Rozdział 7
,, I am not a fucker ''
- Kurwa mać... - Wstałam przed dziewiątą, ponieważ obudziły mnie hałasy dochodzące zza ściany. Co jest grane? Otworzyłam oczy a światło padające zza szyb do pomieszczenia, raziło moje ciemne tęczówki. Niechętnie wygramoliłam się z cieplutkiej kołderki, która służy mi od zawsze i wciskając swoje stopy w czarne kapcie, opatuliłam się kocem i otworzyłam leciutko drzwi. Na zewnątrz nie było nikogo. Poirytowana jakimiś gierkami, wróciłam do łóżka gdzie ponownie zamknęłam oczy. Niestety nie udało mi się zasnąć. Widocznie wskazane było mi wstać i przeżyć kolejny dzień boży. Do tego głośna muzyka, która dudniła z pokoju mojego sąsiada. Czy ludziom mieszkającym w tym hotelu, nie przeszkadzał jego głośny tryb życia?!
- Głupek... - Burknęłam pod nosem. Strasznie bolała mnie głowa i doszły do tego mdłości. Kurde, znowu? Zaparzyłam sobie cieplutką kawę z myślą, że postawi mnie na nogi, niestety to nie jakaś tania kreskówka, w której wszystko świetnie się układa. Wręcz przeciwnie. Było coraz gorzej. Miałam wrażenie jakby coś ciężkiego właśnie uderzyło w moją głowę.
Podchodząc do małej, drewnianej półeczki, wzięłam do ręki swój telefon, który świecił od nadmiaru wiadomości jakie ktoś mi wysłał. Mimo tego, że już nie spałam, wciąż byłam tylko w pół przytomna. Paula poinformowała mnie, abym jak najszybciej weszła na Skype, gdyż ma dla mnie jakąś ważną niespodziankę. Tak też zrobiłam. Po pięciu minutach zalogowałam się na swoje konto a kiedy dostrzegłam, że moja przyjaciółka jest dostępna, nacisnęłam na jej zdjęcie profilowe i wykonałam krótkie połączenie. Odebrała za drugim razem.
- Nareszcie! - Wrzasnęła radośnie - Co tak długo?! - Dziewczyna siedziała na wielkim czarnym fotelu w białej koszuli i krótkich, szarych spodenkach. Włosy miała związane w koka a brak makijażu działał na nią naprawdę rewelacyjnie. Od zawsze uważałam, że Paulina to piękna kobieta i nie musi się malować by podkreślić jaka jest seksowna. Natomiast ja zapewne wyglądałam jak czarownica. Nie uczesana, nie umalowana i w piżamie.
- Dopiero wstałam! - Fucknęłam na co parsknęła gromkim śmiechem. Przewróciłam oczami nie wierząc w jej dobry humor. Jak ktoś normalny może się tyle śmiać zaraz po przebudzeniu? Może ona coś paliła? Uśmiech nie schodził z jej twarzy a usta co chwila wykrzywiały się w dziwny grymas. Dobrze, że chociaż jedna z nas jest szczęśliwa - Wszystko w porządku? - Spytałam mrużąc oczy. Jeżeli Diuk jej czegoś dosypał do porannej kawy to uduszę go gołymi rękoma.
- Ja... Tak! Boże, Ross! Jestem taka szczęśliwa!
- To super, ale dlaczego? - Uśmiechnęłam się lekko - Czy Twój kochany chłopak ma z tym coś wspólnego? A może wiesz już co będziesz miała?! Chłopak czy dziewczynka?! - Zawtórowałam.
- Nie uwierzysz... - Wyciągnęła rękę przed kamerkę ukazując mi tym samym swoje długie paluchy. Na jednym z nich widniał mały, srebrny pierścionek z pięknym kryształkiem. Z początku nie bardzo rozumiałam o co jej chodzi, ale w końcu nadszedł taki czas, że mnie olśniło a żeby nie wpaść w osłupienie, zakryłam usta dłonią i wzięłam parę głębszych oddechów. Sieta faka.
- Nie wierzę.... - Szepnęłam - Naprawdę?! - Kiwnęła potwierdzająco głową i wtedy nie wytrzymałam. Wybuchnęłam jak wariatka, ciesząc się ze szczęścia mojej przyjaciółki - Ale kiedy?! Jak?! Kurwa, dlaczego mnie tam nie ma?!
- Wczoraj w nocy.. Zaprosił mnie na kolację i tak jakoś wyszło... Najpierw był poczęstunek, kwiaty a potem ni stąd ni zowąd wyciągnął małe pudełeczko i w nim... No to już wiesz!
- To takie niesamowite! - Klasnęłam dłońmi. Ta wiadomość sprawi, że ten dzień nie będzie taki do dupy. Chciałam poprawić pozycję w jakiej siedziałam, kiedy usłyszałam pukanie do swoich drzwi.
- Kto to? - Zdziwiła się przyjaciółka. Posłałam jej dziwne spojrzenie, że sama bym chciała wiedzieć i nawet nie musiałam wstawać bo do sypialni wparował Alan ubrany w dresy i czarną bluzę. Włosy miał jak zawsze w nieładzie, co było u niego plusem. Wyglądał na zadowolonego. Przynajmniej ja takie odniosłam wrażenie. Zmierzył mnie od stóp wzwyż a jego wzrok utkwił na mojej twarzy. W jego obecności czułam się jakoś tak dziwnie. Czasem mam wrażenie, że mnie lubi a później udowadnia mi, że się mylę. Ehh..
- Cześć - Powiedział - Przeszkadzam? - Zamrugałam kilkakrotnie oczyma nie wierząc w to co słyszę. Pierwszy raz w życiu zapytał się mnie czy mi przeszkadza. Pierwszy raz! Paula również była zdziwiona jego miłym zachowaniem. Miała minę mówiącą, że coś jest nie tak i, że mam się trzymać na baczność.
- Tak, przeszkadzasz! - Warknęła niespodziewanie. Nawet jej agresywny ton głosu nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak grzecznościowy gest Alana.
- Ciebie się rudzielcu nie pytałem.
- Czego chcesz? - Spytałam przerywając tym samym ich kłótnie.
- Mamy gościa, zapomniałaś? - Zmrużyłam oczy i lekko przymknęłam powieki. Gościa?
- Gościa..? - Kiwnął posłusznie głową. Cholera. Faktycznie! Przecież Sebastian wciąż jest w sypialni bruneta. Przeklęłam pod nosem i nie tłumacząc nic Pauli, przeprosiłam ją, że nie możemy dokończyć naszej rozmowy i obiecałam zadzwonić później. Chciała wypytać mnie o szczegóły, jednak w ostatniej chwili zdążyłam zamknąć klapkę od laptopa. Będę się smażyć w piekle za to jak ją podle traktuje, tym bardziej, że jest w ciąży.
Wstałam na podłogę i ruszyłam w kierunku drzwi. Chłopak ciągle stał w miejscu nie spuszczając ze mnie swojego wzroku.
- Dokąd idziesz? - Spytał.
- Do Ciebie? Przecież musimy pogadać z Sebastianem... - Chciałam go wyminą, niestety nie miałam wystarczająco dużo sił by to zrobić. Ten dupek chwycił moją rękę i z całej siły pchnął mną o ścianę. Zachłysnęłam się powietrzem czując na sobie jego ciężar. Spojrzenie jakim mnie obdarował, nie należało do najprzyjemniejszych. Był taki chłodny a źrenice jego oczu, rozszerzyły sie do granic możliwości. Coś w nim było takiego, że poczułam iż jestem w niebezpieczeństwie - Co robisz..... - Oblizał wargi a z ust wydobył mu się lekki pomruk. To nie był Alan z jakim rozmawiałam wczoraj. Widziałam podobne zachowanie u Dylana, kiedy był pod wpływem narkotyków.
- Poszedł do domu. Nie ma gu u mnie.
- Co?! - Wrzasnęłam - Żartujesz, prawda?!
- Nie - Pokiwał przecząco głową - Wypuściłem go godzinę temu.
- Dlaczego?! Odbiło Ci?! - Jak ten idiota, mógł wypuścić go od tak sobie? Przecież już byliśmy blisko rozwiązania zagadki a on to wszystko spierdolił - Jesteś kretynem! - Gniew jaki we mnie teraz siedział, przerodził się w nadmiar ogromnej siły i dzięki temu mogłam wyrwać się z jego uścisku. Nie poprzestałam na tym. Zaatakowałam tego dupka pięściami i obkładałam każdy możliwy zakątek jego ciała - Wszystko umiesz spierdolić!
- Uspokój się.. - Warknął. Ścisnął moje ramię na tyle mocno, że nie mogłam wykonać żadnego ruchu. Pisnęłam z bólu - Nigdy więcej tego nie rób...
- Puść mnie... To boli... - Szepnęłam, kiedy ból stawał się mocniejszy. Nie zareagował. Zdawał się nie słyszeć mojego szlochu - Alan... To naprawdę boli.. Proszę, puść... - Nasz wzrok się napotkał a całe moje ciało oblał zimny dreszcz. Co się z nim do cholery dzieje?! Poczułam zawroty głowy.
- Ross.. wszystko w porządku? - Spytał widząc jak moje ciało w jednej chwili osuwa się na ziemię. Byłam zmęczona i nie miałam siły na kłótnię z tym chłopakiem.
- Zostaw mnie w spokoju.... - Szepnęłam. Ostatnie co pamiętam, to czyjeś ramiona, które delikatnie opatuliły moje ciało...
***ALAN***
Kiedy tak patrzyłem na jej kruche ciało, miałem ochotę położyć się przy niej i nigdy więcej nie pozwolić, aby stało się jej niebezpieczeństwo. To dobra dziewczyna, która ma dar wpływania na innych. Jest miła, przyjacielska, słodka.. Słodka?! Co ja pierdole. Widać, że towar, który dał mi znajomy, jest zajebiście dobry.
Ross zasnęła a świadomość, że leży w moim pokoju, w moim łóżku, była dosyć uspokajająca. Spokojnie mogłem opuścić hotel. Kurwa mać! Przeze mnie zemdlała. Jestem pierdolonym kretynem! Dlaczego zawsze muszę spierdolić coś na czym mi zależy? Tak też jest w przypadku Evans. Polubiłem ją i mogę śmiało się do tego przyznać. Oczywiście tylko i wyłącznie przed samym sobą. Ona nigdy się tego nie dowie. Ona i wiele, wiele innych osób. Przez tą dziewczynę, zacząłem postrzegać świat z całkiem innej perspektywy. Mam nadzieję, że Dylan doceni to co ma bo inaczej skopie mu dupę.,
Muszę jakoś wynagrodzić jej te dwa tygodnie pobytu tutaj. I nawet wiem jak to zrobić.
- Jesteś gotowy? - Spytałem wybierając odpowiedni numer w komórce - To dobrze. Spotkamy się w restauracji niedaleko hotelu... Nie.. Ross nie będzie... Nie interesuj się... Pięć minut i masz tam być - Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłem się. Do umówionego miejsca doszedłem w kilka sekund. Po drodze spaliłem dwie szlugi by choć trochę się odstresować. Za chwilę miałem poznać kobietę, która spieprzyła życie mojego najlepszego przyjaciela. Na samą tę myśl, dłoń zaciskała mi się w twardą pięść.
Było zimno, ale to nie oznaczało, że sobie nie poradzę. Wręcz przeciwnie. Wszedłem do środka dużego budynku i skierowałem się do recepcji. Za ladą stała młoda kobieta z dużym biustem i idealnie wymalowanymi ustami. Długie blond włosy spoczywały na jej chudych ramionach a paznokcie wybijały rytm na brązowej ladzie. Swoim wdziękiem kusiła zapewne niejednego idiotę.
- Witam - Uśmiechnęła się - W czym mogę panu pomóc? - Zmierzyła całe moje ciało a jej wzrok utkwił na moim kroczu. Błagam.
- Chciałbym wolny stolik. Najlepiej gdzieś na końcu sali i w najmniej widocznym miejscu. Da się zrobić?
- Oczywiście - Zamrugała długimi, sztucznymi rzęsami i lekko się uśmiechnęła. Co jak co, ale ładna była - Jednak to będzie pana drogo kosztować.
- Nie zważam na cenę. Ile?
- Och - Zachichotała - Nie miałam tego na myśli. Raczej chodziło mi o numer telefonu i takie rzeczy... - Posłała mi zalotne spojrzenie na co nie mogłem pozostać obojętny. Zaśmiałem się. Dlaczego takie ładne dziewczyny, muszą być takie puste? Dużo brakowało jej do Ross - Więc jak będzie?
- Tak.. że pozostawię to bez komentarza i udam się z Tobą do wolnego stolika - Zmierzyłem ją ostrym spojrzeniem na co spoważniała i kiwnęła posłusznie głową. Chyba nie spodziewała się takiej reakcji z mojej strony. Dziwka. Pokazała mi mały stoliczek na końcu sali, gdzie spokojnie mogłem przeprowadzić rozmowę z moimi nowymi znajomymi, którzy właśnie weszli do środka restauracji. Machnąłem ręką by wiedzieli gdzie iść i chwilę później stali przede mną. Ona stała. Kobieta, która urodziła Dylana Coopera, która porzuciła go w dniu narodzin i która wyparła się własnego dziecka. Pierwszy raz w życiu, czułem do kogoś tak wielką nienawiść. Miałem ochotę wstać i strzelić jej kulkę w łeb. Albo wstać, wyrwać jej wszystkie kudły i dopiero wtedy strzelić kulkę w łeb.
Przyglądając się uważniej jej twarzy, mogłem przysiąc, że jest bardzo podobna do Coopera. Zresztą Sebastian był jego kroplą wody, więc nie było mowy o pomyłce. Byli bliźniakami.
- Witaj - Przywitała się z ciepłym uśmiechem.
- Jesteśmy - Odezwał się brunet - Gdzie Ross? Też miała tu być...
- Jak już wiesz, jest chora. Nie pamiętasz, że grzebałeś w jej rzeczach? Uhh szkoda. Śpi - Warknąłem - Mamy ważniejsze sprawy na głowie, czyż nie? - Zmierzyłem tą starą babę od stóp wzwyż i zatrzymałem się na jej twarzy. Nie odpuściła. Toczyliśmy w tej chwili wojnę wzrokową, którą oczywiście wygrałem ja. Oboje zajęli miejsce naprzeciwko mnie i bacznie mi się przyglądali.
- Teraz mów czego chcesz i jakie masz plany - Ten idiota działał mi na nerwy. Nikt go nie nauczył, że ma siedzieć cicho kiedy jest nieproszony?
- Chyba musimy wyjaśnić sobie wiele rzeczy, co o tym sądzisz Anastazjo? A może mam do Ciebie mówić wyrodna matko? - Kompletnie ignorowałem jego obecność bo dalej uważam, że jest mi tu niepotrzebny i całą uwagę skupiłem na niej.
- Nie mów tak do mojej matki! - Warknął - Wiesz co to szacunek?
- Proszę Cię - Parsknąłem - Szacunek do takiej suki jak ona?... - Nie powiedziałem nic więcej bo prawa dłoń Sebastiana, wylądowała na moim lewym policzku. Zachłysnąłem się powietrzem całkiem zdezorientowany a kiedy odzyskałem świadomość racjonalnego myślenia, wybuchnąłem śmiechem. Gdyby nie to, że nie chcę robić zadymy i zależy mi na rozmowie z tą suką, obiłbym mu twarz i pozostawił rannego na dworze, aby umierał w bólu.
- Zważaj na słowa... - Syknął.
- Tym razem Ci daruję, ale zrób to jeszcze raz a nigdy w życiu nie poznasz swojego brata i nie ujrzysz dnia - Tak. To była groźba. Jestem cierpliwy, ale moja cierpliwość ma granice jak u każdego innego człowieka - Wracając do rozmowy i naszego tematu... Pakuj walizki bo wracamy do kraju.
- Słucham? - Szepnęła - Oszalałeś?
- Ja oszalałem? Wybacz, ale to nie ja pozostawiłem swojego syna na pastwę losu.
- Nic nie wiesz... Nie masz o niczym pojęcia..
- Szczerze mówiąc to mam to w dupie. Mój przyjaciel ma poważne kłopoty i miejmy nadzieję, że zdołasz go uratować bo inaczej źle to się dla Ciebie skończy - Mosiężna sylwetka tego debila znów chciała mnie zaatakować, ale drugi raz nie popełnię tego błędu. Wyciągnąłem z kieszeni kurki małą lufę, którą swobodnie położyłem na stole i obserwowałem zachowanie tej dwójki. Wystraszyli się. Ona jak i on. Matko, co za amatorzy - Ja Was nie proszę o to, abyście ze mną jechali. Ja Wam to mówię, że macie tak zrobić.
- Jesteś taki sam jak on... - Dłoń kobiety zaczęła cała drżeć a oddech stał się nierówny - Jednego syna mi zabraliście.. Drugiego Wam nie pozwolę..
- O czym Ty mówisz? - Wtrąciłem.
- Nie mówił Ci, prawda? Nikomu nie mówił...
- Kto miał mi coś mówić? Możesz jaśniej?
- Jeżeli wrócę do kraju, zabije mnie i moje dziecko. On nie ma pojęcia o drugim bliźniaku...
- Ale ,, on ' nie żyje jeśli masz na myśli Diablo. Teraz rządzi Rick. Jego syn.
- Czyli to prawda? Mam bliźniaka? - Ten palant chyba dopiero teraz zrozumiał powagę całej sytuacji.
- Sebastian, kochanie...
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Dlaczego mnie okłamywałaś...?!
- Dla Twojego dobra!
- Chyba sobie ze mnie robisz jaja... - Walnął pięścią w stół i nie mówiąc więcej nic, wyszedł na zewnątrz. Kobieta spojrzała na mnie z pogardą, ale szczerze mówiąc miałem to gdzieś.
- Dlaczego wróciliście?! - Warknęła - Nie możecie dać mi spokoju!?
- Dylan jest dla mnie jak brat. Jesteś jedyną osobą, która może go uratować. Módl się tylko, aby sam nie zechciał Cię zabić, kiedy dowie się, że żyjesz a po niego nie wróciłaś. Dziś w nocy wracamy do kraju. Bądź gotowa. Spróbuj tylko uciec a sam osobiście Cię odnajdę i zrobię Ci takie piekło z życia, że ojciec Ricka przy mnie to będzie pikuś - Posłałem jej ostatnie mroczne spojrzenie i tym razem to ja opuściłem lokal. Sebastiana nie było nigdzie w pobliżu. Zniknął, rozpłynął się. Wróciłem więc do hotelu i udałem się do swojego pokoju. Dalej tam była. Leżała w moim łóżku przykryta po szyję kołdrą. Wyglądała uroczo. Zbliżyłem się do dziewczyny i prawą dłonią pogładziłem jej ciepły policzek.
- Zrobiłem to dla Ciebie... - Szepnąłem bezgłośnie - Wracamy do domu... - Uśmiech sam wpełzł mi na twarz. Chcę, aby ostatnie miesiące życia, spędziła z przyjaciółmi i rodziną a nie marnowała swój czas na mnie. Usiadłem na białym fotelu a w rękę chwyciłem gitarę. Spoglądając co chwile na Ross, nuty pewnej piosenki, same wkradły się do mojej głowy.
Nie ważne co nadchodzi, chcesz tego czy nie?
Nie zawsze będzie tak, wstaje nowy dzień
I właśnie o to chodzi,o to chodzi wiem
Nie zasnę dzisiaj sam....
- Bardzo ładnie.. - Usłyszałem cichy pomruk z ust szatynki. Wystraszyłem się. Cholera, myślałem, że śpi! Nie miała tego słyszeć. Nie lubię kiedy ktoś jest przy tym jak gram na gitarze a zwłaszcza kiedy śpiewam.
- Ja... Eh.. - Nie wiedziałem co powiedzieć. Kurwa! - Lepiej jak sobie pójdę...
- Zostań - Szepnęła z uśmiechem na twarzy - To Twój pokój. Ja powinnam iść.
- Ty sobie leż. To nie problem...
- Naprawdę? - Kiwnąłem głową a ona cicho parsknęła śmiechem. Wyglądała uroczo - Alan?
- Ta? Potrzebujesz czegoś?
- Śniło mi się, że wracamy do domu... Powiedz, że to prawda... Błagam.. Bardzo źle się czuje. Muszę odwiedzić Filipa...
- Ross... - Zakląłem pod nosem widząc jej kruche ciało w takim złym stanie i nie zważając na nic, usiadłem na krawędzi łóżka łapiąc jej małą dłoń w swoją. Nie protestowała - Tak. Dziś w nocy wracamy do domu..
- Naprawdę?! - Ponownie kiwnąłem głową. Niespodziewanie rzuciła się na mnie i złożyła na moim prawym policzku czułego buziaka. Ten gest zmienił wszystko co dotychczas czułem. Zarumieniłem się a w brzuchu poczułem dziwne ukłucie. Kurwa mać, co się ze mną dzieje?! - Już zapomniałam jak to jest....
- Co takiego? - Próbowałem nie myśleć o bliskości w jakiej się znajdowaliśmy, ale było to naprawdę trudne.
- Jak to jest być tak beztrosko i cholernie szczęśliwą....... - Spojrzałem w jej oczy i w jednej sekundzie zapomniałem o wszystkim. Zapomniałem swojego własnego imienia....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz