam na sobie, do ciepłych nie należała. Trzęsłam się jak galareta. Mimo iż był początek czerwca, Anglia w tym roku była chłodnym państwem. Na szczęście byliśmy niedaleko hotelu.
- Możesz wrócić. Ja się jeszcze trochę pokręcę po okolicy.
- Przecież już tu szukaliśmy - Zdziwiłam się - Nikt jej nie zna.
- Ty tak uważasz. Ja mam wrażenie, że ktoś nas okłamał...
- Alan... - Wtrąciłam. Zrobiło mi się go żal. Podeszłam do niego i kiedy chciałam dotknąć dłonią jego ramię, coś mnie powstrzymało. Może to jego zimny wzrok a może moja niechęć do jego osoby? Nie wiem. Nie byłam pewna. Po prostu cofnęłam się z powrotem kilka kroków wstecz a wzrok wbiłam w ziemię.
- Dobra, nie ważne. Idź do hotelu. Później do Ciebie dołączę - Machnął ręką i odszedł. Widziałam jak szybkim krokiem odchodzi z miejsca, gdzie przed chwilą stał. Ręce schował w kieszeń a bluzę zapiął na ostatni guzik. Też musiał poczuć ten panujący chłód. To on z nas dwóch, bardziej przejmował się odnalezieniem tej kobiety. Prawdę mówiąc, ja traciłam nadzieję na cokolwiek. Wzruszyłam smętnie ramionami i zgodnie z jego rozkazem, wróciłam do naszego lokum. Wchodząc do głównego holu, wpadłam na jakąś kobietę. Z początku nie widziałam nikogo więcej, ale po chwili zorientowałam się, że nie jest sama.
- Przepraszam... Tak mi przykro... - Jęknęłam, widząc jak starsza pani podnosi się z ziemi. Kiedy nasz wzrok się napotkał, miałam wrażenie, że skądś ją znam. Te czarne oczy, których nie da się tak po prostu zapomnieć. Pytanie brzmi: skąd ją kojarzę? Za cholerę nie mogłam sobie tego przypomnieć.
- Nic się... - Nagle zamilkła. Zmierzyła mnie od stóp wzwyż i posłała ciepły uśmiech - Nic się nie stało - Dokończyła.
- Jestem Ross.. Rozalie Evans.. - Wyciągnęłam dłoń, aby się przywitać a ona zrobiła to samo.
- Ana Geran. Miło Cię poznać Rozalie - Mój wzrok przeniósł się na chłopaka stojącego obok niej. Zachłysnęłam się powietrzem. Poczułam jak pomieszczenie staje się ciaśniejsze a wszystko dookoła znika. To niemożliwe. To niemożliwe! Jak do cholery.....
- Dylan...? - Zdziwiłam się. Chłopak stojący przede mną wyglądał identycznie jak Cooper. Miał tylko inny kolor włosów, ciemne oczy, ale nie czarne i troszkę mniejszą sylwetkę. To nie znaczyło, że wyglądał źle. O nie! Wyglądał rewelacyjnie, tak samo jak Dylan. Różniły ich również rysy twarzy. Ten tu stojący przede mną, był chudszy, miał mniejszy nos i mniej widoczne wgięcie na policzku.
- Dylan? - Odpowiedział pytaniem na pytanie. Wyglądał na zaskoczonego. Ten głos... Dokładnie taki sam jak Coopera. Te idealne dźwięki, które powodowały motyle w brzuchu - Chyba mnie z kimś pomyliłaś.
- Przepraszam, masz rację.. - Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Jak to możliwe, że jest tak bardzo podobny do Coopera? Tak przystojny?
- Nic się nie stało - Uśmiechnął się. Jeszcze ten uśmiech! Moje serce nie potrafiło przestać tak strasznie szybko bić. Dławiłam się własnym powietrzem - Jestem Sebastian.
- Rozalie, poznaj mojego syna - Usłyszałam głos tej kobiety. Zamrugałam kilkakrotnie oczyma jakbym nie wiedziałam co się właściwie dzieje, ale kiedy tylko usłyszałam głos Alvina, wołającego mnie z recepcji, oprzytomniałam - Coś się stało? - Zaniepokoiła się.
- Nie.. Wszystko gra, ale muszę już iść... - Kiedy chciałam odejść, kobieta chwyciła moją dłoń i zatrzymała mnie na chwilę w miejscu.
- Do zobaczenia Rozalie - Uśmiechnęła się na co odpowiedziałam tym samym i chwilę później, odeszłam. Do zobaczenia? Co to miało znaczyć? Parę metrów dalej, obróciłam głowę do tyłu, aby po raz ostatni spojrzeć na Sebastiana, jednak już go nie było. Jego jak i zarówno jej. Zniknęli. Szybko skierowałam się do recepcji po klucze od pokoju, chcąc jak najszybciej znaleźć się u siebie i przeanalizować to co widziałam. Alvin, który pracował za ladą, machnął ręką na przywitanie i posłał mi ciepły uśmiech. Polubiłam go odkąd się tu zakwaterowałam. Dostałam to po co przyszłam i kiedy chciałam odejść, chwycił moją dłoń.
- Coś się stało? - Zdziwiłam się jego reakcją. Zawsze był miły, pocieszny i żartobliwy. A teraz? Przerażał mnie. Wyglądał na zdenerwowanego a zarazem wystraszonego.
- Nie masz się czego bać. Zajmiemy się Twoim kolegą.
- Co? - Zamrugałam kilkakrotnie oczyma, na znak, że nie bardzo go rozumiem - O czym Ty mówisz?
- Wiem co się dziś stało w windzie.
- Alvin - Zaśmiałam się - O czym Ty do cholery mówisz?
- Steven wszystko opowiedział swojemu ojcu, jak ten drań groził mu pistoletem. Policja niedługo się zjawi a Ty będziesz wolna i bezpieczna.
- Co!? - Wrzasnęłam, ale on już nie odpowiedział. Podeszła do niego kolejna osoba, prosząca o klucze, więc posłał mi lekki uśmiech i to wszystko. Zmieszana, wróciłam do siebie. Idąc wolnym krokiem, wzdłuż korytarza, myślałam o tej sytuacji. Jak to, policja tu będzie?! Jeżeli zatrzymają Alana, to będzie po nim. Dowiedzą się, że jest poszukiwany i ma niejeden wybryk na koncie. Kurwa mać! Do tego nasza misja się nie powiedzie bo samej mi się nie uda. Ross, myśl co zrobić! Wiedziałam, że z Fryczem będą same problemy. Jak zawsze zresztą! Nagle dostrzegłam za rogiem Stevena z jakąś dziewczyną. Rozmawiali a dokładniej to się kłócili. Nie chciałam podsłuchiwać, tylko podejść do niego i wyjaśnić to wszystko, kiedy usłyszałam jak chamsko odzywa się do rudowłosej.
- Nie możesz mi tego zrobić! Kocham Cię! - Jęczała rozhisteryzowana - Jesteś całym moim światem!
- Jesteś żałosna - Parsknął - I Ty masz nadzieję na związek ze mną? Są laski dużo ładniejsze niż Ty - Wybuchnął śmiechem.
- Steven, błagam... - Podszedł do niej, chwycił jej głowę i z całej siły odepchnął ją w bok. Dziewczyna upadła na podłogę, zachłystając się własnym powietrzem. Poczułam jak narasta we mnie złość. Co za skurwiel! Zacisnęłam dłoń w pięść, ale nie zamierzałam robić awantury. O nie. Miałam co innego w planach. Wstałam na równe nogi i wolnym krokiem wyszłam z ukrycia. Dwójka młodych ludzi spojrzała najpierw po sobie a dopiero później przenieśli na mnie swój wzrok. Blondyn nie wydawał się zażenowany czy zły moim widokiem. Wręcz przeciwnie.
- Hej - Przywitał się - Co tu robisz?
- Idę do pokoju. Mieszkam tu a Ty? - Udałam zaskoczoną - Nigdy wcześniej nie widziałam Cię na tym piętrze.
- Właśnie przechodziłem obok, kiedy zobaczyłem jak ta dziewczyna upada na podłogę. Chciałem jej pomóc - Wzruszył obojętnie ramionami - Gdzie masz swojego kolegę?
- Włóczy się po mieście - Odpowiedziałam jakby nigdy nic - Za niedługo się zjawi. 
- Czyli teraz jesteś wolna, tak? - Ucieszył się - To dobrze, bo mam....
- Wybacz, ale jestem zmęczona i chce się położyć - Posłałam im obojga ciepły uśmiech a następnie odeszłam. Pierdolony skurwiel. W żywe oczy potrafi kłamać. Jest taki sam jak reszta facetów na tej ziemi. Zdenerwowana dotarłam do sypialni i czym prędzej napisałam wiadomość do Alana, w której poinformowałam go, że policja zamierza przeszukać go w sprawie tej broni, którą dziś groził synowi właściciela. Opowiedziałam też o wszystkim co wiem na ten temat i miałam nadzieję, że to załatwi. Wiedziałam, że coś wymyśli. Nie myślcie, że go polubiłam czy coś. O nie. Nigdy w życiu. Po prostu zamierzam w pełni wykonać nasze zadanie a przede wszystkim chcę, aby ten synalek ojczulka, zapłacił za to jak potraktował tą dziewczynę. Kiedy Alan odpisał, że się tym wszystkim zajmie, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wróciłam na korytarz z nadzieją, że zastanę tam jeszcze tą dziewczynę, ale niestety nigdzie jej nie było.
- Cholera! - Warknęłam. Zdenerwowana usiadłam na podłogę i zamknęłam oczy ze zmęczenia. Ten dzień jest cholernie dziwny. Najpierw ta kobieta i Sebastian a teraz to? Miałam dość tego wyjazdu.
- Szukasz kogoś? - Usłyszałam za plecami czyjś zachrypnięty głos. Czym prędzej spojrzałam w tamtą stronę i kamień spadł mi z serca. To ona! Ucieszyłam się jak głupia, że nie wszystko stracone.
- Tak właściwie to tak.. Szukałam Ciebie...
- Mnie? - Zdziwiła się - Po co?
- Potrzebuję Twojej pomocy.. - Zaczęłam niepewnie - Jestem Ross.
- Sabina. Jakiej pomocy? W  czym? - Zaproponowałam, abyśmy udały się do mnie, w razie gdyby ktoś nas podsłuchiwał. Zgodziła się i po chwili siedziałyśmy na moim łóżku - Powiesz mi wreszcie o co chodzi? Martwię się.
- Ten chłopak.. Steven.. O niego chodzi. Przypuszczam, że byliście razem..
- Tak, ale rzucił mnie dla pierwszej lepszej blondynki - Wzruszyła smętnie ramionami - Potraktował mnie jak śmiecia.
- Co Ty na to, aby się na nim zemścić? - Spojrzała na mnie spode łba,  jednak szybko chciała poznać więcej szczegółów, więc jej powiedziałam co zamierzam. Zgodziła się po krótkim namyśle. Oczywiście nie powiedziałam jej wszystkiego i pominęłam kilka faktów, jak na przykład to, że Alan faktycznie celował w niego prawdziwą bronią - Dobrze, więc o dwudziestej bądź w holu głównym. Wtedy zjawi się mój kolega.
- Jasne - Uśmiechnęła się i wyszła. Gdy zostałam sama, poczułam jak kręci mi się w głowie. To pewnie ze zmęczenia. Padłam na łóżko i zamknęłam oczy. Tyle, że zamiast poczuć się lepiej, było coraz gorzej. Szybko wychyliłam głowę zza łóżka i zwymiotowałam na podłogę. W dodatku rozbolał mnie brzuch. Czułam się cholernie źle. Chwyciłam ręką swoją głowę, aby troszkę się uspokoić i kiedy wstałam na podłogę chcąc posprzątać bałagan jaki zrobiłam, poczułam jak coś łaskocze mnie w dłoń. Spojrzałam w tamtą stronę i nie mogłam normalnie oddychać. Duża ilość moich włosów, zamiast wisieć na mojej głowie, znajdowała się na mojej ręce. Czym prędzej pobiegłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Na potwierdzenie swojej tezy, wzięłam szczotkę i wolniutko przeczesałam swoje kruczo-czarne włosy. Matko. Zaczęło się. Moja choroba!  Ja... łysieje.....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz