niedziela, 9 sierpnia 2015

Rozdział 2

,, I am not a fucker ''

***DYLAN***

[...] - Dylan... Możesz mi to jakoś wytłumaczyć?...
- No właśnie Dylan - Odezwała się Roksana - Wytłumacz naszej kochanej Ross, że jest dla Ciebie nic nie znaczącą zabawką.
- Wystarczy!
- Co proszę?
- Nie musisz mówić mi co mam robić. Świetnie poradzę sobie sam
- Dylan, nic nie rozumiem. O czym ona mówi? - Chwyciła moje dłonie w swoje, po czym wtuliła się w moje ramiona - Bałam się o Ciebie.. - Szepnęła. Odepchnąłem ją, nie chcąc by mnie dotykała.
- Nigdy więcej tego nie rób - Syknąłem oschle.
- Czego?
- Nigdy więcej mnie nie przytulaj, jasne?
- Ale.. Dlaczego..?
- Bo nie! - Wrzasnąłem. 
- Już mnie nie kochasz? - Spytała patrząc mi prosto w oczy.
- A kiedykolwiek kochałem? [...]

- A kiedykolwiek kochałem? - Parsknąłem. Mój wzrok był wlepiony w coś co przypominało mi niegdyś miłość mojego życia. Przynajmniej tak wtedy myślałem.  Na tym obrazku nie widziałem nic więcej prócz czystej zdrady. Zdrady ze strony obojga najbliższych mi ludzi. Kto by pomyślał? Ona i on? Dochodziła dziewiętnasta trzydzieści pięć, ale to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Postanowiłem coś sprawdzić. Wyciągnąłem telefon z tylnej kieszeni spodni, po czym wcisnąłem numer Alana. Nie odebrał ode mnie ani razu. Skurwiel jebany. Pewnie był zajęty posuwaniem mojej kobiety. Mojej kobiety. Hah. Jak paradoksalnie to zabrzmiało. Ona nigdy nie była moja. Najpierw sprzedała się temu idiocie Michałowi, czy jak mu tam, potem byłem ja, a kiedy zdała sobie sprawę z tego, że jej nie chcę, poleciała w ramiona mojego najlepszego przyjaciela. Od nienawiści do miłości jak to się mówi, prawda? Nigdy bym nie uwierzył, że coś ich może połączyć, gdyby nie te zakichane zdjęcia. Na każdym są razem. Więc kiedy ja jak głupi chodziłem do jej domu i czekałem w ukryciu, aż ją zobaczę, jej tak naprawdę nigdzie nie było. Bawiła się w najlepsze z tą parszywą gnidą, daleko od miasta. Nawet nie wiem gdzie są. Jakbym wiedział, sprawy potoczyłyby się inaczej. Zabiłbym i ją i jego.
- Więc teraz mi wierzysz? - Zaśmiała się cynicznie. Swój wzrok przeniosłem na jej obrzydliwą twarz i wtedy zrozumiałem, że mimo tego jaką była wredną suką, nigdy, ale to nigdy mnie nie zdradziła. Zawsze była wobec mnie lojalna i potrafiła spełnić wszystkie moje oczekiwania.
- Powiedz mi, ale tak szczerze... Skąd o tym wiesz? - Wskazałem palcem na to co dostałem od niej kilkanaście minut temu. Posłała mi szatański uśmiech, mówiący, że to banalnie proste.
- Jeżeli jeden z Twoich pracowników znika na jakiś czas mówiąc, że ma coś ważnego do załatwienia, to trzeba to sprawdzić, prawda? Przy okazji natknęłam się również na nią, więc nie mogłam tego tak po prostu zostawić. Musiałeś poznać prawdę.
- Ile to trwa?
- Nie wiem - Wzruszyła ramionami - Te zdjęcia są sprzed dwóch dni. Jeżeli chcesz...
- Nic nie chce - Warknąłem. Wiedziałem już wystarczająco dużo i więcej nie potrzebowałem informacji - Daj mi znać, kiedy ten sukinsyn wróci. Mam z nim parę spraw do wyjaśnienia.. - Zacisnąłem dłoń w pięść i mocno przygryzłem wargę. To chyba spodobało się mojej towarzyszce, gdyż wskoczyła na mnie i zaczęła składać na mojej szyi pełno buziaków.
- Kocham kiedy jesteś taki stanowczy - Mruknęła usatysfakcjonowana. Spojrzałem na nią spode łba a następnie zrzuciłem jej ciało na podłogę. Jęknęła z bólu zdezorientowana. Myślała, że będziemy uprawiać seks? Dobre sobie - Co Ty...
- Zjeżdżaj stąd.
- Co? - Warknęła.
- Jeżeli chcesz poczuć kutasa w buzi to znajdź sobie innego frajera. Nie mam teraz na to ochoty, ale dzięki za propozycje. Kiedy zabraknie mi tego, wiem gdzie szukać Twojej cipki - Posłałem jej sztywny uśmiech na co tylko oblizała dolną część warg. Chciało mi się zwymiotować.
- Jesteś dupkiem Cooper, wiesz?
- Dzięki Tobie - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Wstałem z łóżka i chwyciłem ją za lewe ramię.
- Co robisz?!
- Skoro sama nie potrafisz stąd wyjść, to Ci pomogę - Podeszliśmy do drzwi i kiedy walczyła ze mną by tu zostać, jednym, zwinnym pchnięciem, wyrzuciłem ją na korytarz.
- Powiem o wszystkim Rickowi! Rozumiesz?
- Wyświadcz mi przysługę i zamknij wreszcie ten swój dziób. Mordę też masz tak rozjebaną jak cipkę? - Zaśmiałem się. Nie czułem bym przesadził. To ona doprowadziła mnie do tego stanu i odebrała szansę na prawdziwe szczęście, więc może być pewna, że do końca moich dni, będę zatruwać jej życie. Ostatni raz posłałem jej chytre spojrzenie i chwilę później zamknąłem drzwi z wielkim hukiem. Niech spierdala. Od teraz nie ma na tym świecie osoby, która coś dla mnie znaczy. Zamierzam zemścić się na każdym kto doprowadził mnie do tego stanu. Wziąłem do ręki jedno zdjęcie, które najbardziej przykuło moją uwagę i kiedy dokładnie je zlustrowałem, podarłem tą ilustracje na kawałki. Wśród tych osób jest Ross z Alanem...


***ROSS***

Czekałyśmy w holu głównym aż Alan łaskawie zechce się pojawić. Zajmowałam duży, biały fotel, w ręku trzymałam kubek gorącej herbaty i udawałam, że czytam moją ulubioną książkę, natomiast Sabina, nowa koleżanka, kręciła się przy wózku ze słodyczami. Chłopak miał być o dwudziestej a dochodziła dwudziesta pierwsza. Nie rozumiałam co można robić tyle czasu na dworze, tym bardziej, że było zimno. Ze mną spędził cztery godziny i teraz kolejnych prawie pięć go nie ma. Może faktycznie coś mu się stało? Co jeżeli ktoś go napadł a potem zabił? Nie żeby mnie to obchodziło, ale Frycz też jest człowiekiem. Może wrednym, aroganckim, zadufanym w sobie człowiekiem, ale wciąż człowiekiem, prawda? A ja mam dobre serce, nawet jeśli chodzi o tego palanta.
Wtedy nieoczekiwanie do pomieszczenia wszedł nie kto inny jak Frycz. Kaptur na głowie i ręce w kieszeni. Wyglądał jak potwór. W dodatku cały był mokry. Musiało na zewnątrz ostro padać. Przeszukał tłum ludzi a kiedy odnalazł mnie wzrokiem, posłał mi jeden z tych swoich uśmieszków mówiących, że ma plan. Przełknęłam głośno ślinę jakbym miała właśnie w tej chwili poważne kłopoty. ,, Ross, do cholery! Weź się w garść! '' Nim zdążyłam zrobić krok w jego stronę, kilkoro ludzi w czarnych kombinezonach ruszyło w jego kierunku. Wiedziałam kim byli. Z kieszeni wyciągnęli broń i od razu skierowali ją w stronę Alana. Otoczyli go. Brunet nie miał dokąd uciec. Lepiej, aby ten jego plan był skuteczny bo jak na razie to siedzi w niezłym gównie.
- Ręce do góry! - Krzyknął ten najbardziej umięśniony. Alan jak to Alan, nie wykonał jego polecenia. Mężczyzna powtórzył swój rozkaz, tyle, że i tym razem na marne. Zdenerwowany, ostrożnie zbliżył się do Frycza a kiedy chwycił jego przemoczoną bluzę, brunet z całych sił odepchnął od siebie tego wielkoluda zaciskając gwałtownie swoją rękę w pięść i celując nią w twarz faceta. Na szczęście siła ciosu nie była duża i wielkolud zdążył się obronić.
- Jeszcze raz mnie dotkniesz a wsadzę Ci ten rewolwer w Twoją przerośniętą dupę - Warknął Alan. No świetnie. Jego szanse na wyjście z tego bez szwanku, poszły się pieprzyć. Myślałam, że Alan jest choć trochę inteligentny, ale to zwykły kretyn. Przeniosłam swój wzrok na koniec pomieszczenia aż po same drzwi, czując jak ktoś wlepia we mnie swoje oczy. Zachłysnęłam się własnym powietrzem. Znowu on.
- Dylan... - Szepnęłam sama do siebie. Przełknęłam głośno ślinę a pot oblał całe moje ciało. Po kilku sekundach, dotarło do mnie, że osobą stojącą niedaleko mnie, nie jest wcale Cooper. To byłoby niemożliwe, aby on się tu znalazł. Zresztą chłopak miał inny kolor włosów. Potrząsnęłam głową, by odgonić od siebie myśli dotyczące szatyna i kiedy spojrzałam tam ponownie, chcąc podejść do mojego nowego znajomego, nikogo nie było. Przez pierwszą minutę wmawiałam sobie, że widziałam tam Sebastiana Gerana, którego poznałam dziś po południu, jednak ostatecznie doszłam do wniosku, że musiało mi się przewidzieć. Tracę swój rozum.
- Ręce do góry szczeniaku! - Wyrwał mnie z rozmyśleń czyjś zachrypnięty głos. Przeszukałam wzrokiem tłum ludzi, aby odnaleźć Alana i kiedy go znalazłam, widziałam jego minę, która nie wróżyła nic dobrego. Chłopak tracił panowanie nad sobą. Zacisnął dłoń w pięść po czym zamknął oczy. Wśród tych wszystkich ludzi był także Steven. Sprawiał wrażenie bardzo pewnego siebie, jakby to on był tu szefem i właśnie kazał kogoś za nieposłuszeństwo. Zignorowałam jego tanie uśmieszki w moją stronę i czym prędzej podbiegłam do Alana. W tej chwili nie myślałam racjonalnie. Kiedyś zapewne Frycz spuściłby mi niezły łomot, albo jeszcze gorzej gdybym tylko wtrąciła się w jego sprawy. Teraz miałam to gdzieś.
- Hej.. - Szepnęłam - Wszystko w porządku? - Zmierzył mnie od stóp wzwyż nie rozumiejąc o co mi chodzi. Milczał. Nie chciał ze mną rozmawiać. Nigdy jakoś specjalnie nie pałaliśmy do siebie wzajemną sympatią, więc nic dziwnego, że nie potrzebował moich słów wsparcia - Wszystko będzie dobrze. Mam plan. Nie daj się wyprowadzić z równowagi a ja wszystko załatwię.. - Sama nie wiedząc czemu, położyłam na jego ramieniu swoją prawą dłoń. Jeszcze większym zdziwieniem dla mnie było to, że wcale mnie od siebie nie odepchnął. Wręcz przeciwnie. Posłał mi lekki uśmiech podziękowania. Miałam wrażenie jakby mój gest był dla niego czymś wyjątkowym. Jakby nigdy przedtem nie zaznał czegoś takiego.
- Skończyliście tą scenę miłości? - Wtrącił Steven - To świetnie. Przejdźmy więc do chwili kiedy Cię aresztują - Po tych słowach sama chciałam przywalić temu gnojkowi w twarz, ale w ostatniej chwili Alan mnie powstrzymał. Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam tam coś dziwnego. Chłopak chrząknął znacząco a ja zdałam sobie sprawę, że jestem w niezręcznej sytuacji, więc odeszłam kilka kroków w bok. Frycz uniósł powoli obie ręce do góry a jego zapał do gniewu, wyparował.
- Ale o co właściwie chodzi? - Zdziwił się. Udawał zaniepokojonego i zmieszanego. Poczułam ulgę, kiedy nie był już tak bardzo zły.
- Dostaliśmy zgłoszenie, że posiadasz broń, którą zaatakowałeś syna właściciela. Masz na nią pozwolenie? - Wychrypiał rudowłosy koleś.
- Jaką broń? Zaatakowałem? Kiedy? - Zrobił niewinną buźkę.
- Nie udawaj głupiego - Zaśmiał się cynicznie Steven - Napadłeś na mnie dziś rano w windzie.
- Masz na to dowody? Tak, prawdę mówiąc napadłem na niego... - Nie zdążył dokończyć, gdyż rzucili się na niego i zaczęli przeszukiwać jego ubrania. Byłam zdziwiona, że Alan na to pozwala, ale wiedziałam, że ma plan. Chwilę później, jeden z policjantów, wyciągnął z jego kieszeni coś na kształt małego rewolweru i od razu pokazał to swoim kompanom. Posłałam zdziwioną minę Fryczowi. Dlaczego do cholery nie wyrzucił tego pistoletu!? Przecież go ostrzegłam!
- No proszę. A cóż to takiego? Jesteś aresztowany.....
- Za co? - Parsknął śmiechem - Za posiadanie zabawki? - Uniósł zdziwiony jedną brew do góry - Dzieci też każecie?
- O czym Ty do cholery mówisz....
- To atrapa... - Dokończył jego kolega. Uważnie przejrzeli skonfiskowaną broń a zakłopotanie na ich buziach było bezcenne - Skoro to zabawka, to dlaczego zaatakowałeś nią niewinnego człowieka? - Nastała chwila milczenia. Alan nie wiedział co powiedzieć a Steven był zadowolony z obrotu sytuacji. Szybko dałam znać Sabinie, że teraz my wchodzimy. Blondynka kiwnęła głową i czekała aż zacznę.
-  Ponieważ ten pan - Wskazałam palcem na Stevena - Mnie zaatakował. Rzucił się na mnie i zaczął mnie obmacywać... - Skłamałam. Muszę przyznać, że byłam dobrą aktorką. Aby efekt był jeszcze lepszy, do oczu naleciały mi łzy - Nie chciałam tego, ale on był silniejszy.. Krzyczałam i broniłam się jak mogłam, kiedy zjawił się Alan. Zobaczył to wszystko i nie wytrzymał... Pomógł mi.. Mój mały braciszek ma urodziny, więc kupiliśmy mu zabawkowy pistolet, ale kiedy zostałam zaatakowana, Alan go wykorzystał, aby mnie uratować... - Podwinęłam rękaw bluzy i pokazałam policjantom siniaki na moich ramionach. Były średniej wielkości. Nawet sama nie wiem, kiedy je sobie nabiłam, ale najważniejsze, że się przydały. To przez tą chorobę moje ciało jest tak kruche. Poczułam wzrok mojego towarzysza na swoim ramieniu. Intensywnie wpatrywał się w moje siniaki jakby chciał poznać odpowiedź na to skąd się wzięły.
- Co Ty pierdolisz?! - Warknął Steven - Ona kłamie! Ta dziwka kłamie! - Rzucił się w moją stronę i prawie by mnie dopadł, gdyby nie Sabina, która na czas wybiegła mu na drogę. Blondyn cofnął się krok do tyłu i zmrużył powieki.
- To wszystko prawda! - Wykrzyczała - Ten bydlak też próbował mnie kiedyś zgwałcić! - Głos jej drżał jakby nie była pewna czy dobrze robi. Bałam się, że zmieni zdanie i stanie po jego stronie. Wtedy nie mielibyśmy szans na wygraną.
- Sabina, co Ty do chuja wyprawiasz?! - Musnął dłonią jej policzek i schował kosmyk jej włosów za lewe ucho - Dobrze wiesz, że to nieprawda. Powiedz jak było rzeczywiście. Zrób to dla mnie - Posłał jej czarujący uśmiech i mruknął coś do ucha.
- Sabina... - Jęknęłam przestraszona.
- Byliśmy parą, ale zerwałam z nim, kiedy dowiedziałam się, że zależy mu tylko na jednym. Proszę, zróbcie coś... - Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech słysząc wypowiedziane słowa prosto z jej ust. Również się rozpłakała i była przy tym strasznie przekonywująca. Spojrzałam na Alana, który był zdziwiony tym cyrkiem. Nie wiedział co się dzieje, więc teraz to ja jemu posłałam lekki uśmiech. Przewrócił zabawnie oczyma.
- To wszystko Twoja wina! - Blondyn wskazał na mnie palcem i chwycił moje ramię. Pisnęłam z bólu zachłystając się własnym powietrzem. Zrobiło mi się jakoś tak słabo - Powiedz prawdę! Powiedz, że ten Twój pojebany chłopak miał prawdziwy pistolet i mi nim groził!
- Puść ją! - Wtrącił Frycz. Był wściekły. W dupie miał gliniarzy i ludzi, którzy przypatrywali się temu spektaklowi. W dupie miał, że może mieć kłopoty jeśli zaatakuje syna właściciela tego hotelu. Miał wszystko w dupie. Podszedł do Stevena i z całej siły uderzył go z pięści w twarz - Nigdy więcej nie waż się jej tknąć, rozumiesz!? - Steven przejechał dłonią po swoich ustach i spluną krwią na podłogę .
- Pozwę Cię za to -Warknął rozbawiony.
- Najpierw Cię zabije...
- Uspokójcie się! - Wtrącił jeden z policjantów - Ty! - Wskazał na Stevena - Idziesz z nami. Mamy sobie wiele spraw do wyjaśnienia.
- Co? Chyba żartujesz. Mój ojciec zrobi z Ciebie miazgę...
- Steven.. - Usłyszeliśmy czyjś gruby, donośny głos. Wystraszyłam się jego tonem. Przed nami wyłonił się ojciec chłopaka w białym garniturze. Nie był zbytnio szczęśliwy - Zawiodłeś mnie. Uwierzyłem Ci a Ty tak mnie okłamałeś.
- Ojcze... Oni kłamią!
- Cicho! Możecie go zabrać. Wkrótce do Was dołączę - Chwilę później w pomieszczeniu zostaliśmy sami. Ja, Alan i ojciec Stevena. Sabina wyszła, kiedy wyprowadzono blondyna. Jej zadanie zostało wykonane, więc dłużej nie była nam potrzebna a resztą zajęła się ochrona. Rozkazała wszystkim tym ludziom, udać się do swoich pokoi - Tak bardzo mi przykro za to całe zamieszanie...
- Nic sie nie stało. Ważne, że wszystko jest już wyjaśnione - Uśmiechnęłam się lekko, po czym chwyciłam Alana za dłoń i ruszyliśmy do przodu. Ja ruszyłam bo oczywiście Frycz musiał dodać swoje dwa grosze.
- Możesz być pewien, że zapłacicie za to jak mnie tu potraktowano - Warknął - Chyba, że jakoś mnie przekonasz do zmiany zdania - Zaśmiał się.
- Alan! - Krzyknęłam rozgniewana.
- Jest coś co mógłbym dla Was zrobić? Naprawdę mi przykro.
- Zobaczę. Może z czasem mi się przydasz - Machnął ręką w jego kierunku i chwilę później, zniknęliśmy się w jednej z wind. Między mną a Alanem panowała cisza przez całą drogę do pokoju. Byłam zła na niego, że jest takim dupkiem! Nawet nie podziękował mi za uratowanie sobie dupy. Powiedział tylko ,, dobranoc '' i zniknął za drzwiami swojej sypialni. Dupek. Ja również weszłam do siebie i pierwsze co zrobiłam to udałam się pod prysznic. Dwadzieścia minut później leżałam na łóżku i zastanawiałam się ile tak naprawdę zostało mi dni nim umrę. Wprawdzie powiedzieli mi, że równy rok, ale skąd oni mogą o tym wiedzieć? Fazę z włosami miałam przerabiać w obrębie dwóch miesięcy, ewentualnie trzech w zależności jak silny mam organizm a minął zaledwie tydzień. To niepokojące. Oznaki choroby zaczęły występować znacznie szybciej niż przypuszczał Filip. Niezależnie od tego gdzie się znajdowałam, było mi strasznie zimno. Czy to mój pokój, hol główny czy dwór, musiałam mieć na sobie bluzę. Pewnie uważacie, że to nic dziwnego, jednak w moim przypadku nigdy tak nie było. Jestem raczej ciepłą dziewczyną i pasują do mnie letnie ubrania. Byłam tym wszystkim strasznie zaniepokojona. Nie wiedziałam co robić. Zignorować swój niepokój czy może o wszystkim powiedzieć lekarzowi? Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Nie chciało mi się z nikim rozmawiać ze względu na fatalne samopoczucie, ale ostatecznie postanowiłam odebrać. Podniosłam swoje obolałe ciało do pozycji siedzącej i niechętnie sięgnęłam po telefon. Numer prywatny.
- Tak? -  Zaczęłam tą jakże nieformalną rozmowę. Po drugiej stronie słuchawki panowała cisza. Jedynie udało mi się usłyszeć ciche szepty, których nie potrafiłam rozpoznać. Ktoś w tle musiał rozmawiać z drugą osobą - Hallo? - Kontynuowałam. Dalej nic. Zdenerwowana nacisnęłam czerwony przycisk a kiedy telefon zaczął dzwonić ponownie, wyłączyłam go. Jakieś gówniarze robią sobie żarty. Nie miałam na to ochoty. Nie potrafiłam zasnąć, mimo później pory, więc włączyłam laptopa i zalogowałam się na stronę społecznościową, czyli tak zwanego facebooka. Kilkoro moich znajomych było dostępnych, wśród nich Michał. Nacisnęłam na jego okienko i kiedy chciałam napisać krótką wiadomość, coś nakazało mi przestać. Co niby mam mu napisać? Że mój stan pogarsza się z dnia na dzień? Nie, dzięki. Nie chcę, aby się martwił.

,, Hej, jak tam? :* '' - Michał.

Przeklęłam w duchu. Kiedy ja miotałam się z myślami czy do niego napisać, on zrobił to za mnie.

,, Ross, wszystko w porządku? '' - Michał.

Pięć minut później kolejna wiadomość a ja wciąż nie odpisałam na tą pierwszą. Coś się ze mną działo a ja nie potrafiłam określić co takiego. Odruchowo zamknęłam klapkę mojego kochaniutkiego laptopa i odłożyłam go na miejsce. Niech to wszystko trafi szlag. Zachciało mi się pić. Nie miałam przy sobie żadnego soku, więc zmuszona zostałam, aby udać się do jakiegoś sklepiku, który jest czynny dwadzieścia cztery godziny na dobę. Szybko nałożyłam na siebie ciepłą kurtkę, czarne trampki i wyszłam na zewnątrz. Idąc wolnym krokiem wzdłuż korytarza, usłyszałam cichą melodię dochodzącą z pokoju Frycza. Zaskoczona, podeszłam bliżej, aby lepiej słyszeć. Byłam pewna, że za drzwiami ktoś gra na jakimś instrumencie a dokładniej to na gitarze. Nie mogłam tego zignorować. Melodia była zbyt piękna. Szybkim pchnięciem otworzyłam drewniane drzwi i niezauważalnie wślizgnęłam się do środka pomieszczenia. To co tam ujrzałam, przerosło moje wszelkie oczekiwania.
Alan był tak zajęty graniem na gitarze, że nawet nie dostrzegł mojej obecności w swoim pobliżu. Kiedy myślałam, że lepiej być nie może, on wyprowadził mnie z tego błędu. Zaczął coś sobie nucić pod nosem.

,, Za każdym razem kiedy myślę, jestem bliżej serca
Co oznacza kim naprawdę jestem
Myślę, że wreszcie znalazłem lepsze miejsce na początek
Ale nikt wydaje się tego nie rozumieć

Potrzebuję spróbować dostać się tam gdzie ty
Czy może jesteś niedaleko?

Jesteś głosem, który słyszę w mojej głowie
Powód dla którego śpiewam
Potrzebuję cię znaleźć
Muszę cię znaleźć
Jesteś brakującym kawałkiem, którego potrzebuję
Piosenką we mnie
Potrzebuję cię znaleźć
Muszę cię znaleźć
O tak, Tak ''....

- Co tu robisz?! - Wrzasnął rozgniewany, kiedy tylko mnie zobaczył. Wszystko przez to, że byłam tak zaskoczona tym co robi, że cofając się do tyłu, wpadłam na małą szafkę i zbiłam porcelanowego słonika. Siedział na łóżku a w dłoni trzymał czarną gitarę.
- Ja... - Zaczęłam się jąkać. Nie wiedziałam co powiedzieć. Chciałam pochwalić jego talent, niestety nie dane mi było tego zrobić. Chłopak wstał na nogi i chwilę później, staliśmy twarzą w twarz. Dopiero teraz zorientowałam się, że jest bez koszulki. Miał na sobie szare dresy i czarne skarpetki. Nigdy przedtem nie widziałam go w krótkiej koszulce a co dopiero bez koszulki. Zawsze miał na sobie jakąś bluzę. Dostrzegłam na jego prawym ramieniu tatuaż, który prowadzony był wzdłuż jego całej ręki. Ponadto lewa strona jego kończyn też była cała wytatuowana. Nawet na klatce piersiowej, widniał jakiś Chiński znak. Nigdy przedtem nie podobały mi się osoby mające jakikolwiek tatuaż, ale on? Wyglądał kurewsko dobrze - Alan.... - Szepnęłam wciąż nie mogąc w to uwierzyć. Nie dał mi szansy na powiedzenie czegokolwiek więcej, gdyż wyrzucił mnie ze swojej sypialni. Zdenerwował się moją wizytą, dlatego trzasnął drzwiami na dobranoc. Zaskoczona zmianą jego humoru, wróciłam do siebie zapominając o soku. Właściwie to odechciało mi się pić. Jedyne o czym pragnęłam, to położyć się spać i śnić o czymś dobrym z nadzieją na lepsze jutro. Niestety dzisiejszy dzień do najlepszych nie należał. Kiedy zamknęłam oczy, od razu pojawił się obraz Dylana. Dlaczego po mimo czasu, który zleciał, ja wciąż o nim myślę a nawet czasem śnię? Przecież to chore. On mnie nie kocha, nienawidzi mnie i bawił się mną a ja od ponad dwóch tygodni mam jego twarz przed oczyma. Wiem, że jestem idiotką, ale chciałabym przed swoją śmiercią usłyszeć po raz ostatni dlaczego on się mną bawił. Chciałabym spojrzeć mu w oczy i zadać to pytanie sam na sam. Tylko czy będę miała odwagę się z nim spotkać kiedy wrócę do miasta?
Następnego dnia wstałam dosyć późno. Czułam się koszmarnie. W nocy miałam napady duszności i stan podgorączkowy. Musiałam byś strasznie zmęczona jeżeli nawet nie słyszałam budzika telefonu. Wzięłam komórkę do ręki i dopiero chwilę później zorientowałam się, że przecież telefon jest wyłączony. Co za idiotka ze mnie! Czym prędzej go włączyłam i odczytałam godzinę. Świetnie. Dochodziła dwunasta a ja wciąż w łóżku. Cholera! W dodatku miałam kilka nieodebranych połączeń od Michała i Pauli. Trudno. Później do nich oddzwonię. Najpierw muszę iść na poszukiwania Anastazji Grean. Wyciągnęłam z szafy czyste ubrania a kiedy byłam w miarę gotowa, jak strzała wyleciałam na korytarz i udałam się do pokoju Alana.
- Przepraszam, ale zaspa.....! - Nie dokończyłam ponieważ w jego sypialni nikogo nie było. Do bólu głowy, dołączyły zawroty - Alan? - Nie dałam za wygraną. Niech choroba wie, że jestem silną kobietą i dam radę z nią walczyć. Zdziwiłam się nieco brakiem jego osoby. Tym bardziej, że skoro go nie było, to dlaczego zostawił otwarte drzwi? Przecież ktoś mógł się do niego wkraść. Zdziwiona, zeszłam do recepcji, aby rozejrzeć się za brunetem. Idąc wzdłuż korytarza, byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam mężczyzny stojącego tuż przy ścianie. Upadłam na podłogę a moja pupa zderzyła się z twardą podłogą. Upadek spowodował, że mój stan pogorszył się jeszcze bardziej. Chciało mi się wymiotować.
- Cholera... - Mruknęłam pod nosem. Nawet nie zwróciłam uwagi na to z kim mam do czynienia. Śpieszyło mi się. Alan nie mógł mnie zostawić i sam pójść w teren. Nie zrobiłby tego. Działamy razem, czyż nie?
- Ross? - Usłyszałam tą cudowną barwę głosu. Przełknęłam głośno ślinę, aby chwilę później podnieść wzrok przed siebie i zlustrowałam całe ciało mojego nowego kolegi. Kiedy mój wzrok zawisł na jego głowie, poprzez światło lamp wiszących na suficie, dostrzegłam Dylana Coopera. Z każdą chwilą obraz stawał się zamazany - Wszystko w porządku? - Kontynuował zaniepokojony.
- Ta.. Tak.. - Szepnęłam. Podał mi dłoń i pomógł wstać. Lekko się uśmiechnęłam na znak, że bardzo mu dziękuję. Kiwnęłam głową, wyminęłam jego barczyste ramiona i ruszyłam przed siebie. Musiałam jak najszybciej odnaleźć Alana i pomóc mu w poszukiwaniach. Nim jednak uszłam kilka kroków, straciłam równowagę i gdyby nie czyjaś pomoc, zleciałabym z powrotem na podłogę.
- Chyba jednak mnie okłamałaś - Mruknął. Mogłabym słuchać jego głosu na okrągło. Był wyśmienitym lekarstwem dla moich uszu - Gdzie mieszkasz? Zaprowadzę Cię do pokoju...
- Dylan...? - Szepnęłam widząc ponownie jego twarz - To naprawdę Ty...? - Ucieszyłam się. Przejechałam dłonią po jego policzku, czując jak się rumieni. Ostro zaciągnęłam się zapachem jego perfum. Były inne niż zwykle. Nie czułam mięty ani tytoniu.
- To ja.. Sebastian - Uśmiechnął się lekko - To powiesz gdzie mieszkasz? - Kiwnęłam posłusznie głową i z jego pomocą, dotarliśmy do mojej sypialni - Powinnaś się położyć. Jesteś cała blada.
- Tak, lepiej jak wrócę do łóżka... - Otwierając drzwi, zamknęłam oczy i zsunęłam się na podłogę. Wszystko inne przestało istnieć a ja znalazłam się w czarnej pustce, która prowadziła donikąd....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz