piątek, 3 lipca 2015

Rozdział 24

,, I am a fucker ''

- Jak Ty się tu znalazłeś? - Wydyszałam. Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, że Dylan siedzi obok mnie i powtarza w kółko, że mnie kocha. Byłam tak szczęśliwa, że zapomniałam o kłótni z Paulą i Michałem. Miałam to gdzieś. Liczyła się tylko i wyłącznie chwila obecna. Liczył się tylko on.
- Nie mogłem znieść tego, że jesteś tak daleko ode mnie i, że w razie niebezpieczeństwa, nie pomogę Ci. Bałem się o Ciebie Ross.. - Odgarnął kosmyk włosów z mojego czoła i przeniósł go za ucho. Wpatrywałam się w niego i nie mogłam pojąć tego, kiedy tak bardzo się zmienił. Przedtem był aroganckim dupkiem myślącym tylko i wyłącznie o sobie a teraz? Teraz jest ideałem o jakim tylko każda dziewczyna może pomarzyć. Ten o to właśnie ideał należał do mnie i to ja miałam tą przyjemność skradnięcia mu serca - Co mi się tak przyglądasz? - Uniósł brew do góry speszony moim zachowaniem. Roześmiałam się głośno na ten słodki widok.
- Zastanawiam się nad czymś.
- Tak? - Zdziwił się - A mogę wiedzieć nad czym? - Spojrzał na mnie czułym wzrokiem, aby następnie złożyć na moich ustach namiętnego całusa. Nastała chwila ciszy. Oczekiwał na odpowiedź a ja nie mogłam przestać uśmiechać się jak głupia - Więc ? - Ponaglał mnie jakby to miało mu w czymś pomóc.
- Zastanawiam się, kiedy tak szybko się zmieniłeś - Szepnęłam wdychając zapach jego boskich perfum.
- Zmieniłem się? - Spytał zaskoczony. Kiwnęłam potwierdzająco głową - To chyba dobrze, co?
- Bardzo.. - Mruknęłam i tym razem to ja pocałowałam jego. Smakował jak czekolada. Słodka, duża i pełna nadzienia czekolada. Nawet nie poczułam odoru fajek co mnie jeszcze bardziej usatysfakcjonowało. Czułam się jak w niebie - Kocham Cię... - Powtórzyłam chyba z setny raz. Te dwa słowa nigdy mi się nie znudzą a zwłaszcza kiedy on będzie je wypowiadał.
- Ja Ciebie też - Uśmiechnął się. Nagle wstał i zaczął szukać czegoś po kieszeniach. Chciałam spytać o co chodzi, ale uciszył mnie gestem dłoni. Przewróciłam markotnie oczami i tylko poprawiłam się wygodniej na łóżku. Czego on do cholery szuka? - Byłbym zapomniał o najważniejszym... - Wreszcie zdołał wyciągnąć z kurtki mały kamyczek, który od razu mi wręczył - Proszę...
- Czy to...?
- Tak - Wtrącił - Odzyskałem go. Zrobiłem to dla Ciebie..
- Nie wierzę.. - Zakryłam usta dłonią, aby nie wybuchnąć płaczem i gdy już myślałam, że mi się udało zahamować szloch, łza po łzie zaczęła spływać po moich policzkach - Dziękuję...
- To jeszcze nie koniec.
- Nie? - Zdziwiłam się jego bojowym nastawieniem.
- Ubieraj się. Mamy coś do zrobienia.
- Co? O czym Ty mówisz?
- Ubieraj się a ja załatwię Ci przepustkę - Nie dał mi dojść do słowa i tylko po raz kolejny mnie pocałował a potem wybiegł z pokoju zostawiając mnie samą sobie. Stałam przez chwilę zaskoczona i zszokowana tym co on wyprawia, ale szybko oprzytomniałam, kiedy wyrwał mnie z rozmyśleń dźwięk dzwoniącego telefonu. Przedmiot nie należał do mnie, ale do Coopera. Zostawił go na małej półce i z tego całego pośpiechu, kompletnie o nim zapomniał. Zaciekawiło mnie to, kto może dzwonić do niego o tak później godzinie, więc zajrzałam na mały ekranik i przeczytałam imię rozmówcy.
- Roksana... - Szepnęłam. Poczułam dziwne ukłucie w sercu. Ogarnęła mną nieznana mi wcześniej nienawiść do tej dziewczyny. Dlaczego? Przecież nic mi nie zrobiła, prawda? Nie umiałam wyjaśnić niechęci do niej, ale coś w głowie podpowiadało mi, że niedługo staniemy twarzą w twarz a spotkanie to do przyjemnych należeć nie będzie. Przełknęłam głośno ślinę a potem podeszłam do szafy, aby wyciągnąć długie dresowe spodnie i szarą bluzę - Co to... - Nagle zauważyłam czarną koszulę, która wystawała na dnie mojej szafy. Do kogo należała? Nie kojarzyłam jej ani trochę. Moja na pewno nie była, gdyż raczej wiem jakie mam ciuchy.

 ,, Podeszłam do jednej z szafek w tym pokoju i otworzyłam ją na oścież. Bingo! Ubrania Coopera! W tej chwili gówno mnie to obchodziło czy będzie zły czy też nie. Wzięłam do ręki czarną koszulkę i czarno-białe slipki a następnie poszłam do łazienki wziąć gorący prysznic [...] '' 

Potrząsnęłam spanikowana głową. Co do cholery?! Jeszcze raz spojrzałam na koszulę a następnie złapałam się za głowę. Co chwila pojawiały mi się jakieś obrazy z nocy, kiedy doszło do wypadku. Byłam w jego mieszkaniu? Naprawdę? Ale jak? Po co? Dlaczego?  
- Gotowa? - Wyrwał mnie z rozmyśleń jego boski głos. Przełknęłam głośno ślinę, ale postanowiłam jak na razie nie drążyć tego tematu, więc tylko szybko wdziałam się w uszykowane przez siebie szmaty i podeszłam do chłopaka.
- Dokąd idziemy? - Spytałam z uśmiechem. Co jak co, ale w obecności tego drania, moje serce mięknie. Dosłownie. Działał na mnie jak narkotyk. Powodował, że wszystko co złe, odparowywało w jego otoczeniu.
- Niespodzianka. Ale najpierw... - Chwycił moje dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Co Ty... - Pocałował mnie. Zrobił to tak szybko, że nawet nie zdążyłam się zorientować co zamierza. Pod naciskiem jego miękkich, dużych warg, rozpływałam się niczym lód w upalny dzień. 
- Kocham Cię... - Szepnął. Chciałam odpowiedzieć, że ja go też, chciałam zapewnić, że jest dla mnie najważniejszy, ale wtedy ponownie rozbrzmiał dźwięk jego telefonu. Szatyn spojrzał na ekran, aby po chwili zakląć pod nosem. 
- Kto to? - Pokazał mi ekran i podrapał się po brodzie - Roksana... 
- Ta.. - Odeszłam krok w przód, aby nie widział jak smutek otacza moją twarz. To wszystko stawało się coraz bardziej trudne. Jak mam nie myśleć o tej dziewczynie jak ona ciągle jest w jego życiu? - Dokąd idziesz? - Spytał widząc jak kieruję się w stronę drzwi.
- Poczekam na zewnątrz a Ty porozmawiaj sobie z koleżanką.. - Nie dając mu czasu na odpowiedź, wyszłam na korytarz mocno trzaskając drzwiami. Przypomniałam sobie słowa Filipa, że nawet jeżeli ze sobą zerwą to i tak prędzej czy później ich drogi złączą się w całość i ponownie do siebie wrócą. Pojedyncza łza spłynęła po moim prawym policzku.....

***DYLAN***

- Czego chcesz?! - Warknąłem widząc jak Ross w jednej chwili przestaje się cieszyć a jej humor ulega zmianie o sto osiemdziesiąt stopni. 
- Gdzie do licha jesteś? - Syknęła wkurwiona - To że wróciliśmy wcześniej, nie oznacza, że zadanie zostało skończone....
- Wrócę jak będzie mi się chciało. A teraz nie życzę sobie, abyś do mnie wydzwaniała, rozumiemy się?
- Oczywiście, że rozumiem. Więc następnym razem odbierzesz telefon od Ricka.
- Mów czego chcesz..
- Za pół godziny masz być w Sterlifor. 
- Po co tam? - Zdziwiłem się.
- Rick odbierze swój towar - Warknęła i się rozłączyła. Pierdolona kurwa! Dzień w dzień przyprawiała mnie o mdłości i zachodziła mi za skórę. Była gorsza niż wrzód na dupie. 
Musiałem zapalić. Po prostu musiałem to zrobić, więc otworzyłem okno na oścież a z kieszeni wyciągnąłem paczkę fajek. Musiałem.
Kiedy skończyłem, wyszedłem na zewnątrz w poszukiwaniu Ross. Wiecie co było zabawne w tej sytuacji? Myślałem, że ochrona złapie Ross i nie pozwoli jej nigdzie iść, ale tak się nie stało. Korytarze były puste a recepcjonistka była czymś cholernie zajęta. Tak, tak. Miałem iść po przepustkę dla dziewczyny i poszedłem, ale no.. Ten pierdolony dupek, zabronił mi wyprowadzać Evans ze szpitala. Nakrzyczał na mnie i wyjebał mnie ze swojego biura, krzycząc, że jestem imbecylem. Pewnie teraz uważacie, że narażam życie mojej ukochanej na niebezpieczeństwo. Otóż wcale tak nie jest. Spytałem się jaki jest jej stan i powiedzieli, że bardzo dobry, więc postanowiłem, że sam sobie ją stąd zabiorę na kilka godzin. Przy mnie będzie bezpieczna i nie dojdzie do żadnego niebezpieczeństwa. 
- Jedziemy? - Spytałem podchodząc do niej. Stała oparta o murek i wpatrywała się w gwiazdy. Myślała o czymś.
- Możemy.. - Wymusiła lekki uśmiech, abym nie pytał nad czym się zastanawiała. Mruknąłem pod nosem niezadowolony z jej zachowania, ale obiła to sobie o uszy. Nie chciałem się kłócić. Nie dziś, kiedy pierwszy raz od tygodnia się widzimy. Ta noc należy do nas i do nikogo innego - Powiesz mi wreszcie dokąd mnie zabierasz? - Ciągnęła temat, kiedy od jakiś piętnastu minut siedzieliśmy w moim samochodzie.
- Zobaczysz - Mruknąłem ignorując jej ciekawość. Gdy dojechaliśmy na miejsce, zaparkowałem pod ubogą kamienicą przypominającą jakieś więzienie. Na pierwszy rzut oka, można było stwierdzić, że jest to stara rudera, ale o dziwo mieszkali tu ludzie - Jesteśmy na miejscu.
- Czyli gdzie? - Nie odpowiedziałem, tylko wysiadłem na zewnątrz a ona tuż za mną. Nie czekając na nic więcej, od razu udałem się do klatki schodowej, gdyż nie miałem zbytnio czasu. Za piętnaście minut muszę być w innym miejscu, więc liczy się teraz każda sekunda. 
Wszedłem na drugie piętro a następnie zapukałem do drzwi - Gdzie jesteśmy?! - Złapała mnie za dłoń i mocno szturchnęła w dół - Wiesz która godzina? - Warknęła, ale było już za późno. Drzwi od mieszkania zaczęły się otwierać a Ross spanikowana schowała się za mną - Zabije Cię! - Szepnęła mi wprost do ucha.
- Chyba podziękujesz - Mruknąłem. Przed nami wyłoniła się starsza o dobre kilkanaście lat kobieta. Była zdziwiona naszą wizytą, więc prawdopodobnie mnie nie poznała.
- W czym mogę pomóc? - Spytała ochrypłym głosem. Wyglądała na zmartwioną. Była w halce nocnej, w kapciach oraz miała na nosie  okulary. Chciało mi się śmiać, ale w miarę powstrzymałem swój nagły wybuch. 
- Nie wierzę... - Ross odeszła w bok nie mogąc uwierzyć gdzie jesteśmy. Popatrzyła na staruszkę a na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech - Naprawdę to zrobiłeś...Zrobiłeś to.. 
-  Czy my się znamy? - Kobieta zmierzyła to mnie to ją.
- Jestem Dylan Cooper. Dzwoniłem do Pani dziś rano..
- Ach tak! Pamiętam! Przepraszam, ale z początku nie kojarzyłam..
- Nic się nie stało - Ross posłała jej ciepły uśmiech i sięgnęła dłonią do kieszeni - Mam coś dla Pani...
- Wejdźcie do środka.. Zrobię Wam gorącą czekoladę! - Krzyknęła radośnie. 
- Nie.. My już musimy le..
- Oczywiście! - Wtrąciła mi w pół zdania Ross. Spiorunowałem ją wzrokiem, ale zignorowała to szyderczym uśmieszkiem. Kobieta zniknęła gdzieś w środku mieszkania a tuż za nią nastolatka. W ostatniej chwili udało mi się ją złapać za ramię i zatrzymać.
- Co Ty kurwa wyprawiasz?! Nie mamy czasu!
- A gdzie Ci się tak śpieszy? - Syknęła. 
- Nie denerwuj mnie.. - Spojrzała na mnie, ale na krótko. Wyrwała się z mojego uścisku  i szybkim krokiem weszła do salonu. Niechętnie podążyłem za nią. Kurwa, nie miałem czasu! Robiła to specjalnie. Z każdą mijającą minutą, byłem coraz bardziej wkurwiony i rozdrażniony, ale widok Ross, kiedy tak rozmawia z tą kobietą i cieszy się z byle czego, powodował, że miękło mi serce. 
- Proszę ... To Pani... - Dziewczyna wręczyła jej niebieski kamyczek i posłała serdeczny uśmiech - Mówiłam, że go odzyskam.
- Jasne.. - Mruknąłem.
- Dziękuję.. Jestem Ci ogromnie wdzięczna..
- Nie ma za co..
- Ależ jest! To ostatnia pamiątka po moim mężu! W zamian za to coś dla Was mam... - Wstała na nogi i podeszła do wielkiej szafy z której wyciągnęła szklaną kulę i karty od tarota. Czy ona? O nie.. - Pokaże Wam waszą przyszłość.
- Nie wierzę w takie coś - Parsknąłem.
- A ja tak! - Krzyknęła uradowana szatynka - Możemy zaczynać? - Kobieta kiwnęła głową i zabrała się do roboty. Rozłożyła na stole swoje wszystkie karty i ułożyła je w sposób dla mnie niezrozumiały. Coś tam podotykałam, poprzestawiałam talie tak jak mi kazała i wyciągnęłam kilka sztuk. Staruszka spojrzała na mnie poważnym wzrokiem i odchrząknęła znacząco - I co pani widzi?
- Moje drogie dziecko... Pakujesz się w trudny dla Ciebie związek, ale miłość ta ma dla Ciebie wiele niespodzianek. To czy będziesz szczęśliwa, zależy od tego jak Twój partner będzie Cię traktował i co w przyszłości wybierze.... Przed Tobą wiele cierpienia i smutku, ale masz przy sobie wspaniałych przyjaciół, którzy zawsze będą Cię wspierać..
- Słucham? 
- Zakochałaś się w kimś kto pochodzi z zupełnie innego świata niż Ty i to....
- Dobra - Przerwałem - Wystarczy tych bzdur. Czas na nas. Musimy już iść..
- Dylan!
- Przepraszam, że psuję tą piękną chwilę, ale jak już wcześniej powiedziałem, musimy iść... - Trochę się posprzeczaliśmy, ale wreszcie wyszło na moje. Ross wstała, pożegnała się z tą wariatką i ruszyła w stronę drzwi.
- Zaczekaj młodzieńcze.. - Tym razem kobieta zwróciła się do mnie.
- Nie mam czasu słuchać Tych Pani gównianych przepowiedni. Przyszedłem tu ze względu na Ross.
- Kochasz ją, prawda? Kochasz, ale to nie znaczy, że ją uszczęśliwisz. Twoje życie jest mroczne. Duszę masz dobrą, ale otoczenie w jakim się znajdujesz, nie należy do najlepszych. Staniesz przed trudnym wyborem i to już niedługo. Zastanów się poważnie czy chcesz być blisko niej... - Zmrużyłem poirytowany oczy i machnąłem obojętnie ręką. To kompletna wariatka - Ross jest w wielkim niebezpieczeństwie. Uważaj na nią i bądź czujny. Jej zdrowie...
- Żegnam Panią.. - Warknąłem po czym opuściłem jej dom. Nie chciało mi się słuchać tego jebanego gówna. Zignorowałem Ross i podszedłem do samochodu, aby następnie usiąść za kierownicą. 
- Co to miało być?! - Ochrzaniła mnie - Zachowałeś się jak cham!
- Trudno - Burknąłem - Zapnij pas bo jedziemy w jedno miejsce.
- Czyli gdzie?
- Gdzieś. Zapnij pas... - Zrobiła to i dopiero potem ruszyłem z piskiem opon. Na miejsce dojechaliśmy w dwadzieścia minut. Świetnie. Miałem niezłe spóźnienie.  Nawet powietrze nie było dla nas przyjazne. 
Wysiadłem pierwszy a tuż za mną Ross. Rozejrzała się uważne dookoła przestraszona miejscem w jakie ją przywiozłem. Zero kwiatów, sklepów czy ławek. Jedynie jedna lampa stała na uboczu i lekko oświetlała niektóre zakamarki tej strasznej dzielnicy. 
- Dylan... - Szepnęła widząc jak w naszą stronę zbliża się dwójka ludzi. Dwaj mężczyźni w kapturach na głowie zmierzający ku nam.
- Wsiadaj do środka .. - Rozkazałem surowym tonem głosu. Zmierzyła mnie uważnie od stóp do głowy, ale zignorowałem to. Liczyło się tylko to, aby jak najszybciej znalazła się w środku pojazdu.
- Co? - Wymamrotała.
- Wsiadaj! - Warknąłem - I nie waż się stamtąd wychodzić do puki Ci nie pozwolę..
- Dylan..
- Proszę.. - Szepnąłem. Niechętnie, ale spełniła moją prośbę. Wgramoliła się do środka i zatrzasnęła wszystkie możliwe zamki. Ja tymczasem oparłem się o szybę przednich drzwi i czekałem aż podejdą bliżej. Nie wiedziałem z początku z kim mam do czynienia bo było ciemno, ale kiedy tylko zbliżyli się wystarczająco blisko, rozpoznałem twarz Alana i Ricka. O kurwa mać. Rick. Myślałem, że przyśle kogoś na to spotkanie. Nie sądziłem, że zjawi się we własnej osobie a tu proszę. Spojrzałem szybko na  Ross, która nie wiedziała co się dzieje, ale była na mnie tak zła, że nawet nie przeniosła na nas swojego wzroku. I dobrze. W tej chwili było mi to na rękę.
- Cześć - Pierwszy odezwał się Alan. W dalszym ciągu był na mnie wkurwiony o ten gówniany kamyk który mu w zeszłym tygodniu zabrałem.
- Cześć - Odpowiedziałem im obojga smętnym tonem głosu.
- Gdzie ten towar? - Spytał mój szef. Miał dobry humor. Uśmiechał się i zagadywał to mnie, to mojego najlepszego przyjaciela. Odszedłem od nich o krok i zbliżyłem się do bagażnika z którego wyciągnąłem małą skrzynię. 
- Masz - Wręczyłem ją Rickowi a ten tylko posłał mi chytry uśmieszek.
- Dobra robota Cooper. Coraz bardziej jestem z Was dumny - Nagle wzrok Alana przeniósł się na mój samochód. Zorientował się, że nie jestem sam i ruszył w stronę drzwi od wejścia dziewczyny, ale zagrodziłem mu drogę na co się wkurwił jeszcze bardziej.
- Co Ty odpierdalasz? - Warknął - Wszędzie musisz ją kurwa wozić?!
- To nie Twoja sprawa! - Wrzasnąłem odpychając go od siebie.
- Moja! Bo przez Ciebie mogę wpaść w niezłe gówno!
- Chwila, chwila panowie! Co tu się wyprawia? - Wtrącił szef. Zerknąłem na przyjaciela, aby milczał, ale on tylko pokiwał przecząco głową. Jebany cham.
- Jesteś pierdolonym debilem!
- Uważaj do kogo mówisz.. - Zagroziłem.
- Tak? Bo co mi zrobisz? - Pchnął mną tak mocno, że prawie upadłem na ziemię - Co się z Tobą stało Dylan? Nagle zmieniłeś się w mięczaka? Pozwolisz, aby jakaś głupia baba Tobą rządziła? - Prychnął. Nie pozostałem mu dłużny. Rzuciłem się na niego od razu celując mu z pięści w tą jego gównianą twarz i tak rozpętała się nasza bójka....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz