Rozdział 21.
,, I am a fucker ''
Leże w łóżku i zastanawiam się czy pójść do niego i przeprosić za swoje dziecinne zachowanie. Ale co miałabym powiedzieć? Przepraszam, że jestem dziewicą i nie znam się na tych rzeczach? Że nigdy się z nikim nie kochałam i nie miałam kontaktu cielesnego? W sumie to nie jego wina. Sama go zachęciłam do tego, aby pozwolił sobie na więcej i wyszłam na idiotkę. Na dziewczynkę, która nie wie do czego służy kutas i cipka. Łzy smutku i upokorzenia zapełniły moje oczy a uśmiech który widniał na twarzy, kiedy Cooper tu był, zniknął razem z nim. Dlaczego tak bardzo przejmowałam się tym chłopakiem i jego zdaniem na swój temat? Przecież on jest mi obojętny. A przynajmniej był. I w tym chyba jest problem. Dylan Cooper nie jest mi już obojętnym chamem.
Usłyszałam krzyki dochodzące zza ściany i dźwięk tłuczonego szkła. Dylan wpadł w szał. Wkurwił się na mnie i teraz wyżywa się na każdej rzeczy jaka wpadnie mu w ręce. To wszystko było moją winą.
Odwróciłam głowę w drugą stronę, chwyciłam dłońmi poduszkę i zamknęłam oczy z nadzieją, że szybko zasnę. Nie chciałam dłużej słuchać tego co wyprawia się w jego sypialni. Tak też się stało. W ciągu piętnastu minut, spałam jak za bita, do czasu aż nie obudził mnie jakiś kobiecy pisk. Momentalnie otworzyłam oczy i spanikowana rozejrzałam się dookoła. Zapaliłam małą lampkę znajdującą się na komodzie, ale nikogo w pokoju nie było oprócz mnie. Dochodziła czwarta nad ranem, więc spałam dokładnie 3 godziny. Już chciałam z powrotem gasić światło, kiedy ponownie usłyszałam jakiś pisk. Co do licha? Hałas dochodził z pokoju Coopera. Może oglądał za głośno telewizję? No ale co mnie to obchodzi. To jego dom i może robić co chce. Tyle, że hałas stał się głośniejszy, kiedy włączył muzykę na ful. Muzykę, której ja nienawidzę. Pieprzony Rock. Pieprzony Cooper! No tego było za wiele. Teraz to ja byłam wkurwiona. Miałam gdzieś to co stało się kilka godzin temu. Teraz liczyło się tylko to, aby ten idiota się zamknął i dał mi spać. Kto normalny o czwartej rano słucha muzyki?!
Wstałam na nogi i w bojowym nastroju opuściłam swój pokój przy okazji trzaskając drzwiami. Skierowałam się wprost do szatyna i bez żadnego pukania, wparowałam do środka pomieszczenia.
- Możesz kurwa wyłą.... - Wrzasnęłam na wstępie. Stanęłam na środku pokoju i spojrzałam na łóżko chłopaka, gdzie właśnie leżał. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami. Myślałam, że śnie. Że to koszmar z którego się jeszcze nie obudziłam - Dylan... - Szepnęłam. Właśnie w tym momencie poczułam się jakby ktoś wbił mi nóż w plecy i wykroił moje serce a potem je wziął do buzi, przeżuł i wypluł na ziemię. Szatyn zerknął na mnie i dostrzegł moje niedowierzanie. Jeszcze przed chwilą chciał uprawiać ze mną seks, zapewniał, że mnie nie skrzywdzi a teraz leży nagi na tym wielkim, zasranym łóżku z tą jego kochaną dziewczyną?! To są jakieś jaja?!
- Nie nauczyli Cię pukać? - Warknęła. Była całkiem naga. Siedziała na nim okrakiem i nie miała za krzty przyzwoitości bo po mimo tego, że stałam naprzeciwko nich, jego kutas wciąż był w jej piździe. Ja na jej miejscu bym spaliła się ze wstydu, ale to nie mój problem skoro lubi być zwykłą dziwką.
Cofnęłam się kilka kroków do tyłu, jednocześnie zakrywając usta dłonią. Modliłam się, aby nie wybuchnąć płaczem i jednocześnie śmiechem.
- Ross... - Szatyn zepchnął z siebie swoją seksualną barbie tak, że aż pisnęła z bólu i wstał na nogi. Był goły. Nie miał na sobie kompletnie żadnego ubrania, przez co zmuszona zostałam aby zlustrować go całego od stóp do głowy a mój wzrok zatrzymał się na jego członku, który właśnie przechodził erekcję - To nie tak...
- Zamknij się.. - Syknęłam - Nie obchodzi mnie jak.. - Pokręciłam przecząco głową i wybiegłam stamtąd tak szybko jak tylko mogłam. Miałam ochotę wybiec na zewnątrz i wracać do domu z buta, ale wiedziałam, że to jest bardzo zły pomysł. Na dworze padał deszcz a ja byłam w samych majtkach i koszulce, więc jedynie co zrobiłam to zamknęłam się na klucz w ,, swoim '' pokoju i kucnęłam pod drzwiami. Dałam upust łzom. Pierdolony dupek, świnia, cham, kretyn, złodziej, bajerant! W jednej chwili znienawidziłam go tak bardzo, że gdybym miała teraz wybierać pomiędzy nim a małym robakiem, kogo wolę uratować przed śmiercią, wybrałabym robaczka i jeszcze zrobiłabym mu przyjęcie powitalne. Dylana bym sama zabiła.
Usłyszałam ich kłótnie. Kłócili się bo Cooper kazał jej wypierdalać a ona błagała, aby pozwolił jej zostać i spędzić dobrze resztę nocy. Nienawidzę go! Nienawidzę ją! Oboje są siebie warci. Filip miał rację. Po raz drugi doszłam do tego wniosku. Mówił, że tak będzie, że nawet jeśli ze sobą nie gadają to potem i tak ich drogi złączą się w jedno.
Tyle, że on nie chciał. Szarpali się i wyzywali. Chciałam nie słyszeć ani jej głosu ani jego, ale byli tak głośno, że trudno było myśleć o czymś innym.
- Wypierdalaj stąd! - Wrzasnął - Na dziś skończyłaś swoją pracę!
- Ale..
- Jazda! - Warknął. Nie wiem co było dalej, bo parę minut później nastała kompletna cisza. Może oboje wyszli i już nie wrócą? Modliłam się, aby tak było. Jednak Bóg chyba nie był po mojej stronie, bo kiedy byłam pewna, że zostałam sama, szatyn zaczął dobijać się do mojego pokoju. Walił pięściami w drzwi i krzyczał, że mam otworzyć. Nie odezwałam się nawet słowem. Krople słonej wody zaczęły moczyć moje policzki a oddech stał się nierówny i przyśpieszyło bicie serca. Zakręciło mi się w głowie. Czułam się cholernie źle. A wszystko przez tego pierdolonego głąba.
I wiecie co było najgorsze? Że zabolał mnie widok tej dwójki razem, ponieważ to nie ja z nim byłam. To nie mnie przytulał i pieścił. Zdałam sobie właśnie z czegoś sprawę. Muszę to w końcu wyznać chociażby sama przed sobą. Ja się w nim zakochałam.... Na samą tę myśl wybuchnęłam jeszcze większym płaczem.
- Ross... Błagam.. Wpuść mnie...Ross... - Ostatnie słowo wypowiedział szeptem. Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam wolniutko powietrze z płuc. Nie chcę go znać. Niech zniknie z mojego życia raz na zawsze - Gdybym tylko mógł cofnąć czas.. Oddałbym wszystko byleby tylko nie widzieć tego, że jesteś przeze mnie smutna.. Ross... Ja.. Ja nie chciałem... - Ostatni raz uderzył pięścią w drzwi a potem wolnym krokiem odszedł. Wrócił do swojej sypialni pozostawiając mnie wreszcie samą. Chwilę tak jeszcze siedziałam pod drzwiami jak bezpański pies, ale w końcu wzięłam się w garść i stanęłam na nogi. Przeszłam zaledwie kilka kroków, kiedy ponownie zakręciło mi się w głowie a obraz zaczął się ściemniać. Miałam mroczki przed oczyma i w dodatku krwawiłam z nosa. Coś było nie tak. Coś się ze mną działo.
- Dylan!... - Wrzasnęłam przestraszona, czując jak tracę kontrolę nad swoim ciałem. W tej chwili nie chciałam zostać sama. Nie liczyło się nic więcej jak to, aby chłopak do mnie przyszedł i zapewnił mnie, że wszystko będzie dobrze. Bałam się. Tak strasznie się bałam.
Nim zemdlałam, zdążyłam usłyszeć jak szatyn dobiega do drzwi i próbuje dostać się do środka, niestety wejście było zamknięte na klucz. Z moje winy. Nie mógł wejść do środka, bo mu wcześniej na to nie pozwoliłam. Śmieszne, co? Najpierw go wyzywam i zabraniam zbliżania się do siebie a potem błagam go, aby przyszedł. Wiem, jestem strasznie głupia. Jestem egoistką.
- Ross?! Co się dzieje?! Kurwa! Ross?! Otwórz!
- Ja... Źle się czuję... - Szepnęłam.
- Otwórz drzwi! Słyszysz?! Otwórz drzwi!
- Już.. - Cofnęłam się kilka kroków do tyłu i właśnie wtedy straciłam przytomność. Zemdlałam. Zamknęłam oczy i zleciałam na podłogę, uderzając głową o kant łóżka....
***DYLAN***
Usłyszałem jak coś spada na ziemię. Nie coś, ale ktoś. I już wiedziałem, że to Ross. Straciła przytomność. Jednym, celnym kopem w sam środek tych pierdolonych drzwi, wyważyłem je. Wyleciały z zawiasów i upadły na podłogę tuż obok szatynki. Zakrwawiona dziewczyna leżała na ziemi i nie okazywała żadnych oznak życia. Krwawiła z dwóch miejsc. Z nosa i z głowy. Podbiegłem do niej w kilka sekund a nawet szybciej i kiedy nie zareagowała na żadną moją próbę porozumienia się z nią, wyciągnąłem z kieszeni spodni telefon i od razu wykręciłem numer Filipa. Skurwiel nie odbierał a ja traciłem panowanie nad sobą. Czas leciał. Życiu Ross, mogło zagrażać duże niebezpieczeństwo. Cholera jasna! Po raz ostatni zadzwoniłem do tego debila i na szczęście wreszcie podniósł do ucha tą pieprzoną słuchawkę.
- Wiesz która godzina?! - Warknął zaspany. Spał? Gówno mnie to obchodzi. Ma tu jak najszybciej przyjechać!
- Potrzebuję pomocy.. - Od razu przeszedłem do sedna sprawy - Ross.. Ona.. Leży nieprzytomna w moim domu....Nie wiem co się dzieje..
- Gdzie jesteś? - Zmienił ton głosu i teraz brzmiał jak prawdziwy lekarz. Podałem mu ulicę i poprosiłem, aby jak najszybciej zjawił się na miejscu. Sam oczywiście mógłbym zawieść ją do szpitala, ale co jeżeli bym jej uszkodził jakąś część ciała bądź narząd wewnętrzny? Powiedziałem mu też najpotrzebniejsze rzeczy a on kazał mi czekać. Tak też zrobiłem. Czekałem aż pod mój dom przyjechała duża karetka, która zabrała dziewczynę od razu do szpitala Filipa. Zabrałem się z nimi mimo ich protestu. Byłem tak wkurwiony, że nawet długo się ze mną nie kłócili. Na miejscu, pokierowali mnie do recepcji i tam kazali mi posłusznie poczekać na wieści co z Ross. Pięciu facetów w białym fartuchu, przejęli opiekę nad dziewczyną i zabrali ją na salę operacyjną. Musiel sprawdzić co z jej stanem zdrowia i w razie konieczności, przeprowadzić operację.
Wkurwiony na całego, posłuchałem się jednego z dwóch doktorów, ale nie mogłem usiedzieć na dupie, więc chodziłem po całym pomieszczeniu w tą i z powrotem. Zastanawiałem się o co może w tym wszystkim chodzić. Dlaczego ona tak często mdleje?! Co jeżeli coś jej się naprawdę stanie? Co jeżeli nie daj boże umrze? Nie! To nie może się tak skończyć! Muszę ją jeszcze kiedyś zobaczyć! Usłyszeć..
- Dylan? - Obróciłem się jak oparzony na dźwięk swojego imienia. Za mną stał Filip z założonymi na siebie rękoma. Nie wyglądał dobrze i nie miał dobrych wieści. Coś się stało i miałem to zaraz usłyszeć. Tylko czy byłem na to gotowy? Mężczyzna zbliżył się do mnie i chwycił dłonią moje prawe ramię.
- Co z nią? - Spytałem wreszcie. Nim mi odpowiedział, zdenerwowany przełknąłem głośno ślinę. Poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Zaraz to ja będę potrzebował lekarza.
- Wiesz, że nie mogę Ci tego powiedzieć.. Nie jesteś jej rodziną...
- Żartujesz sobie, prawda?! - Warknąłem.
- Nie.. - Pokiwał przecząco głową - Zobowiązuje mnie do tego przysięga lekarska. Jeżeli chcesz się czegokolwiek dowiedzieć, musisz sprowadzić tu jej rodziców.
- Nie wkurwiaj mnie... - Zacisnąłem dłoń w pięść i z całej siły przyjebałem nią w ścianę.
- Kochasz ją, prawda? - Momentalnie zamarłem. Spojrzałem na niego a jego wzrok był całkowicie skupiony na mojej osobie. Pytał poważnie. To wcale nie był żart. Już miałem odpowiedzieć, że chyba go pojebało, ale coś kazało mi milczeć. Kocham ją? Dlaczego te dwa słowa przyjąłem tak ciężko? Kocham? Ją? Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Co znaczy kogoś kochać? Czy mogę śmiało powiedzieć, że czuję miłość do Ross, skoro nawet nie wiem co to takiego jest? Wiem tylko tyle, że ta dziewczyna nie jest mi obojętna i zrobiłbym dla niej wszystko byleby tylko była szczęśliwa - Pośpiesz się. Czas leci a ja bez zgody jej rodziców nie mogę podjąć żadnych działań. Pracuję nad jej krwią, którą ostatnio pobrałem, ale badania jeszcze nie przyszły - Spojrzał na mnie spode łba a potem odszedł. Zostawił mnie samego w tym szarym, nijakim pomieszczeniu. Zostawił mnie z setką myśli na sekundę..... Kocham ją? Tylko te dwa słowa krążyły na początku mojego mózgu....
Godzinę później, gdzieś około szóstej rano, wsiadłem w samochód i udałem się wprost pod dom nastolatki. Na dworze było chłodno, wiał silny wiatr i padał deszcz. Ale to mnie nie powstrzymało. W tej chwili by mnie nic nie powstrzymało. Byłem tak zdeterminowany, że gdyby jej matka odmówiła pojechania ze mną, bym ją porwał. Wsadził jej kruche ciało do swojego auta i zawiózł do tego pierdolonego szpitala. Nie ma innej opcji jak ratowanie życia Ross. Tylko był jeden problem. Za dwie godziny muszę wyjechać poza miasto i wrócę dopiero za tydzień. Cholera jasna!
Stanąłem na werandzie jej domu i odpaliłem jedną ze szlug. Potrzebowałem tego dymu w swoich płucach. Musiałem się trochę odstresować. Tak też się stało. Ruszyłem krok do przodu i wtedy z mojej kieszeni wyleciał mały kamyczek, który spadł prosto na ziemię. Szybko go podniosłem.
- Ross.. - Szepnąłem. Zapomniałem jej go oddać. Wtedy kiedy pobiła Alana, zabrałem mu to gówno i miałem dać je szatynce, ale wyleciało mi to z głowy. Kurwa! Zrobię to przy pierwszej lepszej okazji...
Kiedy skończyłem a z mojej fajki został zaledwie rudy filtr, zapukałem do drewnianych drzwi i czekałem aż ktoś raczy mi otworzyć. Nie minęło pięć minut a starsza ode mnie kobieta, stanęła w progu po czym zlustrowała mnie całego od stóp do głowy. Zdziwiła się na mój widok. Słusznie. Nie przyjechałem na herbatkę i ciasteczka.
- Dylan?... - Szepnęła. Nawet zapamiętała moje imię. Brawo dla niej.
- Musimy pogadać.. - Zacząłem niepewnie. Przy tej kobiecie traciłem pewność siebie. Była matką dziewczyny na której mi cholernie zależało, więc to normalne, że bałem się jej matki. Bałem się. Śmieszne co? Nigdy w życiu nie czułem strachu a tu przez takie coś, trzęsę się jak galareta.... Wpuściła mnie do środka i zaprowadziła do kuchni. Spytała czy jestem głodny, albo czy chcę pić. Nie miałem na to czasu. W ogóle nie miałem czasu.
- Więc o co chodzi?.. - Spojrzała na mnie bacznym wzrokiem jakby chciała przeszyć mnie na wylot. Czasem miałem wrażenie, że domyśla się iż chodzi o jej córkę. Podobno matki mają taki instynkt zachowawczy, że kiedy ich dzieciom stanie się coś złego, one to czują. Czy i w tym przypadku było tak samo? Ja się na tym nie znałem. Nie miałem matki - Chodzi o Ross, prawda? - Szepnęła biorąc łyka gorącej kawy. Kiwnąłem potwierdzająco głową.
- Ona.. Ona jest w szpitalu.. - Wreszcie wykrztusiłem to z siebie i poczułem nagłą ulgę. Kobieta natomiast złapała się za głowę i zaczęła panikować.
- W szpitalu?! Coś się stało?! O co chodzi?!
- Wiedziała pani, że od kilku dni Ross ma zawroty głowy, że źle się czuje?
- Nieee.... - Kiwnęła przecząco głową - Czasem mówiła, że boli ją głowa, ale myślałam, że... Matko! Mów rzesz o co chodzi! Co jej się stało?!
- Jeszcze nic nie wiadomo.. Mój kolega dopiero przeprowadzi badania nad zdrowiem pani córki i dowiemy się wszystkiego za kilka dni.. Ale najpierw musi pani pojechać ze mną i zgodzić się na to...
- Gdzie ona jest?..
- W prywatnej klinice. Zawiozę tam panią.. - Wykorzystując przy okazji sytuację, że rozmawiamy, od razu przeszedłem do rzeczy i powiedziałem jak doszło do tego, że trafiła do szpitala. Wytłumaczyłem jej co i jak i wtedy szybko się ubrała i mimo tego, że dobrze mnie nie znała, wsiadła ze mną do samochodu i pojechaliśmy najkrótszą drogą do szpitala. Dotarliśmy tam w czterdzieści minut. Miałem nadzieję, że teraz dowiem się co i jak z Ross. Inaczej rozniosę to miejsce w drobny pył.
Kobieta pobiegła do gabinetu lekarza nie zważając na kolejki czy ludzi stojących obok niej. Biegłem tuż za nią i trzymałem się jej tempa. W tej chwili można było nawet zauważyć, że była szybsza ode mnie.
- Co z moją córką?! - Wrzasnęła pchając do przodu drzwi i wbiegając do środa dużego gabinetu. Filip siedział za biurkiem ciemnego stołu zrobionego z dębu i grzebał coś przy papierach. Podniósł wzrok to na kobietę, to na mnie.
- Szybki jesteś.. - Skomentował - I dzień dobry. Pani to pewnie mama Ross?
- Proszę przejść do rzeczy! Niech Pan powie, czy z moją córką wszystko jest dobrze!
- Sprawa wygląda tak... Jak na razie opanowaliśmy sytuację i życiu dziewczyny nic nie zagraża, ale mogą wystąpić pewne komplikacje..
- Komplikacje?! - Wtrąciłem.
- Nie wiemy jaka przyczyna wywołała omdlenie i co za tym stoi, ale od godziny dziewiątej, kiedy będę miał pełen personel i pełnych profesjonalistów, Ross podlegnie dokładnym badaniom i wszystko będzie wiadome. Jak na razie proszę się nie martwić bo może być to przyczyna zwykłego zmęczenia.
- Wiesz, że nie mogę czekać tyle czasu!
- Zajmij się tym czym masz się zająć a mi daj w spokoju prowadzić swoją pracę, jasne? Będę Cię na bieżąco informował o wszystkim.. - Miałem dość tego pierdolenia, więc wyszedłem na korytarz i przestałem ich słuchać. Kurwa mać, że akurat teraz muszę wyjechać. Pierdolony Rick! Ale przecież nie mogę ich zawieść. Już żeśmy się umówili.... Trudno. Muszę coś wymyślić i po chwili miałem pomysła. Najpierw wziąłem od recepcjonistki białą kartkę i długopis, aby następnie napisać krótki liścik do Ross. Tym razem nie było mi tak samo trudno jak wtedy.
Gdy skończyłem, znów wsiadłem do swojego samochodu i z powrotem wróciłem do domu szatynki. Drzwi były zamknięte na klucz, ale nie takie rzeczy się robiło. Otworzyłem je w mgnieniu oka. Moim celem był jej pokój i chwilę później, znalazłem się na miejscu. Miałem plan. Miałem pomysł. Spakowałem do dużej, czarnej torby kołdrę dziewczyny, poduszkę, zdjęcie z jej przyjaciółką, które leżało na komodzie, laptopa oraz jedną z najważniejszych rzeczy. Spakowałem także czarną, skórzaną kurtkę, która była moja.
Kiedy skończyłem, pojechałem jeszcze tylko do dwóch sklepów. Jednego z pluszakami, gdzie kupiłem największego misia jaki tylko tam był i najpiękniejszego. Drugi sklep to malarski. Wziąłem kilka kolorów farb i obkupiony, wróciłem do szpitala. Oczywiście powiadomiłem Filipa co zamierzam zrobić w jednym z pokoi i przyznam, że z początku ten pomysł mu się nie spodobał, ale kiedy tylko wspomniałem o Ross, o tym że będzie szczęśliwa, zmienił zdanie. Polubił ją co było mi na rękę.
Bez wiedzy i zgody pielęgniarek, wszedłem do sali, gdzie leżała Ross. Znaczy teraz jej tam nie było bo przechodziła jakieś tam rutynowe badania, ale ten pokój należał do niej. Postanowiłem nie marnować czasu tym bardziej, że została mi tylko godzina. Przebrałem pościel ze szpitalnego łóżka w pościel Ross oraz poszewkę i poduszkę. Chciałem ten pokój chociaż w połowie zmienić w pokój dziewczyny, aby była zadowolona kiedy się obudzi.
Na małą komodę, położyłem zdjęcie dziewczyny a za zdjęciem dużego miśka z napisem ,, Tęsknię ''. Została mi ostatnia, najtrudniejsza rzecz. Ściany. Wziąłem do ręki pędzel i naprzeciwko łóżka, namalowałem na jednej z czterech ścian, bukiet czerwonych róż w błękitnym wazonie na małym stoliku. Róż było sześć, nie bez powodu. Nagle usłyszałem, że ktoś się zbliża. Do pomieszczenia wszedł Filip z kilkoma kolegami z pracy i jedną pielęgniarką. Rozejrzeli się po pokoju a potem zmierzyli mnie całego od stóp do głowy. Muszę przyznać, że byli w szoku moim zaangażowaniem w tą sprawę.
- Serio? - Filip wyszczerzył oczy jakby zobaczył przed sobą boga - Nie wierzę...
- W co nie wierzysz idioto? - Warknąłem. Mężczyzna rozkazał personelowi iść po dziewczynę, zostawiając nas tym samym samych. Chrząknąłem znacząco, aby przerwać tą niezręczną minę i wtedy Filip wybuchnął śmiechem.
- Ty ją kochasz... - Rzekł stanowczym tonem głosu - Kochasz ją ... - Powtórzył. Spojrzałem na niego i posłałem mu baczne spojrzenie. Kochasz ją, kochasz ją, kochasz ją... Znów te dwa słowa! Co one oznaczają i czy faktycznie mogę stwierdzić, że ją kocham?
- Daj spokój.. Nie pierdol głupot..
- Więc co ona Cię obchodzi, co?
- Nic.. - Wzruszyłem obojętnie ramionami - Po prostu..
- Po prostu się zakochałeś - Wtrącił - Ale bądźmy szczerzy. Widzisz z nią swoją przyszłość?
- Co masz na myśli?
- Dylan.. - Zaczął spokojnie - Oboje wiemy, że do siebie nie pasujecie. To naprawdę bardzo fajna i ładna dziewczyna. Niech znajdzie sobie porządnego chłopaka a nie takiego, który zarabia w hazardach, bójkach i kradzieży. Zasługuje na lepsze szczęście. Ty ją tylko prędzej czy później skrzywdzisz..
- Nie wiesz tego - Syknąłem.
- Jak długo się znamy? - Nie odpowiedziałem. Długo. Bardzo. Ale nie chciałem mu na to odpowiadać - No właśnie. Wiem jaki jesteś, wiem co potrafisz. Zranisz ją a tego nie chcesz prawda? Przemyśl sobie to wszystko nim będzie za późno i ona pokocha Ciebie. Daj jej spokój i pozwól odejść. Jesteś chłopakiem, który albo da komuś szczęście w stu procentach, albo go zniszczy w stu procentach. W Twoim właśnie przypadku, niszczysz wszystko co jest dobre... - Pokiwał znacząco głową i wyszedł, aby po chwili wrócić z dziewczyną. Położyli ją na łóżku i dali mi chwilę na pożegnanie się z nią.
PIĘTNAŚCIE MINUT.
Ross cały czas spała. Leżała na szpitalnym łóżku, przykryta do pasa kołdrą. Wyglądała słodko, kiedy miała zamknięte oczy. Miała pełno linek podłączonych do ciała. Jednak do głowy, druga do nadgarstka, trzecia do łokcia.. Aż zrobiło mi się jej żal, ale kiedy tylko zbliżyłem się do niej i spojrzałem na jej zamknięte oczy bądź twarz, zrobiło mi się cieplej na sercu. Co by się nie działo, zawsze przy niej będę. Od teraz nikt jej nie skrzywdzi bo inaczej będzie miał ze mną do czynienia. Ross należy do mnie i żaden inny facet nie ma prawa jej dotknąć. Nie kiedy ja żyję, ale w głowie kłębiło mi się pełno myśli i słowa Filipa, że albo kogoś zniszczę, albo uszczęśliwię
- Ross... - Szepnąłem gładząc dłonią jej policzek. Kiedy myślę, że mogłaby umrzeć, mam ochotę coś rozpierdolić.
DZIESIĘĆ MINUT.
Nie byłem gotowy na pożegnanie, jednak wiedziałem, że musi ono nastąpić. Szkoda tylko, że w taki sposób... Schyliłem się twarzą do twarzy szatynki i musnąłem wargami jej polik. Był taki ciepły... Jednak na tym się nie skończyło. Musiałem dostać czegoś więcej. W końcu przez sześć dni jej nie zobaczę, więc nie czekając długo, pocałowałem ją prosto w usta. Mimo, że nie zareagowała w żaden sposób, ten pocałunek należał do naszych najlepszych, bowiem w tym geście złożyłem jej uroczystą obietnicę, że dla niej właśnie będę tą osobą, która uszczęśliwia w stu procentach a nie odwrotnie.
PIĘĆ MINUT.
Ostatnie minuty, kiedy mogę na nią patrzeć. Czemu to tak boli? Czemu wcale nie chcę odchodzić i jedyne o czym marze to być przy niej kiedy otworzy oczy?
- Ross... - Powtórzyłem. Dotknąłem jej zimną dłoń i chwyciłem w swoją, aby oddać jej trochę ciepła. W tej właśnie chwili coś do mnie dotarło. Kiedy tak leżała bezbronna na tym łóżku, zdałem sobie z czegoś sprawę. Z czegoś ważnego. Z czegoś naprawdę ważnego.
MINUTA.
- Kocham Cię Ross... - Szepnąłem tuż przy jej twarzy - I obiecuję się dla Ciebie zmienić...Musisz mi tylko ponownie zaufać i dać ostatnią szansę.. - Po raz ostatni ją pocałowałem i kiedy musiałem już iść, jej dłoń drgnęła.
- Dy... Dylan... - Wychrypiała. Wyszczerzyłem w zdumieniu oczy. Chciałem do niej podejść, zapewnić, że jestem tuż obok, ale kurwa, nie mogłem. Nie miałem czasu. Gdybym to zrobił, nigdy bym stąd nie wyszedł. Cholera! Wyciągnąłem z torby czarną kurtkę, położyłem ją na kanapie a liścik zostawiłem na szafce. Następnie po raz ostatni spojrzałem na w pół przytomną Ross i z wielkim bólem serca, wyszedłem.....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz