,, I am a fucker ''
Rozdział 16
- Dokąd jedziemy? - Spytałam podnosząc powieki do góry. Słońce dochodzące do mnie zza szyby, raziło mnie w oczy i nie pozwalało dłużej spać. Rozejrzałam się spanikowana dookoła, ale kiedy dostrzegłam Dylana siedzącego za kierownicą, strach wyparował. Nie myślcie, że nie pamiętam tego co się wydarzyło w szkole bo doskonale wszystko utkwiło mi w głowie. Ten pocałunek Michała z tą szmatą i to, że Cooper mnie bronił..
- Do lekarza - Odparł szatyn nawet na chwilę na mnie nie patrząc.
- Aha... - Zamrugałam kilkakrotnie powiekami. Wstałam do pozycji siedzącej i spojrzałam za szybę. Oczywiście siedziałam z tyłu bo jakżeby mogło być inaczej. Mijaliśmy jakieś drzewa, znaki i inne samochody. Nie znałam tego miejsca, nie znałam tej trasy - Dokąd?! - Dopiero chwilę później, dotarły do mnie jego słowa. Po chuj do lekarza? Coś mu się stało?
- Musi Cię ktoś zbadać. Nie podobają mi się te Twoje ciągłe mdlenia.
- Jestem zmęczona i tyle....
- Koniec dyskusji. Jedziemy do lekarza - Warknął. Mruknęłam coś pod nosem, ale zlał to. W ogóle nie liczył się z moim zdaniem. Poczułam jak do oczu zbierają mi się łzy. Łzy smutku i rozpaczy. Michał uważał, że go zdradziłam, ale teraz to on zdradził mnie, bo przecież wtedy kiedy Cooper u mnie był, do niczego nie doszło. Nie rozmawiałam z nim nawet. Zamieniliśmy ze sobą zaledwie kilka zdań. Michał natomiast jasno dał mi do zrozumienia, że potrafi o mnie zapomnieć w kilka dni. Nawet krócej. Wiecie jak to cholernie boli? Zakryłam twarz dłońmi i skuliłam się we własny kłębek, aby po chwili móc się naprawdę rozpłakać. Nie panowałam nad tym. Najpierw rodzice a teraz on - Dlaczego płaczesz? - Spytał skruszonym głosem.
- Nie płaczę.. - Skłamałam - Dylan? - Odezwałam się po dłuższej chwili. Przeniósł na mnie swój wzrok i kiwnął głową, abym zaczęła mówić - Dlaczego mnie obroniłeś? Po co w ogóle przyjechałeś pod szkołę? - Jednak zamiast mi odpowiedzieć, znów skupił swoją całą uwagę na drodze. Dałam mu chwilę na namyślenie się, ale kiedy w dalszym ciągu milczał, nie wytrzymałam - Możesz...
- Chciałem z Tobą pogadać - Wzruszył ramionami jakby nigdy nic.
- Ze mną ? - Zdziwiłam się - O czym?
- Chciałem podziękować za to co dla mnie zrobiłaś. No wiesz...
- Tylko o tym? - Ciągnęłam.
- Tylko - Burknął.
- Jasne - Wtrąciłam - I nie ma za co... - Oparłam się głową o drzwi samochodu i wróciłam wspomnieniami do tamtego zdarzenia. A więc chodziło tylko i wyłącznie o podziękowanie. Mhm. Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Zerknęłam na Dylana, który machnął ręką, abym odebrała i dopiero wtedy wyciągnęłam go z kieszeni. Spojrzałam na ekran by zobaczyć kto chce się ze mną skontaktować. Do głowy przyszła mi Paulina, ale to nie była wcale ona. Odrzuciłam połączenie a chwilę później mój telefon z powrotem znajdował się w przedniej kieszeni.
- Nie odbierzesz? - Spytał uważnie mi się przyglądając. Zaciekawiło go to, kto chciał ze mną porozmawiać.
- Nie.
- Michał? - Zerknęłam na niego zdziwiona, że tak bardzo się tym interesuje, ale on pozostał niewzruszony. Twarz miał ciągle surową a wzrok wbity przed siebie.
- Mój ojciec - Wzruszyłam obojętnie ramionami - A przynajmniej kiedyś nim był.
- Jak to kiedyś? - Zdziwił się. Na jego twarzy było wyraźne zdezorientowanie.
- Zdradził moją mamę. Dla mnie już nie istnieje - Cooper nie odpowiedział nic, tylko skinął głową i zjechał na lewy pas ulicy. Co niby miał powiedzieć? Sam był w gorszej sytuacji bo przecież został adoptowany, prawda? Co ja mogę o tym wiedzieć? Mój problem to pewnie dla niego pikuś - Daleko jeszcze? Nie musimy jechać do żadnego lekarza. Przecież dobrze się czuje...
- Za chwilę będziemy - Założył na oczy ciemne okulary a następnie przyśpieszył tak bardzo aż myślałam, że zaraz stanie się wypadek. Dylan Cooper to z pewnością nie jest dobry kierowca. Przy pierwszym lepszym zakręcie mógłby uderzyć w drzewo. Ale kogo to obchodzi, prawda?
Piętnaście minut później, dojechaliśmy na miejsce. Zaparkowaliśmy, a raczej on zaparkował pod wielkim, szklanym budynkiem liczącym dobre kilka pięter. Wyszłam na zewnątrz i uważnie rozejrzałam się dookoła. Byłam pod ogromnym wrażeniem. Budynek dosłownie był cały szklany a niektóre pomieszczenia, biura były widoczne z ulicy. Sam parking wyglądał estetycznie. Drzewka posadzone w równym rządku, nadawały otoczeniu lepszego wyglądu a płot ogradzający dobrze ułożony ogród, był wprost idealnym dodatkiem do całości. Nie wiedziałam jakiego użyć słowa, aby świetnie opisać to miejsce. Ładnie? Ślicznie? Genialnie? Tego nie da się opisać. To po prostu trzeba zobaczyć! Nigdy w świecie bym nie pomyślała, że właśnie przyjechałam do szpitala - Idziesz? - Usłyszałam. Potrząsnęłam głową, aby wyjść z rozmyśleń i spojrzałam przed siebie. Dylan stał przy drzwiach machając do mnie ręką, abym się pośpieszyła. Posłałam mu ciepły uśmiech i ruszyłam do przodu.
- Ładnie tu.. - Jęknęłam. Nie odpowiedział tylko mruknął coś pod nosem. Szliśmy teraz obok siebie wolnym krokiem wzdłuż korytarza. Przy wejściu stały dwie, białe kanapy na których siedziała starsza Pani i jej prawdopodobnie syn. W prawo od drzwi, znajdował się dystrybutor z wodą, sokiem pomarańczowym, kawą i czymś tam jeszcze. Sama podłoga po której szłam, to biały, puszysty dywan. Mijaliśmy ludzi oraz pracowników i nikt przez ten czas się nie odezwał do nas słowem. Dziwne, tym bardziej, że chociażby recepcjonistka powinna coś powiedzieć. Tymczasem ona skinęła tylko głową na widok Coopera i chyba była lekko podenerwowana. Uśmiech zniknął z jej twarzy a zastąpiło go przerażenie. Rudowłosa, bo taki miała kolor włosów, wręczyła mu małą kopertę, której nie chciał mi pokazać. Mi natomiast posłała współczujące spojrzenie jakby się bała o moją osobę. Dlaczego?
- Chodź - Chwycił moją dłoń i pociągnął w swoją stronę. Chwilę później staliśmy przed dużymi, szklanymi drzwiami. Zza szyby nie było nic widać ani słychać tak jak wcześniej. Spojrzałam na szatyna, ale on był całkowicie spokojny. Nacisnął jakiś przyciski i czekał. Wreszcie drzwi od sali się otworzyły a my weszliśmy do środka.
- A kolejka? Przecież tam byli ludzie... - Odezwałam się widząc za sobą zdenerwowane osoby.
- Mnie kolejki nie obowiązują - Syknął jakby nigdy nic. Poczekał aż stanę z nim ramię w ramię i dopiero wtedy zatrzasnął za nami drzwi - Filip?
- Znowu Ty? - Usłyszeliśmy. Przed nami wyłoniła się smukła sylwetka faceta mającego z około dwadzieścia pięć lat. Był dosyć młody a raczej młodo wyglądał. Ubrany w biały fartuch, okulary i czarne trampki. Włosy sięgały mu do ramion co nie było w moim guście, ale ważne by się jemu podobało - Przecież dwa dni temu Cię operowałem. Co żeś znowu narozrabiał? Jesteś gorszy niż dziecko pięcioletnie a wiem coś o tym bo je mam.
- Teraz nie o mnie chodzi.
- A o kogo... - Dopiero teraz przeniósł na mnie swój wzrok. Zlustrował mnie całą od stóp do głowy i chrząknął znacząco - Cześć.. - Przywitał się - Filip.
- Rozalie.. Ross.. - Wyciągnęłam rękę w jego kierunku, którą lekko uścisnął i posłał mi ciepły uśmiech.
- Skąd się znacie? - Spytał. Zerknęłam na Dylana i już chciałam coś powiedzieć, kiedy mi na to nie pozwolił.
- Długa historia - Wzruszył ramionami - I nie mam zamiaru Ci o niej opowiadać. Musisz ją zbadać.
- Konkretnie z jakiego powodu? Nie mam zbytnio czasu bo jakbyś nie zauważył, mnóstwo ludzi na mnie czeka, którzy grubo płacili za spotkanie ze mną.
- Wiesz co? - Warknął szatyn. Następnie zbliżył się do Filipa i stanął z nim twarzą w twarz - Guzik mnie to obchodzi. Ross ma być zbada jeszcze dziś.
- Dylan! - Krzyknęłam chcąc zwrócić na siebie jego uwagę i o dziwo się udało. Szatyn spojrzał na mnie i odsunął się od mężczyzny.
- Więc? - Odezwał się - Zrobisz to?
- Daj nam kilka minut.
- Poczekam tu.
- Ty robisz swoje i ja się w to nie wpierdalam, tak? Więc daj mi zrobić swoje i wyjdź na zewnątrz.. - Wymienili się groźnymi spojrzeniami, ale Cooper wreszcie odpuścił. Przeklął pod nosem i wyszedł zostawiając nas samych. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, jak się zachowywać. Filip wskazał ręką na małe krzesełko pod ścianą i rozkazał mi tam usiąść. Zrobiłam to - Opowiedz mi dlaczego potrzebujesz zbadania - Uśmiechnął się lekko dodając mi tym otuchy. Czułam się jak dziecko.
- Nie potrzebuję.. - Chrząknęłam - Ale jemu się tego nie przetłumaczy.
- Mogę zadać Ci pytanie?
- Ta.. Tak..
- Skąd się znacie? - Spytał zaciekawiony - Ja osobiście znam długo tego skurwiela i nigdy wcześniej nie widziałem, aby tak interesował się jakąś dziewczyną. No chyba, że Kornelią, ale ... - Nagle się zamknął jakby bał się, że powie za dużo. Niestety było za późno. Słowa zostały rzucone a ja chciałam wiedzieć więcej.
- Ale co? - Nalegałam.
- Nie wiem czy mogę...
- Wiem, że są razem, jeśli o to Ci chodzi - Wzruszyłam obojętnie ramionami - Nic mnie z nim nie łączy, więc spokojnie.
- Więc skąd się znacie? - Wrócił do tematu.
- Najpierw Ty dokończ to co zacząłeś mówić o Korneli - Nalegałam. Spojrzał na mnie i lekko się zaśmiał - Ta rozmowa zostanie miedzy nami.
- On i Kornelia to dziwny związek. Są razem, ale żadne siebie nie kocha... Nie wiem jak to nazwać. Chyba doskonałe słowo to ,, przywiązanie '' . Jest starsza od niego o pięć lat. Nawet kiedy ze sobą zrywają to i tak prędzej czy później do siebie wrócą. Muszą wrócić. Cooper i Kornela są nierozłączni. Jest siostrą Ricka i...
- Kim jest Rick? - Wtrąciłam.
- Nie wiesz? - Zdziwił się. Pokręciłam przeczącą głową i czekałam aż mi to wyjaśni - Jest ich szefem. Jeżeli go nie poznałaś to powinnaś się cieszyć i zrobić wszystko, aby go dalej nie znać. Ktoś kto wpadnie w posiadanie Ricka, nigdy już z tego gówna nie wyjdzie. Więc dam Ci dobrą radę. Choćby nie wiem co, nie zakochaj się w Dylanie Cooperze. Ten chłopak przyniesie na Ciebie same kłopoty. On i jego koledzy.
- Nie zakocham.... - Nie odpowiedział, tylko posłał mi kolejny uśmiech. Podszedł do białej szafki z której wyciągnął małą latarkę i chwilę potem, znów siedział obok mnie.
- Teraz Twoja kolej. Skąd się znacie?
- Ze szkoły - Wzruszyłam obojętnie ramionami - Chodzę z nim do szkoły i często się kłóciliśmy... Straszył dzieci, bił się..
- A Ty stawałaś w ich obronie, prawda?
- Skąd wiesz?
- Widzę. Nie jesteś taka jak on. Ty masz szansę na lepsze życie...
- A on nie ma?
- Oboje wiemy, że nie. No dobra.. Czas leci a przede mną jeszcze dużo pracy. Otwórz buzie - Zrobiłam to a on poświecił na mnie lampką - Masz jakieś niepokojące dolegliwości?
- Nie.. Raczej nie... Chociaż? Często tracę przytomność i jestem zawsze bardzo zmęczona. Mogłabym spać i spać..
- Dziwne.. - Spojrzał na mnie i podrapał się po brodzie - Tracisz przytomność? - Kiwnęłam potwierdzająco głową - Muszę pobrać Ci krew. Zrobię badania na podstawie Twojej krwi. Powinniśmy wtedy coś wykryć. Możliwe, że złapałaś jakąś bakterię.
- Okej. Do roboty - Zerknął na mnie po raz ostatni.
- Ross?
- Tak?
- Naprawdę nie zakochaj się w Dylanie. Szkoda takiej fajnej dziewczyny jak Ty..... [...]
***DYLAN***
Ile kurwa można czekać? Minęło dobre czterdzieści minut a ja nie wiem co się dzieje. Siedzę pod tymi zakichanymi drzwiami jak idiota i zastanawiam się co można robić przez tyle czasu. Jeszcze do tego chwilę temu dzwoniła do mnie Kornela z pretensjami gdzie jestem. Chuj ją to obchodzi. Nie jest moją dziewczyną i więcej nią nie będzie. Dla mnie była, jest i będzie zwykłą dziwką. Nikim więcej.
Poczułem ucisk w klatce piersiowej. Za długo siedziałem w tej pozycji i rana postrzału dawała o sobie znak. Wstałem więc z krzesełka i zacząłem chodzić w tą i z powrotem, kiedy nagle drzwi od biura Filipa się otworzyły. Ross stanęła przede mną z lekkim uśmiechem na twarzy. Podobał mi się jej uśmiech. Wyglądała wtedy tak słodko.
- Dzięki - Odezwała się w stronę tego kretyna.
- Nie ma za co. Zawsze do usług - Odpowiedział po czym się przytulili na pożegnanie. Widząc to, zacisnąłem dłoń w pięść, aby powstrzymać się od wybuchu - Skontaktuje się z Tobą, kiedy będę miał wyniki.
- Okej. Do zobaczenia - Pomachała mu i wreszcie do mnie podeszła - Zadowolony?
- Nie - Warknąłem. Wyminąłem ją i ruszyłem w stronę samochodu ignorując jej krzyki w moją stronę. Na zewnątrz wyciągnąłem z kieszeni paczkę fajek a następnie zapaliłem sobie jedną ze szlug. Widziałem na jej twarzy niezadowolenie, ale co mnie to obchodziło. Cieszyłem się, że była wkurwiona.
- Otwórz drzwi. Siadam do środka - Nie odpowiedziałem. Obróciłem się tyłem w jej stronę napawając się tym cudownym dymem - Głuchy jesteś?! Dylan!
- Co powiedział ten idiota?
- Kto? - Zdziwiła się jakby nie wiedziała o kim mówię.
- Zbadał Cię i co mówił?
- Po pierwsze to on ma imię a po drugie to jeszcze nic nie wiadomo. Pobrał mi krew i da znać za parę dni - Wzruszyła obojętnie ramionami - Otworzysz drzwi? - Spytała tym razem łagodniej. Nagle zaczął dzwonić jej telefon. Wyciągnęła małe urządzenie z kieszeni, aby spojrzeć na nadawcę. Zawahała się czy odebrać, ale w ostatniej chwili nacisnęła zieloną słuchawkę - Halo? Nie.. Nie ma mnie w domu... Tak.. Tak.. Nie!.. Nic mi nie jest.. Nie boje się.. Ty też się nie bój!.. Przyjadę to się odezwę... Tak.. Zaraz będę.. Dam Ci znać...
- Dawaj to -Wyrwałem jej z rąk to coś nazywane przez nią telefonem i zerknąłem z kim mam do czynienia - Paula, tak?
- Jeżeli coś jej zrobisz.... - Usłyszałem.
- To co? - Nie odpowiedziała bo niby co miała powiedzieć? - Ross jest ze mną i wróci, kiedy mi się zachce ją odwieźć a wątpię, aby sama szła do domu ze sto kilometrów. A teraz wybacz mi, ale muszę kończyć - Nie dając jej szansy na odpowiedź, rozłączyłem się.Wyrzuciłem peta na podłogę, otworzyłem drzwi pojazdu i wgramoliłem się do środka - Wsiadaj - Warknąłem. Szatynka zrobiła to co jej rozkazałem.
- Odwieziesz mnie do domu? - Spytała.
- Jasne.
- Naprawdę?!
- Ale nie teraz. Teraz mam inne plany - Posłałem jej uśmiech, odpaliłem silnik i odjechałem z piskiem opon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz