,, I am a fucker ''
Rozdział 17
Wiecie co mnie najbardziej zadziwiło? To, że wcale nie było mi śpieszno do domu. Okej, z początku błagałam go, aby mnie odwiózł. Błagałam i prosiłam, ale teraz? Coś się zmieniło, coś uległo zmianie. Siedziałam w bogatej restauracji, gdzie było mnóstwo wystrojonych dam i ich mężczyzn, gdzie jedno danie kosztowało więcej niż mój telefon a samo wnętrze mnie przyćmiewało. Miejsce to było naprawdę wyjątkowe. Do tego stolik mój i Dylana znajdował się na samym końcu pomieszczenia i nikt nam nie przeszkadzał. Jedynie kelner od czasu do czasu zaglądał do nas z pytaniem czy coś podać.
Spojrzałam na swój talerz. Przede mną leżały owoce morza i duża, elegancka szklanka czerwonego wina do popicia. Nigdy wcześniej tego nie jadłam i nie wiem czy mi to zasmakuje. Zdradzę Wam pewną tajemnicę na swój temat. Rzadko kiedy się boję, rzadko kiedy odwiedza mnie strach, ale w tym momencie właśnie mnie nawiedził.Wstydzę się tego, ale nic na to nie poradzę, że mam lęk przed zjedzeniem czegoś, czego nigdy wcześniej nie miałam w ustach. Co jeżeli po spróbowaniu tego zwymiotuje? Albo się zakrztuszę? Niektórzy boją się pająków, inni ciemności a ja właśnie panikuję w takiej o to sytuacji. Zabawne, co?
- Dlaczego nie jesz? - Podniosłam wzrok do góry, aby spojrzeć na szatyna, który teraz bacznie mi się przyglądał. Speszyłam się. Pewnie pomyślał sobie, że jestem dziwna. Wiem, idiotka ze mnie.
- Boje się... - Szepnęłam. Postanowiłam powiedzieć mu prawdę. Wiem, że wyjdę na jeszcze większą kretynkę niż dotychczas, ale co mi tam. Najwyżej nigdy więcej mnie tu nie zabierze. Zresztą i tak nigdy więcej mnie tu nie zabierze. Tu ani nigdzie indziej. Dylan uniósł jedną brew ze zdziwienia do góry i odchrząknął znacząco.
- Czego? - Spytał - Jesteśmy w miejscu publicznym. Nic Ci nie zrobię - Zażartował.
- Boje się, że mi nie zasmakuje.. - Nawet nie dokończyłam mówić, kiedy wybuchnął wielkim śmiechem. Ludzie oddaleni od nas o dobre kilka metrów, zaczęli nam się przyglądać a ja poczułam jak na moją twarz ładuje się ogromny rumieniec. Co za wstyd! Spojrzałam na niego i zirytowana tym, że mnie wyśmiał, wstałam na nogi i ruszyłam do wyjścia. Nie zdążyłam ujść pięciu kroków a już stał przede mną z założonym na siebie rękoma.
- Dokąd się wybierasz? - Warknął. Interesujące są te jego humorki. Przed chwilą pękał ze śmiechu a teraz miał grobową minę.
- Do domu. Zejdź mi z drogi.
- Wracaj na swoje miejsce i dokończ te pieprzone owoce morza! - Krzyknął na tyle cicho, że tylko ja mogłam tu usłyszeć. Szarpnął moim ramieniem i nakazał mi wrócić z powrotem na swoje krzesełko. Niechętnie, ale wróciłam. Nie chciałam robić żadnej sceny i dawać ludziom tematu do plotek chociaż i tak wiedziałam, że niektórzy już gadają na nasz temat.
Usiadłam naprzeciwko niego i znów wlepiłam wzrok w tą papkę na swoim talerzu. Do ręki wzięłam widelec i nałożyłam na niego takie coś czarnego. Wybaczcie, ale nie wiem jak mam na to mówić. Nawet nie wiedziałam jak, gdzie i kiedy, ale Cooper siedział tuż przy mnie. Popatrzyłam na niego zdziwiona jego zachowanie, ale on oczywiście milczał. Wolnym ruchem chwycił moją dłoń w swoją dając mi możliwość poczucia tego ciepła od niego bijącego i wolniutko kierował widelec do moich ust.
- Co ro...
- Ci.. - Szepnął mi do ucha. Wolną ręką odgarnął kosmyk moich włosów za ucho. Zadrżałam gdy jego koniuszki palców musnęły mój polik. Na chwilę zapomniałam gdzie się rzeczywiście znajduję i wyobraziłam sobie boży raj. Możecie mówić o Dylanie Cooperze co chcecie, ale jego dotyk jest zniewalający - Zaufaj mi.. - Dodał po chwili. Spojrzałam mu w oczy a on zrobił dokładnie to samo. Przez ułamek sekundy poczułam coś czego nigdy wcześniej przy nim nie czułam. To było dziwne uczucie. Na sercu zrobiło mi się goręcej a oddech przyśpieszył i stał się nierówny. W jednej chwili zrobiło się strasznie gorąco w tym pomieszczeniu i szczerze mówiąc, miałam ochotę wybiec z tego budynku jak najdalej.
- Ufam Ci... - Odrzekłam ledwo słyszalnym głosem. Sama nie miałam pojęcia czy wypowiedziane przeze mnie dwa słowa są prawdą. Jak można ufać komuś, kto wyrządził Ci tyle złego?
Otworzyłam usta pozwalając mu, aby owoce morze znalazły się w mojej buzi a kiedy to się stało, kciukiem przejechał po moich ustach, aby je następnie oblizać. Przełknęłam głośno ślinę.
- Dobre? - Zapytał odsuwając się ode mnie i wracając na swoje miejsce. Kiwnęłam potwierdzająco głową. Posiłek był naprawdę bardzo smaczny. Nie sądziłam, że jedzenie może aż tak dobrze smakować. Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech zadowolenia. W milczeniu dokończyliśmy resztę posiłku i wypiliśmy lampkę wina.
- Skąd znasz Filipa? - To było pierwsze pytanie jakie w tej chwili przyszło mi na myśl. Nie mogłam przestać o tym myśleć i ponadto chciałam zagłuszyć tą okropną ciszę jaka nam towarzyszyła.
- A po co Ci to wiedzieć?
- Jestem ciekawa - wzruszyłam obojętnie ramionami - Więc?
- Może zagramy w pytanie i odpowiedź, co? - Odpowiedział.
- To znaczy?
- Ja zadaje a Ty odpowiadasz i tak na zmianę. Raz ja, raz Ty. Rozumiesz? - Kiwnęłam potwierdzająco głową - No dobra, więc.. Kiedyś go uratowałem przed moim kolegą. Był mu winien niezłą sumkę hajsu a ja, że dopiero wtedy zaczynałem swoją przygodę, pomogłem mu. Wiedziałem też, że przyda mi się jako lekarz a jest najlepszy w całym mieście w tym co robi. Teraz sam zarabia miliony, ale to nie znaczy, że spłacił u mnie swój dług. Uratowałem mu życie. Już zawsze będzie musiał robić co mu karzę - Wzruszył ramionami jakby to było coś normalnego.
- Uratowałeś go przed jakim kolegą?
- Rickiem...- Na samo to imię zadrżałam. Rick? Ten sam Rick o którym opowiadał mi Filip? - Wszystko w porządku ?
- Ta.. Tak.. - Jęknęłam - Po prostu już kiedyś słyszałam to imię..
- Kiedy? - Zdziwił się.
- Jak leżałam w Twoim mieszkaniu... Byłam nieprzytomna, ale wszystko słyszałam..Ktoś mówił, że Rickowi nie spodoba się moja obecność...
- Nie wie, że wtedy tam byłaś.
- Dlaczego ? Co by zrobił jakby się dowiedział?
- Ross...
- Możesz mi zaufać tak jak ja Tobie ufam. Dużo już o Tobie wiem, prawda? I nikomu nic nie powiedziałam. Nawet Pauli.. Wiem, że Rick jest niebezpieczny, ale dlaczego? Jak go w ogóle poznałeś?
- To długa historia. Ma związek z moimi rodzicami - Wzruszył obojętnie ramionami - Chodźmy stąd.
- Dylan..
- Opowiem Ci wszystko, ale na zewnątrz - Wstał od stołu a ja zrobiłam dokładnie to samo. Następnie udał się do recepcji zapłacić za wszystko i po pięciu minutach opuściliśmy tą ekskluzywną restaurację.
- Dokąd teraz idziemy? - Spytałam. Chciałam jak najszybciej z nim pogadać.
- Spacer? - Zaproponował a mi przypadł ten pomysł do gustu, tym bardziej, że na dworze było ciepło. Ruszyliśmy wolnym krokiem przed siebie wzdłuż oświetlonych ulic. Idąc z nim ramię w ramię, co chwilę zerkałam na jego twarz i ciało które czasami się napinało. Muszę przyznać, że Dylan Cooper jest zajebiście przystojny. Już chciałam powiedzieć, aby kontynuował, ale wyprzedził mnie i sam zaczął mówić. - Pakujesz się w kłopoty, wiesz o tym?
- Nie rozumiem? - Parsknęłam - Myślałam, że moim łopotem jest siedzenie z Tobą... - Zaśmiał się na mój żart i szczerze mówiąc, sama lekko się uśmiechnęłam.
- To nie są żarty Ross...
- Wiem - Wtrąciłam - Chcę wiedzieć - Spojrzał mi głęboko w oczy, aby upewnić się, że jestem gotowa na prawdę. Nie wiem co wyczytał z mojego spojrzenia, ale musiało być to coś dobrego, że zaczął opowiadać.
- Moi rodzice porzucili mnie tuż po narodzinach. Nie chcieli mieć dziecka i próbowali się mnie pozbyć wcześniej, ale ojciec Ricka zaoferował, że się mną zaopiekuje. Nie zgodzili się z początku i zażądali za mnie grubego hajsu. Rick miał wtedy trzy lata..
- Czyli on Cię po prostu kupił? - Szatyn kiwnął potwierdzająco głową - To straszne...
- Straszne jest to jakich miałem rodziców.
- Miałeś? Nie żyją?
- Dla mnie nie. Moją jedyną rodziną jest Alan, David i reszta paczki. No i oczywiście Rick, który teraz wszystkim rządzi. Jego ojciec zginął podczas jednej z akcji dwa lata temu. Był wtedy z Alanem. Mieliśmy po siedemnaście lat, ale to nic nie szkodziło. Już wtedy byliśmy całkiem dobrzy. Alanowi udało się przeżyć tylko i wyłącznie dlatego, że Vitold, ojciec Ricka wyrzucił go z płonącego samochodu. Mógł sam wyskoczyć, ale nie zrobił tego. Wolał uratować Alana. Teraz Rick robi wszystko co rozpoczął jego ojciec a my mu w tym pomagamy. Alan ma u niego dług życia a jak Alan to i ja. On jest mi najbliższy z nich wszystkich i nigdy nie zostawię go samego... - Kiedy skończył mówić, też się nie odzywałam. Byłam w ogromnym szoku i sama nie wiedziałam jak mam na to wszystko zareagować. Czyli Dylan Cooper jest taki ponieważ został porzucony przez rodziców? - Teraz Twoja kolej. Zadałaś mi trzy pytania, więc sama musisz na trzy moje odpowiedzieć.
- Dawaj.
- Dlaczego zgodziłaś się mi pomóc i mnie przechowałaś? - Chwilę pomyślałam nad odpowiedzią, aż wreszcie i tak nic nie wymyśliłam.
- Nie wiem.. Bo wiedziałam, że tego potrzebujesz... Chciałam też, abyś potem dał mi spokój.
- Teraz też tego chcesz? Też chcesz spokoju? - Spojrzał na mnie a ja zachłysnęłam się własnym powietrzem - Chcesz tego?
- Dylan..
- Odpowiedz - Warknął.
- Nie wiem... - Szepnęłam, ale ta odpowiedź mu nie wystarczyła. Pragnął usłyszeć ,, tak '' lub ,, nie '' - Nie chcę - Poczułam jak ścisnął mi ramiona.
- Czemu nie chcesz? - Dopytywał się. O co mu chodziło? Co mu tak na tym zależy? Przecież nawet go nie lubię. On mnie nie lubi!
- A Ty? - Syknęłam i przy okazji wyrwałam się z jego uścisku - Chcesz, abym dała Ci spokój?!
- Nie - Odrzekł stanowczym głosem. Zbliżył się do mnie jeszcze bardziej aż poczułam na ustach jego oddech - Nawet się nie waż.. - Oblizał językiem dolną wargę i zacisnął dłoń w pięść - Jesteś wkurwiająca, ciągle coś Ci nie pasuje, udajesz, że się mnie nie boisz chociaż w rzeczywistości trzęsiesz się jak galareta - Otworzyłam usta w osłupieniu. Do czego on zmierza? Zaczęłam cofać się do tyłu a on mnie doganiał. W końcu poczułam za sobą ścianę, która uniemożliwiała mi dalszej wędrówki - I jesteś zajebiście pociągająca! - Dokończył. Mrugnęłam kilkakrotnie oczyma. Wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem i gdy chciałam odejść w bok, nie pozwolił mi na to.
- Co robisz? - Jęknęłam. Jego uścisk stawał się coraz mocniejszy. Prawą dłonią przejechał po moim policzku i musnął koniuszkami palców moje wargi. Zadrżałam.
- Nie mogę przestać o Tobie kurwa myśleć! - Warknął. Zamachnął się po czym uderzył pięścią w ścianę - Mam ochotę Cię pocałować... - Na dźwięk jego głosu, serce przyśpieszyło mi gwałtownie. Ledwo mogłam złapać oddech.
- Dylan.. - Szepnęłam.
- Jeżeli chcesz, abym się odsunął, powiedz to. Inaczej Cię pocałuje.. - Już chciałam kazać mu spadać, kiedy pomyślałam o Michale. Pocałował się z tamtą szmatą. Zdradził mnie z nią. Po jednym dniu, znalazł sobie inną...
- Zrób to... - Jęknęłam.
- Co? - Zapytał.
- Pocałuj mnie... - Nasze oczy przecięły się wzrokiem pełnym... Właśnie, pełnym czego ?
Miłości ? Nienawiści ? W tym momencie nie dało się tego stwierdzić. Jednak jedno wiedziałam na pewno. Z pewnością nie była to miłość.
Wracając do pocałunku. Długo nie musiałam czekać. Chwycił moje oba nadgarstki w swoją prawą dłoń, po czym podniósł je gwałtownie do góry. Natomiast lewą ręką, krążył po moich biodrach. Zamknęłam oczy a kiedy je otworzyłam, poczułam na ustach ciężar jego ust. Pocałował mnie. Rozchylił lekko usta zachęcając mnie do tego samego a ja pod jego naciskiem, poddałam się. Już po chwili nasze języki splotły się w namiętnym, długim pocałunku. Przylgnęliśmy do siebie, całkowicie zatraceni w tym zdarzeniu. Sama nie wiedziałam kiedy, ale w tamtej chwili, Michał przestał się dla mnie liczyć....
Nagle odsunęłam się gwałtownie. Wciąż oddychałam nierówno, ale teraz mało mnie to obchodziło. Spojrzałam na niego i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jaką głupotę popełniłam. Przecież Filip ostrzegał mnie przed nim a ja jak idiotka sama pchałam się w jego ramiona. Jasne, chciałam odegrać się na Michale i odegrałabym się, gdyby nie to, że ten pocałunek bardzo mi się podobał.
- Wszystko w porządku? - Spytał tak czułym głosem, że aż sama byłam pod wrażeniem. Podszedł do mnie i musnął dłonią mój prawy policzek.
- Co na to Kornelia? - Palnęłam. Przecież byli razem, prawda? Miał mnie za idiotkę?
- A co mnie ona obchodzi?
- No chyba dużo skoro jesteście razem.. Dobra, wiesz co? Odwieź mnie do domu.. - Warknęłam po czym ruszyłam w stronę parkingu.
- Ross! Zaczekaj! - Krzyknął, ale miałam to w dupie. Nie chciałam go słuchać. Nagle do moich oczu naleciały łzy. Przyśpieszyłam i zaczęłam biec. Co ja do kurwy nędzy ze sobą wyprawiam?!...
Parę metrów dalej, zakręciło mi się w głowie. Wbiegłam do jakieś wąskiej uliczki byleby tylko odpocząć i zgubić Dylana. Oparłam się głową o ścianę zaciągając się przy tym łapczywie powietrzem. Nagle usłyszałam jakiś szelest. Otworzyłam gwałtownie oczy rozglądając się dookoła. Nikogo nie było.
- Dylan? - Szepnęłam. Odpowiedziała mi cisza. Głos w mojej głowie podpowiadał mi, abym uciekała stamtąd gdzie pieprz rośnie Zrobiłam trzy kroki przed siebie z zamiarem opuszczenia tej meliny, ale wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie jestem sama. Jakaś męska sylwetka wyłoniła się zza śmietnika i zmierzała w moją stronę. Nie wiedziałam z kim mam do czynienia, gdyż miał na sobie kaptur. Zaczęłam się cofać.
- Dokąd to? - Usłyszałam. Obróciłam się spanikowana za siebie i jęknęłam z bólu. Drugi napastnik stojący tuż za mną, wymierzył mi porządnego strzała w brzuch. Opadłam na podłogę czując jak moje ciało całe płonie a oddech staje się nierówny. Dusiłam się własnym powietrzem.
- Po co ją uderzyłeś? - Warknął jeden z nich.
- Żeby nie próbowała uciekać - Zaśmiał się następny - Ładna, prawda?
- Nawet bardzo - Zachichotał - To dobrze. Bierz ją - Rozkazał. Chwilę potem, poczułam jak się unoszę. Wiecie czego najbardziej potrzebowałam w tej chwili? A raczej kogo?
- Dylan! - Krzyknęłam z nadzieją, że może jest niedaleko i, że mnie usłyszy. Że może nie obraził się za moje zachowanie i, że wciąż... Co ja plotę! Pewnie wkurwił się na mnie i odjechał zostawiając mnie na pastwę losu. Czego mogłam się po nim spodziewać? Przecież to Dylan Cooper. Wredny, chamski i zapatrzony w siebie gnojek. Złodziej i bandzior..
Zaczęłam szarpać się z tymi oblechami, ale na marne. Poczułam czyjąś łapę na swoim tyłku. Zachciało mi się rzygać.
- Nie dotykaj mnie! - Warknęłam jakby miało to coś zmienić.
- Zamknij mordę dziwko! - Kolejny klaps w dupę. Chwyciłam dłońmi za jego kaptur tak, że odkrył czuprynę jego włosów i dopiero wtedy całą garść tych ciemnych kłaków wzięłam w swoje ręce i pociągnęłam do przodu z całej siły. Puścił mnie i zawył z bólu. Zleciałam na podłogę, brutalnie zderzając się z ziemią. Wpadłam w jakąś kałuże i na domiar złego, jeden z tych skurwieli chwycił moją dłoń podnosząc mnie do góry. Stanęliśmy teraz twarzą w twarz.
- Znam Cię.. - Szepnęłam.Przed oczyma pojawił mi się obraz, kiedy to Dylan próbował sprzedać mnie jako dziwkę.
- Tak? - Przechylił głowę w bok jakby zastanawiając się czy kiedykolwiek miał ze mną do czynienia. Nagle zrozumiał. Dostrzegłam w jego oku błysk olśnienia - Ty... Kto by pomyślał - Wybuchnął wielkim śmiechem.
- Czy ja o czymś nie wiem? - Wtrącił się ten pierwszy.
- Pamiętasz jak Ci opowiadałem, że Cooper miał dla mnie towar? To właśnie ona. Miała przejść za pięćdziesiąt kafli, ale sprawy się spierdoliły bo uciekła. A tu proszę... Taka niespodzianka! I to jeszcze za darmo!
- Nie dotykaj mnie! - Warknęłam. Serce podeszło mi do gardła. Czy to właśnie był mój koniec? Zbliżył się do mnie i chwycił moją bluzkę tak, że została podarta - Co robisz?! - Wystraszyłam się.
- Spokojnie.. Naprawimy ten błąd, że jesteś dziewicą - Prychnął i zaczął się do mnie dobierać. Broniłam się jak mogłam, ale był silniejszy i było ich dwóch. Błądził rękoma po całym moim ciele aż wreszcie dobrał się do moich piersi. Teraz stałam tylko w staniku i w majtach. Zdążyli ze mnie ściągnąć ciuchy w mniej niż pięć minut.
- Pomocy! - Wrzeszczałam, ale nikt nic nie słyszał. Kiedy myślałam, że jest już po mnie, podjechał do nas jakiś samochód z którego wysiadł kolejny mężczyzna. Nie widziałam dokładnie kim był, ale wiedziałam, że siedzę po uszy w gównie.
- Puśćcie dziewczynę - Warknął. Znałam ten głos.
- Kogo my tu mamy. Cooper we własnej osobie. Miło Cię widzieć.
- Ona jest moja - Ciągnął - Oddacie ją a nic Wam nie zrobię.
- Nie rozśmieszaj mnie. Sama do nas przyszła więc tu zostanie.
- Dylan.. - Szepnęłam. Spojrzał na mnie, na moje w pół nagie, bezbronne ciało. Zobaczył jak trzęsę się z zimna i nie wytrzymał. Wyciągnął z kieszeni kurtki broń i nic nie mówiąc, strzelił do Eryka. Strzelił wprost w kolano. Tamten zleciał na podłogę i zawył z bólu.
- Pojebało Cię!? - Warknął jego kolega - To zwykła dziwka!
- Jeszcze jedno słowo a strzelę Ci w łeb - Syknął szatyn - Zabieram ją do siebie.
- O wszystkim dowie się Rick... - Dylan spojrzał na jednego i drugiego i wymierzył ponownie w ich stronę pistolet.
- Dylan, nie... - Wtedy przeniósł swój wzrok na mnie. Przeklął pod nosem, ale schował broń z powrotem do kieszeni. Podszedł do mnie, wziął mnie na ręce i zaniósł do swojego samochodu, gdzie okrył moje ciało swoją kurtką. Następnie sam wsiadł do środka i odjechaliśmy z tej meliny z piskiem opon. Dylan Cooper właśnie mnie uratował.
- Dziękuję.. - Szepnęłam. Spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął.
- Nikomu nie pozwolę Cię skrzywdzić...
***DYLAN***
Zmierzałem wprost do jej domu. Musiała jak najszybciej trafić w bezpieczne miejsce. A co do tych dwóch idiotów, mają szczęście, że nie odstrzeliłem im łbów. Pierdolone debile. Na samą myśl, że chcieli ją zgwałcić, mam ochotę się wrócić i wyrwać im te imitacje kutasów. Wszystkie, ale nie Ross!
Wreszcie dojechałem na miejsce. Dziewczyna spała przykryta moją kurtką. Nie chciałem jej budzić, więc wziąłem jej kruche ciało na ramiona i zaprowadziłem ją wprost do jej mieszkania. Zapukałem z nadzieją, że jest ktoś w środku i na moje szczęście, drzwi otworzyły się parę minut po moim stukaniu.
- W czymś Ci pomóc? - Przede mną stanęła starsza kobieta. Miała na sobie czarny szlafrok i kapcie w kształcie świni. Spojrzała na mnie a potem szybko przeniosła wzrok na szatynkę - Matko boska.. Ross..
- Pani jest jej mamą, prawda? - Kobieta kiwnęła potwierdzająco głową.
- Co się stało!? - Wrzasnęła. Była w wielkim szoku a na jej twarzy malowało się przerażenie. Co się dziwić. Jej córka leżała w moich ramionach w pół naga.
- Mogę wejść? Potem wszystko Pani wyjaśnię. Teraz muszę zanieść ją do łóżka.. - Bez żadnych pytań, wpuściła mnie do środka. Zdawała sobie sprawę z tego, że jej córka nie jest w dobrym stanie. Ja tymczasem zostałem pokierowany do sypialni Ross i tam położyłem ją na łóżko. Matka dziewczyny, dała mi chwilę na pożegnanie i zaczekała w salonie - Ross.. - Szepnąłem gładząc dłonią jej policzek. Wpatrując się tak w tą bezbronną dziewczynę, poczułem, że nie pozwolę nikomu więcej jej skrzywdzić a ktokolwiek tylko będzie zagrażał jej życiu, będzie musiał zmierzyć się ze mną - Co Ty ze mną zrobiłaś...
- Dylan.. - Dziewczyna otworzyła gwałtownie oczy i spojrzała w moją stronę - Nie odchodź...
- Śpij.. - Posłałem jej uśmiech po czym nakryłem kołdrę do samej szyi nastolatki.
- Dziękuję.. Za wszystko...
- Nie ma za co - Odpowiedziałem. Wyciągnęła rękę w moją stronę i poprosiła, abym przybliżył się do niej kawałek. Zrobiłem to. Nachyliłem twarz w jej stronę i zostałem na maksa zaskoczony. Ross złożyła na moim policzku delikatny pocałunek.
- Dziękuję... - Powtórzyła i chwilę potem zasnęła.Wziąłem do ręki swoją kurtkę i ruszyłem do wyjścia, ale moją uwagę przykuło coś bardzo istotnego. Naprzeciwko mnie stała duża szafa z której wystawało ubranie. Znane mi ubranie. Zbliżyłem się do komody i wyciągnąłem kurtkę na zewnątrz. Moja skóra. Już chciałem ją wziąć, kiedy pomyślałem, że lepiej będzie jak ją zostawię. Wpadłem za to na pewien pomysł. Wziąłem z burka szatynki kartkę i długopis i napisałem list, który zostawiłem tuż przy jej łóżku razem ze swoją kurtką. Dopiero potem opuściłem sypialnie dziewczyny.
- Kim jesteś? - Spytała kobieta z założonymi na siebie rękoma. No tak. Czekała mnie jeszcze rozmowa z jej matką. Jeszcze kilka dni temu, zlałbym sobie tą sprawę i wyszedł na zewnątrz, albo okradłbym ten dom, ale teraz? Było jakoś inaczej. Musiałem postąpić właściwie.
- Jej.. kolegą..
- Gdzie jest Michał? - Na samo imię tego gnoja, nosiło mnie.
- Jakbym wiedział to by mnie tu nie było. - Warknąłem. Zorientowała się, że nie przepadam za tym chujem. Dobra, koniec tego przesłuchania. Matka czy nie matka, ale ja nie jestem na jakieś pierdolonej policji. Już chciała coś powiedzieć, ale nie pozwoliłem jej na to - Nic jej nie zrobiłem. Wręcz przeciwnie. Uratowałem jej życie. Będzie chciała to wszystko jutro Pani opowie. Ja nie mam nic więcej do dodania, ale niech Pani wie, że przy mnie Ross jest bezpieczna. Tylko i wyłącznie przy mnie.
- Jak się nazywasz?
- D.. Dylan.. A teraz muszę już iść - Wyminąłem ją po czym ruszyłem w stronę drzwi.
- Dylan? - Na dźwięk swojego imienia obróciłem się zaciekawiony tym co ma jeszcze do powiedzenia - Dziękuję - Kiwnąłem głową i opuściłem ich dom. Wiedziałem, że jeśli ta dwójka debili pierwsza skontaktuje się z Rickiem to będę mieć przejebane. Musiałem jak najszybciej dostać się do kwatery. Nie czekając na nic więcej, wsiadłem do swojego samochodu i odjechałem....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz